Główna FORUM Wasza twórczość CERBER Opowiadanie

Temat zawiera 0 odpowiedzi, i ma 1 odpowiedź, ostatnio zaktualizowany przez  Jurand 2 lat, 7 miesięcy temu.

Oglądasz 1 wpis (wszystkich: 1)
  • Autor
    Wpisy
  • #5424

    Jurand
    Uczestnik

    Opowiadanie w świecie Metro 2033.

    Miejsce akcji: Polska, powierzchnia, województwo Kujawko-Pomorskie.

     
    <p style=”text-align: center;”>CERBER</p>
    Dzikie, potężne wycie zmutowanej zwierzyny zbudziło śpiące, niespokojnie Jerzyce – małą, wioskę w województwie kujawsko- pomorskim, na terenie kraju znanego jako Polska, a przynajmniej kiedyś znanego. Dawne układy i wszelakie państwowości przepadły, ponieważ w nowym świecie, jaki zapanował około roku 2033 wszystko, co do tej pory znaliśmy zmieniło się często nie do poznania.

    Broń atomowa przekształciła oblicze niegdyś pięknego, bezpiecznego dla ludzi świata i choć prowincja nie ucierpiała, tak jak miało to miejsce w licznie zaludnionych dawniej miastach, to mimo wszystko zmiany nadały inny wymiar życiu resztek  ocalałej ludzkości. Wielkie atomowe grzyby wyniszczyły wszystko w miejscach występowania największych metropolii. Pozostałe rejony spowiła radiacja i przetrzebiły naloty o mniejszej skali. Wieś się wyludniła, zwłaszcza na samym początku atomowej zawieruchy. Promieniowanie zebrało swoje żniwa wśród wioskowych mimo, że było nieporównywalnie słabsze niż w miastach. Okoliczne lasy, niegdyś małe, teraz dzięki promieniowaniu zmieniają się w szybko rosnące, zdziczałe post-atomowe puszcze. Świeże gąszcze wypełniły nowe formy życia roślinnego i zwierzęcego. Jeden z egzemplarzy pewnego, zmutowanego gatunku dał się szczególnie we znaki mieszkańcom Jerzyc. Podobne sytuacje zdarzały się w innych ludzkich siedliskach. Coraz częściej mutanty pożerały ludzi. Niszczone były i tak już najczęściej mizerne zapasy i wszelki dobytek. Dawniej ludzie prowadzili swoją ekspansję i zabierali przyrodzie coraz więcej terytoriów, lecz nastąpiło odwrócenie tej sytuacji, po dniu sądu. Teraz to przyroda wydzierała, co tylko mogła niedobitkom ludzkiego gatunku.

    Apokalipsa nie zmieniła podstawowych praw ekonomii. Kiedy pojawia się jakiś problem, to ktoś oferuje swoje usługi w rozwiązaniu go. Popyt generuje podaż. Tym razem byli potrzebni zabójcy mutantów.

    Pojawili się wszelkiej maści myśliwi polujący na liczne kreatury zamieszkujące dawne, ludzkie siedliska i dzikie lasy. Chętnych śmiałków na początku było wielu, ale z czasem naturalna selekcja oddzieliła kończących jako pożywienie bestii amatorów od zawodowców, zwanych profesjonalnie czyścicielami lub sprzątaczami, gdyż oczyszczali przeróżne obszary z zagrożenia.

    Czyścicieli pozostała garstka z uwagi na charakter ich zajęcia, zaś ci żywi cieszyli się dużymi nagrodami i jednym z wyższych statutów majątkowych powojennego świata. Sympatia innych nie sprzyjała łowcom. Zawiść ludzi nie pozwalała na przyjaźnie, choć jednocześnie sprzątacz stawał się prędzej czy później dla każdej społeczności gościem wymagającym  zaproszenia i był najczęściej traktowany jako zło konieczne. Mówiono często, że wiele potężnych stworów nie mogło być zabitych przez zwykłych śmiertelników, że sami sprzątacze mogli nie być do końca ludźmi  i w istocie czasami ściśle genetycznie zgodni z klasycznym homo sapiens nie byli, a to budziło jeszcze większą niechęć i falę uprzedzeń wywołujących strach i niekiedy agresję.

    Jerzyce nie były wyjątkiem od wyżej wymienionej reguły. Mała wioska została odgrodzona bujnym lasem od sąsiedniego Piotrkowa Kujawskiego. W samym Piotrkowie promieniowanie było o wiele wyższe. Ostały się tam ruiny zabudowań i zamieszkujące je wyrodki, gustujące w mięsie śmiałków przekraczających zarośniętą granicę. Las pomiędzy miejscowościami był bardzo rozrośnięty. Drzewa wyrastały od promieniowania jak przysłowiowe grzyby po deszczu. Okoliczne lasy rozrosły się tworząc puszczę. Dzikie bory były miejscem, z którego przyszło przerażające zagrożenie.

    Sama wieś rozciągała się wzdłuż asfaltowych pozostałości dawnej drogi i jej kilku ostrych zakrętów. Znajdowały się tam domki mieszkańców i duży budynek dawnego dworu, służącego w czasach PRL-u jako szkoła. Teraz owy dwór stał się siedzibą miejscowej władzy w postaci samozwańczego sołtysa, który wraz z bandą osiłków rządzi resztą wioski za pomocą siły argumentów broni zdobytej w wypadzie na posterunek policji w Piotrkowie Kujawskiem. Grupa po opuszczeniu Piotrkowa udała się do Jerzyc i tam już została przyjmując swoją obecną rolę. Uszczuploną populację Jerzyc uzupełniły posiłki niedobitków z Piotrkowa i niedalekiego Brześcia. Potem Brześć został oddzielony od Jerzyc przeszkodą w postaci jeziora Gopło, które z niewiadomych przyczyn po dniu sądu wróciło w ciągu paru lat do swojego stanu sprzed średniowiecza i kontakty miedzy miejscowościami prawie przestały się odbywać.  Każdy kolejny rok przynosił nieoczekiwane zmiany topograficzne. Wiele miejsc uległo diametralnym zmianom, a jeszcze inne przepadły kompletnie zalane lub dosłownie zapadły się pod ziemię. Nowy świat znał tylko prawa rządów silniejszego i bogatszego. Pociski broni palnej stały się nowym, uznawanym wszędzie środkiem płatniczym i najpewniejszym środkiem ochrony.

     

    O świcie  cała banda ludzi Sołtysa z kałasznikowami, pistoletami, w gumowcach i kufajkach ruszyła na powitanie rzadkiego zjawiska w swoich stronach. Wioska spodziewała się gościa w postaci sprzątacza. Banda zajęła pozycję strzelnicze nad jeziorem, za zwalonymi pniami drzew i w prowizorycznie wykopanych okopach. Jeden z wieśniaków schował się za murkiem.

    Tego dnia jezioro spowijała mgła, lecz z czasem zauważono zarys niewielkiej łódki z trzema ludźmi na pokładzie. Jeden jedynie wiosłował, zaś pozostała dwójka bacznie przeglądała tafle wody w gotowości na oznaki niebezpieczeństwa. Zmutowane żaboludy wielkości człowieka, potrafiły wciągnąć długimi jęzorami pod wodę dorosłego mężczyznę i pożreć na miejscu. Można było zginąć jeśli w porę nie zauważono wystającego z tafli wody łba. Strzał musiał trafić szybko, między oczy. Dlatego obydwaj posiadali karabiny odbezpieczone i gotowe do ewentualnego wystrzału. W końcu po dłuższym czasie dopłynęli na miejsce. Wszyscy ściągnęli swoje maski przeciwgazowe, gdy tylko wyszli poza zasięg dziwnej zielonkawej mgły, o której miejscowi wiedzieli, że jest trująca. Dodatkowo jeden z gości w nietypowym odzieniu sprawdził wskazania dozymetru umiejscowionego przy nadgarstku. Promieniowanie tylko nieznacznie odstawało od normy. Ściągnął z głowy niespotykany, opancerzony, ciemny hełm, połączony z  ochronną maską przeciwgazową i specjalnymi goglami. Przypominał nakrycia głowy jednego ze średniowiecznych rycerzy, zabijających mityczne smoki wczasach ludzkiej świetności. Pozostali niczym się nie wyróżniali. Brud i znoszone wiejskie ubrania były standardem w tej okolicy. Czasem ktoś miał na sobie stare OP-1 pozostałe z czasów służby w dawnym wojsku polskim. Starzy wędkarze z okolic jeziora posiadali niekiedy znoszone ubrania w kolorach khaki, na nogach buty wojskowe, glany, albo zwykłe gumowce. Teraz rejony zbiorników wodnych były zbyt niebezpieczne na samotne przechadzki, nie wspominając o łowieniu ryb. To było już nie to jezioro i nie te swojskie, małe rybki co dawniej.

     

    Wartownik pozostał wewnątrz łodzi. Na dzikiej plaży wysiadło dwóch ludzi. Jeden znajomy z Brześcia – Rychu miał łódkę i trudnił się okazjonalnie, za opłatą przewożeniem wędrowców na drugą stronę jeziora, ale tylko w jego najwęższych odcinkach. Na szersze wody wypływać się bał. Rychowi brakowało odwagi jaką mieli mieszkańcy nadgoplańskiego Połajewa, Złotowa, Ostrówka, czy Kruszwicy, lecz za to oni potrafili opłacać swoją żeglarską odwagę ceną najwyższą w postaci własnego życia.

    Drugi podróżny robił wrażenie osoby jakiej oczekiwała uzbrojona grupa. Zgrabnym susem z łodzi wyskoczył wysoki na około metr dziewięćdziesiąt, dobrze zbudowany mężczyzna w ciemno-szarym, opancerzonym metalowymi płytami kombinezonie ochronnym. Na plecach przybysza  oprócz imponującego plecaka, znajdował się karabin wyglądający na jedną z nowszych wersji sławnego kałasznikowa. Na udach  kombinezonu były przytwierdzone kabury z  dwoma egzemplarzami broni krótkiej. Szczególną uwagę zwracała przytwierdzona do pasa dziwna pochwa, mieszcząca oryginalną broń białą w postaci dużej maczety. Przy boku na uprzęży wisiał kask z maską przeciwgazową. Płyty pancerne kombinezonu posiadały, rysy i różnorakie obtarcia świadczące o tym, że ich właściciel niejedną walkę w bliskiej odległości ma za sobą. Praktycznie wszystkie najczęściej używane i narażone w walce części ciała były osłonięte, a więc przedramiona, klatka piersiowa, krocze, plecy, kolana, piszczele miały swoje ochraniacze. Pod ubraniem dało się zauważyć zarys potężnie umięśnionej sylwetki. Był jak chodzący, ludzki czołg. Szybkie ruchy nie wydawały się nastręczać wojownikowi problemów. Pomimo pancernego wyglądu poruszał się z dziwną, niemal zwierzęcą, kocią gracją. Po ściągnięciu ochrony głowy w postaci wymienionego wcześniej nietypowego hełmu, oczom wieśniaków ukazała się twarz młodego człowieka. Na oko miał około osiemnaście lat, ogoloną głowę z czarnym, krótkim irokezem na środku, pod nosem lekki ciemny wąsik i co najbardziej zwróciło uwagę wszystkich  to czerwone, niezwykłe oczy. Dosłownie na obu oczach widoczna była czerwona tęczówka  osadzona wewnątrz zielonej twardówki. Nieludzkie ślepia były jak zwierzęce. Od samego spojrzenia nietypowego gościa jeżyły się włosy na plecach wieśniaków i dostawali gęsiej skórki. Blada cera najemnika dodatkowo podkręciła nastrój grozy. Nieznajomy starając się rozładować atmosferę,  uśmiechnął się wesoło do wioskowych wojaków, ci z kolei w pierwszym szoku odbezpieczyli broń. Dały się słyszeć charakterystyczne trzaski.

    – Co jest panowie ? Tak witacie pomoc, o którą stękacie przez radio już od dwóch tygodni ? – Zapytał młody najemnik.

    – Opuścić broń debile ! Proszę o wybaczenie. Głupie sukinsyny zapomniały jak witać kulturalnie gości na tym zadupiu. – Powiedział podstarzały, brzuchaty mężczyzna w okularach, starej dziurawej marynarce koloru brązowego nałożonej na gruby sweter. Spodnie miał jak wyciągnięte od innego kompletu, garniturowe i eleganckie w tych stronach odświętne buty dostępne dawniej na targach u Chińczyków. Wyglądał niczym przysłowiowy stróż w boże ciało na zabitej deskami wiosce, zapomnianej przez Boga i ludzi. Mężczyzna odgroził się swoim towarzyszom, rzucił podniesionym głosem kilka  soczystych wulgaryzmów, po czym dumnie zakomunikował, że on jest tu sołtysem i  rządzi.

    Przybysz patrzył na tą scenę podśmiewając się z gestów niezdarnego mężczyzny i przytaknął tylko głową. Sołtys zaprosił gościa gestem ręki połączonym z lekkim ukłonem. Dalej poszli razem do centrum wioski mijając rozpadające się chałupki zabite deskami, niekiedy z folią zamiast szyb. Natomiast wieśniacy cicho klnąc rozeszli się do domów zawiedzeni niedosytem, jaki nastąpił po tym jak nie udało się wykorzystać sytuacji by w końcu przysłowiowo nalać komuś obcemu. Tym razem musieli zrezygnować i poczekać na następną okazję. Jak mówi stare powiedzenie  „chłop żywemu nie przepuści”. Kusiło ich warte małą fortunę wyposażenie przybyłego dziwaka. Działali bez świadomości, że najprawdopodobniej Sołtys, zorientowany z kim się spotkał, nie uratował wtedy zmutowanego przybłędy, lecz to ich życia zostały oszczędzone.

     

    Doszli do dworku. Sołtysa i jego gościa przywitali wartownicy z kałasznikowami na dwóch amatorsko zbudowanych wieżyczkach, przy bokach wejściowej bramy. Resztę terenu otaczał solidny, betonowy murek. Weszli do środka, następnie po schodach, przez duży hol, doszli do gabinetu, gdzie sołtys piastował swój urząd.

    – Ładnie się pan tu urządził. – rzekł najemnik. – Ładne miejsce niczym prawie taki tutejszy biały dom. – dodał uśmiechając się.

    Sołtys chwilę się zastanowił, spojrzał na zbrojnego poważnym wzrokiem, lekko spuszczając ręką z oczu okulary. Po czym chrząknął i wyciągnął z szafki drogi skarb. Prawdziwy drogi przedwojenny koniak i zaproponował gościowi. Ten jednak gestem ręki stanowczo odmówił.

    – Rozumiem. Przy pana pracy trzeźwość umysłu jest niezbędna.

    – To rzeczy panie starszy. Dość wymuszonych uprzejmości. Widzę, że bardzo musi wam tu zależeć na pokonaniu potwora, skoro bawicie się w te całe ceregiele. – Powiedział zniecierpliwiony sprzątacz.

    – Istotnie. Gdyby nie to, kazałbym cię rozstrzelać teraz na miejscu moim chłopakom, za twoje zachowanie z durnymi uśmieszkami,  bijące w mój autorytet. Rozumiemy się kurwa !? – młody wojownik z lekkim, tym razem dyskretnym uśmieszkiem tylko przytaknął głową.

    – No to słuchaj mnie teraz uważnie. Jesteśmy tu sami w gabinecie, ludzie na warcie mają nikogo nie wpuszczać do budynku , bo to co ci powiem jest tylko dla twoich uszu. Od tej pieprzonej wojny miałem tu wszystko. Wcześniej byłem tylko jakimś zafajdanym cieciem we firmie u cholernego Janusza biznesu. Dostał potem kulkę między oczy gdy to się zaczęło. Teraz jestem tu kimś. Ale dosyć  pierdolenia. Chodzi o to, że ta poczwara pożera mi ludzi we wiosce i to coraz częściej. Jak kogoś wyślę, to też go zeżre, więc nikogo więcej nie wysyłam. Pięciu chłopów jak się patrzy straciłem. Więcej nie mogę ryzykować. Kto wyjdzie ze wsi to tylko kawałki z niego potem się znajdują, albo i nic. Ostatnio bydle rozsierdziło się tak, że wlazło w nocy do wsi i Nowakową w chałupie razem z bachorami rozszarpało. Wszędzie było tyle krwi i flaków, że musiałem dom spalić. Ten widok podkopywał mój autorytet. Nie chciałem, żeby ludzie to oglądali. O to właśnie chodzi. Mój kurwa autorytet. Przestają mnie tu słuchać. Wszystkie osiłki już coś knują między sobą. Jeśli nic z tym nie zrobimy, w końcu kto ze zbrojnych mnie stuknie, albo powiesi, a wtedy we wsi zapanuje chaos i wszystko tu przepadnie w zasranym bajzlu i las resztę tego zadupia pochłonie. Zatłucz te gnidę jak tylko chcesz byle skutecznie, a dam ci co tylko mam: kobiety, zapasy nabojów, alkohol, co będziesz chciał jest twoje. Tylko ubij gnoja. Przynieś mi jego łby. – Powiedział dysząc ciężko z nerwów sołtys.

    – No właśnie. Powiedz mi jak wygląda ten osobnik.

    – Wygląda jak takie wielkie psisko tyle że wielkie jest jak koń. Takie paskudztwo wysokie na łapach i ze dwa razy tak masywne. Można by na takim jeździć. Ma trzy łby. Straszne parszywe pyski najeżone ostrymi, wielkimi zębami. Nazwaliśmy go we wsi Cerber, bo kiedyś w mitologii był tak wyglądający stwór. Zabił go taki jeden osiłek. Herkules chyba. Ale my tu nie mamy swojego Herkulesa. Ty musisz być teraz naszym atomowym Herkulesem. Jędrzejczakowa stwora widziała jak wyłaził po pożarciu Nowakowej i tak opisała mi go. Darła wtedy mordę niczym opętana, ale pełny brzuch musiał mieć, dlatego babkę  zostawił. Przeraziła się tak, że osiwiała do reszty.

    – Gdzie znajdę Jędrzejczakową ?

    – Ostatnio ześwirowała. Ostrzegam. Papla starucha głupoty. Strata czasu. Chyba, że Lubisz wariatów. Mieszka w przedostatnim domu od strony, lasu z kierunku Piotrkowa. – odpowiedział Sołtys wskazując kierunek ręką.

    – Dzięki. Zajmę się tym. Wezmę z pięć pełnych magazynków nabojów. Najlepiej do kałasznikowa.

    – Nie mamy tyle !-  Krzyknął sołtys z takim przejęciem, że aż zgubił okulary. – Czym mamy się bronić, z czego się bronić, gdy już sobie pójdziesz łowco ? Mamy tak mało amunicji, że chłopy co kończą wartę oddają swoją tym, którzy ich zmieniają. Spuść trochę z ceny co ?

    – Mówiłeś, że dostanę ile chce. Dobra stary cwaniaku. Moje ostatnie słowo trzy pełne magazynki i ani sztuki mniej. Ale za to dorzucisz mi jeszcze kanister ropy. Wiem, że macie bo ciągnik ten wasz Ferguson jest sprawny. Widziałem po drodze.

    – Cholera ! Zgoda. Dostaniesz ! Niech cię szlak. Obrobiliśmy wszystkie stacje w Piotrkowie, mamy zapasy ukryte. Taki jeden baniak ci dam. Zrób tylko swoje. Dostaniesz co, do naboju, jeszcze to paliwo dorzucę. Tylko przynieś mi tu wszystkie trzy łby, tak żebym miał pewność. Nawet z jednym kierda żyje. Coś o tym wiem.

    – Jak to wiecie ? Skąd ? Od kogo ?

    – Aaa stare dzieje nie zaprzątaj pan sobie tym głowy. – Odpowiedział zakłopotany sołtys, drapiąc się przy tym po łysiejącej głowie.

    – Dobra. Idę do tej kobiety. Zostawię tu u was plecak z moim dobytkiem. Ciężar przeszkadza w walce. Na razie. – Powiedział czyściciel po czym odwrócił się tyłem do Sołtysa, zdjął plecak, położył w kącie pokoju, przełączył coś po kryjomu, tak że było słychać metaliczne trzaśnięcie.

    – Zaraz ! Moment ! Nie zostawiaj mi tu bomby w gabinecie !

    – Jeśli nie będziesz tam grzebać, to nic ci się nie stanie. – Odpowiedział i  zamknął za sobą drzwi sołtysowego gabinetu. Następnie znerwicowany Sołtys nalał sobie wyciągniętego uprzednio koniaku i wypił przy pomocy trzęsącej się ręki.

     

    Droga do wskazanego domu Jędrzejczakowej nie była szczególnym wyzwaniem. Na widok gościa mieszkańcy odwracali głowę, spluwali przez ramię, klęli pod nosem, zamykali okna i drzwi od rujnujących się chałupinek. Nienawidzili mutanta, chociaż nieraz sami miewali lekko zmutowane dzieci. Dodatkowy palec u ręki, czy nogi nie były rzadkością wśród młodego pokolenia. Pomijając inne paskudne mutacje.

     

    Po drodze łowca mutantów obejrzał spalony dom. Miejsce zbrodni zostało doszczętnie zniszczone, ślady zadeptane. Nie było niczego prócz popiołu, resztki murów i nieistotnych śmieci. Jedynym sposobem rozeznania się w sytuacji pozostała babka wspomniana przez Sołtysa. Widziała go. Stała obok rosłego brodacza trzymającego widły. Na widok gościa odwróciła się i schowała do domu. Kiedy najemnik zbliżył się do drzwi, brodacz zastawił swoim cielskiem przejście i wyciągnął przed siebie widły.

    – No i gdzie mi tu kurwa leziesz ?

    – Do pani Jędrzejczakowej. – powiedział czerwonooki, uśmiechając się przy tym, ni to przyjacielsko, ale zarazem złowrogo.

    – Matki nie ma. Wypierdalaj precz ! – Zagroził brodacz wymachując widłami.

    – Odstaw ten swój widelec brudasie bo się nim jeszcze skaleczysz. Widziałem jak pani starsza wchodziła.

    – Pani starsza nie chce z nikim gadać ! – Krzyknął brodaty. Ruszając ostro w stronę gościa wykonał pchnięcie widłami. Łowca zrobił bez trudu zwinny unik obok wideł. Krokiem na przód znalazł się tuż przy brodatym i znokautował go w jednej chwili błyskawicznym ciosem w szczękę. Brodacz zwalił się bezwładnie na ziemię, pozbawiony przytomności. Najemnik złapał jego widły i cisnął gdzieś daleko. Zapukał głośno w drzwi i wszedł do domu.

     

    Pomieszczenia spowijała głęboka ciemność. Wszystkie okna zabite dechami. Światło nie docierało do środka. W jednym z pomieszczeń przebijała się tylko niewielka smuga z dziury w oknie. Każda osoba nieznająca rozkładu mebli w pokojach musiałaby się potknąć, co najmniej kilka razy. Czyściciel nie był przeciętną osobą. Jego ślepia świeciły na czerwono od odbitych promieni nikłego światła. Był zupełnie jak kot. Dziki drapieżnik patrzący w mroku.

    – Odejdź pokrako ! Nie chcę z tobą rozmawiać ! Chcę być sama ! Chcę zapomnieć ! – Krzyknęła babka. Nietypowy gość nie tracił czasu. Chwycił staruszkę, przyciągnął do siebie, patrzył głęboko, prosto w jej oczy. Spojrzenie przeszywało na wylot, niczym lodowy kolec wbity od oczodołu do samego centrum mózgu. Penetrująca siła nie do odparcia.

    – Zadam ci tylko kilka pytań. Odpowiesz mi i się pożegnamy. Dobrze ?

    – Dobrze. –  Odpowiedziała spokojnie obezwładniona wzrokiem, jakiego nigdy, nie doświadczyła, nie rozumiała, ale wiedziała, iż musi być posłuszna.

    – Powiedz mi co to było ? Wiesz dlaczego weszło do wioski ?

    – On tu przyszedł z zemstyyy ! Zabił dzieci, stracił dzieci ! Winny Sołtys ! Winny ! Winny Winny ! – Powtarzała bez przerwy, jak zacięta płyta.

    – Winny Sołtys ! Sołtys ! Sołtys ! Gnój Sołtys ! Winny ! Skurwysyn ! Winny ! – Krzyczała bez końca. Jedynie szlochy i powtarzanie wciąż identycznych słów. Łowca opuścił  dom rozumiejąc, że nic nie wskóra. Pozostało już tylko wytropienie śladów potwora samodzielnie.

    Ktoś inny mógł praktycznie zakończyć poszukiwania. Pozostawało przyczaić się gdzieś w wiosce, poczekać na kolejny atak i wtedy spróbować szczęścia. Zazwyczaj łowcy tak robili. Polowali przy wykorzystaniu żywej przynęty. Narażali zarówno siebie, jak i swoich klientów. Ten łowca działał inaczej. Był z tego znany i ceniony. Każdy kto miał konkretną wiedzę o czyścicielach, znał też jego. Właśnie dlatego Sołtys mógł tyle obiecywać, tak mało się targować. Utrzymanie władzy, to tylko jeden z powodów nadmiernej wylewności Sołtysa. Dlatego, że łowca mimo młodego wieku miał wyrobioną markę i nie musiał się przedstawiać. Ślady były świeże, jeszcze nie zadeptane. Zmutowane oczy widziały szczegóły niedostępne dla normalnego człowieka. Były czerwone i od nich pochodziło jego imię. Nikt zorientowany nie musiał o nie pytać. Było wiadomo. Takimi oczami patrzył tylko jeden człowiek. Tak wyglądał jedynie słynny Red. Ponoć wychowany przez byłego oficera jednostki komandosów GROM. Przed śmiercią komandos wziął pod opiekę podrzutka. Wojskowego zabijał popromienny nowotwór, więc postanowił coś po sobie pozostawić. Tym spadkiem była wiedza i umiejętności przekazane młodemu mutantowi. Teraz dar wiedzy od najlepszych, polskich komandosów miał okazję sprawdzać się w nowych czasach. Taką opowiadano historię. To była jego legenda.

     

    Red wkroczył w las tropiąc ślady łap. Zarośla stały się bardzo bujne na skutek promieniowania. Korony drzew były tak gęste, że  doprowadzały do wewnątrz jedynie niewielkie ilości światła. Puszcza kryła w sobie przyciemniony obraz, pomimo jasności panującej poza jej granicami. Dodatkowo od stóp po kolana najemnika sięgała niewielka, szara mgiełka. Wskaźniki urządzenia pomiarowego nie wskazały jednak znacznej różnicy radiacyjnej, w stosunku do promieniowania wewnątrz wioski. Na początku, zaraz po wojnie promieniowanie musiało tutaj uniemożliwiać przejście bez nałożenia maski. Nie obyło się bez pozostałości radiacji. Kilka lokalek należało ominąć, w paru miejscach maska była niezbędna, ale ogólnie drogę przez las utrudniały głównie bujne zarośla. Gęste zalesienie ułatwiało tropienie dzięki widocznym, połamanym gałęziom. Znaleziona w pewnym momencie, odgryziona ręka kobiety utwierdziła Reda w przekonaniu, iż zmierza we właściwym kierunku. Zaczął się jednocześnie zastanawiać nad sensem słów Jędrzejczakowej. Czy bestia  była mściwa i dlatego zostawiła resztki swojego pożywienia, zadowalając się jedynie zabijaniem ? A może po prostu nasyciła się już, po wcześniejszym skonsumowaniu dzieci ?

    Pogrążając się w myślach, najemnik zapomniał o ostrożności. Bestia, na którą polował nie musiała być jedynym drapieżnikiem w okolicy. Istotnie nie była. Wokół nogi łowcy owinęła się żywa gałąź i pociągnęła go z wielką siłą prosto w górę. Momentalnie zaczął wisieć głową w dół. Centralnie pod nim rozstąpiła się ziemia, obnażając wielką, zieloną paszczę najeżoną wyrostkami przypominającymi igiełkowate zęby. Potężny, kwiatopodobny łeb mięsożernej rośliny zaczął unosić się na grubej łodydze prosto w górę, w stronę wiszącego najemnika.

    – Źle dzisiaj trafiłaś z obiadem gnido. – Powiedział łowca uśmiechając się złowrogo.

    – Szkoda na ciebie cennych nabojów. – Dodał po czym zwinnie, wydobył z pochwy swą oryginalną maczetę i odciął się. Leciał prosto w dół, ze swoją bronią białą, skierowaną do mordy stwora. Wpadł do środka. Drewniane zębiska zatrzasnęły się na nim, lecz uratował go wzmocniony pancerz. Decyzja o skoku była świadoma. Nogi wystawały poza mordę, reszta ciała od pasa w górę była w środku. Z zewnątrz dało się tylko usłyszeć odgłosy cięć i bulgotania. Nagle roślina zaczęła się trząść, jakby powodowana drgawkami. Pysk się otworzył. Teraz wewnątrz było już całe ciało. Z jego środka przebiło się pokryte zielonym śluzem ostrze. Następnie kilka cięć utworzyło dziurę, z której wyłonił się ciężko dyszący Red. Roślinny drapieżnik był martwy, najemnik lekko skołowany ale szczęśliwy. Cały był pokryty śluzowatą, zieloną substancją o przykrym zapachu. Jemu to nie przeszkadzało. Przeciwnie. Ucieszył się. Odór miejscowej istoty skutecznie zagłuszał jego własny zapach. Potwór spokrewniony z psowatymi, nie zorientuje się o niebezpieczeństwie przy pomocy powonienia. Stwór pomyli czyściciela ze zwyczajnym mieszkańcem lasu. To powinno ułatwić nieco sprawę. Polujący zyskał element zaskoczenia. Przynajmniej miał taką nadzieję.

     

    Dalej stąpał już ostrożniej. Kolejne, podejrzane gałęzie raz musiał odciąć przy pomocy maczety, jeszcze zanim zdążały go złapać. We wnętrzu pagórka znalazł wykopaną, wielką norę. Musiała być siedliskiem istoty, jakiej szukał. Coś tu jednak nie pasowało. Ze środka pieczary wydobywał się smród rozkładanych ciał. Red przygotował karabin. Wszedł do środka. Po chwili wszystko stało się jasne. Wewnątrz leżały ciała.  Zwierzę takie, jak opisano. Wielkości konia, trzy psowate głowy. Jedna ucięta, dwie przestrzelone, reszta ciała też podziurawiona kulami. Obok leżały ciała kilku zmasakrowanych szczeniąt o takim samym wyglądzie zewnętrznym. Musiały urodzić się tuż przed śmiercią, wskazywało na to ich stadium rozwoju. Samica świeżo  oszczeniona, albo i w trakcie porodu, nie była w stanie się obronić. Najprawdopodobniej słowa starej kobiety były prawdziwe. Sołtys zabił te zwierzęta. Teraz ostatnie pozostałe przy życiu się mści i częściowo przy okazji pożywia. Może nie spocząć aż wykończy całą wieś. Niemniej jednak Sołtys ze swoją ekipą przez taki czyn sami byli poniekąd potworami, tyle że w ludzkiej skórze. Mogli żyć bezpieczniejsi gdyby nie zabili tych cerberów. Teraz każdy jest zagrożony.

    Red postanowił poważnie porozmawiać z Sołtysem, gdy już wykona zlecenie.

     

    Czyściciel wyszedł z nory i zobaczył go. Widocznie maskowanie zapachu nie było tak dobre, jak się tego spodziewał. Był taki jak opowiadano, wielkości konia, cały czarny, trzy potężne, naszpikowane ostrymi kłami pyski, z których ciekła ślina. Każda z głów patrzyła z nienawiścią i ze wszystkich łbów wydobywał się potężny warkot. Potwór napiął się i skoczył na Reda z ogromną siłą, centralnie pod lufę gotowego już do strzału kałasznikowa. Krótka seria trafiła w jedną z głów, akurat tę środkową, jaka miała ukąsić sprzątacza. Nie zatrzymało to ataku. Impet potężnej szarży odrzucił zmutowanego wojownika w powietrze, broń wypadła mu z rąk. Przelatując kilka metrów uderzył w najbliższe drzewo i opadł na ziemię. Opancerzenie stroju nieco zamortyzowało siłę wszystkich uderzeń. Potworna siła zostawiła jednak efekt. Red leżał na brzuchu. Trafienie plecami w pień drzewa pozbawiło go tchu. Przed oczami miał tylko ciemność. Wiedział, że musi się podnieść. Zadziałał odruch. W samą porę. W ułamku sekundy wykonał przy pomocy wyczucia cięcie maczetą, praktycznie na ślepo. Odruch Reda zadziałał prawidłowo. Jedna z bocznych głów została odcięta i wyleciała w górę. Czyściciela zalał potok tryskającej krwi z miejsca odciętej głowy stwora. Cerber uskoczył na bok. Ostatnia żywa głowa zaczęła kwiczeć. Jęki jak u zbitego psa wstrząsnęły Redem. Po chwili jednak bestia odzyskała wigor. Wilczysko szykowało się do ostatniego, desperackiego ataku. Krótki moment wahania bestii dał zbawienny czas Redowi. Był jeszcze ogłuszony uderzeniem i obolały, ale zaczynał widzieć. Widział jak przez mgłę, jednak wystarczająco. Zwierz rzucił się do ataku. Red nie walczył siła w siłę. Postanowił zaryzykować. Rzucił swoje ostrze prosto i celnie między oczy Cerbera. Maczeta utkwiła w czaszce. Najemnik zrobił unik, a trafiony cel trafił łbem z maczetą prosto w drzewo. Broń wbiła się po samą rękojeść. Siła skoku w połączeniu z przeszkodą rośliny zadziałała jak młotek na przy nabiciu gwoździa. Potwór był martwy. Łowca padł na kolana ciężko dysząc, musiał odpocząć. Należało wrócić do wioski w lepszej formie. W tych czasach ludzie potrafią być gorsi od potworów, wystarczy im tylko widzieć kogoś w chwili słabości.

     

    Był już wieczór. W tle zachodzącego słońca, niczym bohater filmów rodem z XX wieku, Red wracał epicko do wsi, ze swoim trofeum. Trzymał trzy łby połączone razem węzłem z kłączy zmutowanej rośliny, leśnej rośliny. Budził lęk w słonecznych płomieniach, czerwony od krwi, jak upiorny, żywy posąg upamiętnienia okrutnej bitwy. Wieśniacy zaskoczeni, w szoku, z otwartymi ze zdziwienia ustami tylko na niego patrzyli i nie wierzyli. Wcześniej schodzili mu z drogi tylko przez swoje uprzedzenie. Teraz ustępowali bo się bali. Zszokowana zbieranina rozstępowała się wzdłuż drogi najemnika. Red doszedł do rezydencji Sołtysa bez przeszkód. Minął osłupiałych z wrażenia wartowników, nim ci zdążyli w jakikolwiek sposób zareagować. Wszyscy spisali już go na straty, ot kolejny śmiałek do kolekcji. Smaczna przekąska dla Cerbera, mówili. Mylili się. Nie wierzyli własnym oczom. Łowca szedł prosto do gabinetu wioskowego watażki. Wszedł do pomieszczenia zdecydowanie, otwierając kopniakiem drzwi. W środku przebywał Sołtys w towarzystwie młodej dziewczyny. Panienka mogła być w wieku między szesnastym a osiemnastym rokiem życia.  Siedzieli na fotelu, ona na wpół rozebrana, Sołtys natomiast w samych majtkach, ze spuszczonymi do kolan spodniami. Na widok Reda oboje zaskoczeni, zaczęli szybko się ubierać. Starzec wściekły z powodu zaistniałej sytuacji wpadł we wściekłość.

    – Co to za wtargnięcie ! Bez pukania ! Nie widzisz, że jestem zajęty ?

    – Milcz stary zboku ! Ci ludzie we wsi ginęli przez ciebie ! – Odpowiedział czyściciel, po czym solidnym kopem przewrócił Sołtysa, na skutek czego, ten jeszcze w locie zdążył przelecieć przez fotel, na którym przed chwilą siedział i przy okazji zgubił po raz drugi spodnie z tyłka. Dziad jeszcze wścieklejszy, dobył pistoletu ukrytego pod swoim biurkiem. Popełnił błąd. Błyskawiczne cięcie maczety odcięło trzymającą pistolet rękę, z kikuta wystrzeliła fontanna krwi, Sołtys zaczął w panice wrzeszczeć. Wartownicy z dworku szybko wpadli na miejsce po usłyszeniu hałasu. Jednemu przytomność zabrał łokieć Reda, drugiego skutecznie zamroczyła jego pięść. Starego też należało uspokoić, gdyż trzymał się w miejscu rany i szlochał w panice. Odpowiednio dobrane uderzenie backhandem w połączeniu ze spojrzeniem Reda dało skutek. Sołtys dygotał, z jego oczu płynęły łzy, ale milczał.

    – Mów teraz dziadzie jak było.

    – Ja nie chciałem ! Poszliśmy po pijaku z chłopami do lasu po wywar z rośliny. Tej takiej mięsożernej, co nią śmierdzisz. Podobno dobrze robi na męskość. Można te chwasty łatwo wykończyć, wystarczy podlać bimbrem. No i znaleźliśmy bydle z młodymi. Szczeniła się, była bezbronna. Myślę sobie, że zrobię polowanie, przyniosę łby i pokaże we wsi to będą mnie jeszcze więcej słuchać. No to żeśmy wytłukli stwory, ale wtedy przylazł samiec. Władka zjadł na miejscu w całości, ani kawałek z chłopa nie został a myśmy uciekli do wsi. Potem się to wszystko zaczęło ! Resztę ekipy, co ze mną była wysyłałem na polowania. Ich też wykończył, a ja przynajmniej pozbyłem się świadków.

    – Więc to przez ciebie ! Ty stary skurwysynie ! To przez ciebie mój ojciec wtedy nie wrócił ! Zabiję cię ! – Krzyczała niedawna kochanka startego. Teraz rzuciła się i kopała bez opamiętania leżącego, zakrwawionego kalekę.

    Po chwili do gabinetu wpadli inni żołnierze Sołtysa i reszta ciekawskich wieśniaków. Dziewczyna wszystko opowiedziała, we wsi zawrzało. Zbrojni jakiś czas bili się między sobą. Red obserwował resztę sytuacji już stojąc z boku. Wioskowa rewolucja zakończyła się sukcesem. Jeszcze tego samego dnia Sołtys skończył powieszony na centralnym drzewie w Jerzycach. Ludzie nie mieli litości, za swoich bliskich, za lata strachu i poniewierki.

    Red otrzymał więcej niż myślał. Oprócz zabicia bestii dał ludziom zemstę i poczucie sprawiedliwości. Samosąd spuścił z nich całe ciśnienie i zarazem pokazał najgorsze instynkty. Starego przed powieszeniem brutalnie skatowano. Niejeden miałby problemy z poznaniem go po tym laniu. Łowca otrzymał w nagrodę dwa razy tyle amunicji, co wynegocjował z Sołtysem. Naboje wylądowały w plecaku, z kolei ten okazał się nie być wcale zaminowany. Zabójca mutantów po prostu blefował. Wdzięczni ludzie dali mu też nieco prowiantu i obiecany wcześniej kanister ropy. Niedługo potem sygnałami dymnymi przywołano jeziornego przewoźnika i tak Red wrócił do Brześcia, bez większych problemów. Stracił tylko jeden nabój na wynurzającego się z Gopła ryboludzia. Po drugiej stronie czekał już wóz. Potężna czterokołowa maszyna na grubych oponach, wysokie zawieszenie, zbudowana z masy blach połączonych ze szkieletem metalowych rur. Z przodu znajdował się jeden duży reflektor, a w tyle samochodu osadzona została niewielka wieżyczka z ciężkim karabinem maszynowym na szczycie. Za kierownicą siedziała oparta luzacko o siedzenie młoda, ładna, nieco brudna, blondwłosa, krótko obcięta dziewczyna, ubrana w skurzany kombinezon, z hełmem czołgisty na głowie i coś żuła. Popatrzyła na podchodzącego Reda z lekceważeniem i uśmiechnęła się.

    – Ależ ty śmierdzisz Red. – powiedziała wesoło.

    – Taka praca Wiki. Sama wiesz. Różnie bywa, a też fiołkami nie pachniesz.

    – No wiem. Tyle, że ja tu jestem mechanikiem, a te smary to dla mnie jak perfumy. Tak czy inaczej już niedługo się wykąpiemy. Przez radiostację złapałam kolejne zlecenie. Burmistrzowi Kruszwicy jakiś mutant uprowadził córkę. Zaprosili nas. Jeśli się zgodzimy, to obiecali nam schronienie i wszelkie wygody, a mysia wieża sam wiesz, od pewnego czasu ma swoje nowe uroki. Tak w ogóle jak ci poszło ? Widzę, że zapłacili. Dowiedziałeś się chociaż czegoś nowego tam ?

    – Tak dowiedziałem się. Tego jacy są ludzie. Potrafią być gorsi od potworów. Szczególnie my, ci co walczymy z potworami musimy uważać, by sami nimi nie zostać.

    – Coś w tym jest. – Powiedziała Wiki. Po czym odpalili wóz i odjechali.

     

    KONIEC

Oglądasz 1 wpis (wszystkich: 1)

Forum ‘Wasza twórczość’ jest zamknięte dla nowych tematów i odpowiedzi.