18 / 10 / 2017
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
Za horyzont - Andriej Diakow

Fragmenty

Za Horyzont - fragment 4

FRAGMENT CZWARTY

 

Zdawało się, że skrzypienie nienaoliwionych kółek i monotonne szuranie butów na wytartym, pełnym łat linoleum nigdy się nie skończy. Zakurzony obrus łaskotał go w nos, a plecy szybko zdrętwiały przez niewygodną pozycję. Gleb, z trudem mieszcząc się na  półce, cierpliwie czekał na koniec przymusowej podróży i modlił się, żeby służący nie zaczął czegoś podejrzewać. Sądząc z dochodzącego z góry sapania wózek pchał człowiek w podeszłym wieku. Całkiem możliwe, że ktoś taki mógł zrzucić nagły wzrost ciężaru na karby własnej starczej słabości.

Słysząc, jak nieznajomy dyszy i mozoli się , chłopak poczuł nagły przypływ wstydu, jednak kiedy przypomniał sobie drwiący wyraz twarzy ojca, zacisnął zęby, postarał się wyrzucić z głowy wszystkie zbędne rzeczy, w tym wyrzuty sumienia, i skoncentrować się na samowolnej misji.

Faktem było, że Gleb nie miał zielonego pojęcia, co robić dalej i gdzie szukać odpowiedzi. Na jego szczęście problem rozwiązał się sam. Sądząc z widoku popękanych kafelków na podłodze, służący przyszedł z wózkiem do kuchni. Brzęknęły naczynia, zagrzmiał czajnik. Przy wtórze niezadowolonego gderania staruszka stolik znów ruszył z miejsca. Chłopak miał wielką nadzieję, że zdoła wybrać dobry moment i czmychnąć, ale szansa wciąż się nie nadarzała. Po nakryciu stołu służący znów ruszył w niekończące się tournee po korytarzach podziemnego miasta.

Pomieszczenie, do którego Gleb trafił tym razem, należało do kogoś wysoko postawionego. Wykładzina dywanowa na podłodze po tych wszystkich latach była wyblakła i mocno wytarta, ale wciąż jeszcze nie utraciła dawnego reprezentacyjnego charakteru, co wyraźnie wskazywało na wysoki status lokatora.

– Co tak długo? Zostaw go przy wejściu.

Zaskoczony chłopak wzdrygnął się i zamarł przestraszony, starając się nie zdradzić swojej obecności głośniejszym oddechem ani najdrobniejszym ruchem. Służący równie niespiesznie, jak wcześniej, pokuśtykał do wyjścia, a gospodarz gabinetu, którego Gleb od razu poznał po głosie, podszedł do stolika i zaczął coś się majstrować przy naczyniach. Po kilku pełnych napięcia minutach oczekiwania, podczas których nie było słychać niczego poza pobrzękiwaniem łyżeczki w szklance, skrzypnęły drzwi.

– Wejdź – rzucił Szustow do gościa, i sądząc po dźwięku cichnących kroków, przeszedł do dalszej części pomieszczenia. – Właśnie sobie kawusię zaparzyłem! Pułkownik miał gest, z okazji udanego zakończenia operacji „Amnestia”. Dopiero co przynieśli. Napijesz się?

– Wiesz dobrze, że nie. Od tego świństwa zęby się psują.

Głos drugiego uczestnika rozmowy, gburowaty i jednocześnie chytry, wydał się Glebowi nieprzyjemny, a od tego, jak przybysz wymawiał niektóry spółgłoski – z ledwie uchwytnym poświstem, podobnym do syczenia żmii – ciarki przebiegały mu po plecach.

– W takim razie może po kieliszeczku?

– Gorzała i prochy zabijają mózg. Jak chcesz, to się truj, mi się na tamten świat nie spieszy.

– Innym wciskaj swoją pryncypialność… No dobra. Co cię sprowadza?

– Chodzi o szturm… – gość przystanął przy stoliku i spod skraju obrusa pokazała się podeszwa wyczyszczonego na wysoki połysk żołnierskiego buta. – Strzałowi znów przesadzili z siłą ładunku. A kto będzie bramę naprawiał? Znowu pierwsza zmiana?! Jakoś kiepsko to wygląda. Zdawało mi się, że jesteśmy po tej samej stronie… – w głosie nieznajomego pojawiła się nuta groźby.

– Daj już spokój! Parę dni do końca wachty! Nowa brygada zacznie dyżur i twoje orły sobie odpoczną. – Szustow przerwał na moment, by głośno, z wyraźną przyjemnością, upić łyk kawy ze szklanki. – Powiedz mi lepiej, skąd się wzięli zabici? Przed walką osobiście sprawdzałem grupę szturmową. Ręczę za to, że strzelali wyłącznie ślepakami.

– Wszyscy moi ludzie też byli czyści… Nie pierwszy raz odstawiamy tę szopkę. A zabici to sprawka tych przejezdnych z wyrzutni rakietowej. Szefa mają trochę za bardzo do przodu. Idę o zakład, że to on siedział na dachu ze snajperką. O mało wszystkiego nie zepsuł, sukinsyn… – właściciel kirzowych butów soczyście splunął na drogocenny dywan. – Mam z nim do pogadania… od serca… Załatwisz mi spotkanie?

– Ochłoń. Pułkownik ma co do tych włóczęgów inne plany. No i spaliłeś już jednego chłopaczka z ich oddziału. Mało ci? – w głosie Szustowa stal pojawił się chłód. – Wiesz przecież, że Pułkownik nie pochwala zbędnego okrucieństwa. Powtarza, że to nie są nasze metody…

– Chrzanię Pułkownika i te wasze metody!… Łatwo gadać, jak się siedzi na tyłku w przytulnej norze! Na powierzchnię to wołami się nie da zaciągnąć, dekownik sztabowy! Poza tym na moje miejsce też na razie nikt się nie pali. A jeśli nie ma chętnych, to pozwólcie mi samemu decydować, jak i jakimi metodami będę odwalał całą brudną robotę!

Bucior z pełną siłą wyrżnął w stolik na kółkach, przez co naczynia posypały się z brzękiem na podłogę. Gleb omal nie wypadł na zewnątrz, cudem utrzymując się na półce. Serce chciało mu wyskoczyć z piersi, a mózg przeszyło zapierające dech przypuszczenie.

Podsłuchana rozmowa wszystko wyjaśniła. Obraz panującego w Biełoriecku zamętu wreszcie ułożył się w prosty i wyraźny schemat.

„Nie było i nie ma żadnej tajnej zmowy! Stepowe Psy to właśnie wojskowi, tyle że w przebraniu! Powinienem natychmiast ostrzec ojca! Ale jak?”

Gleb nadstawił uszu, starając się znów wyłapać wątek rozmowy.

– …i wtedy będziesz mógł wyłożyć swoje pretensje bezpośrednio Pułkownikowi, a dopóki zmiana się nie skończyła, bądź tak łaskaw i zajmij się swoimi aktualnymi obowiązkami!

Interkom na biurku przenikliwie zadzwonił, zmuszając Szustowa do przerwania uświadamiającej rozmowy z krnąbrnym podwładnym.

– Słucham… Tak… Co mówi?… Zniknął? Co to za brednie?! Przecież zamknęli ich na klucz!

Skrzypnął fotel, szklanka żałośnie brzęknęła, lądując na blacie biurka.

– A więc tak… Nie podejmować żadnych działań beze mnie! Zrozumiano? Już idę! To wszystko! Bez odbioru!

– Mówiłem przecież, że z tymi przejezdnymi będą same kłopoty! – skomentował gość. – Trzeba ich było sprzątnąć, teraz nie obejdzie się bez szarpaniny…

– Zobaczymy! – Szustow ruszył energicznie do wyjścia. – Jeśli to wszystko, to nie śmiem zatrzymywać.

Trzasnęły drzwi i w pokoju zapadła cisza. Jakże Gleb chciał teraz wyskoczyć w ślad za żołnierzami i jak najszybciej znaleźć się wśród swoich! Lecz pośpiech zwykle nie prowadzi do niczego dobrego…

Chłopiec dla pewności poczekał jeszcze minutę, wyczołgał się z kryjówki i w półmroku opustoszałego gabinetu podkradł się do drzwi. Te, na szczęście, okazały się otwarte!

W korytarzu wyłożonym prostymi panelami ściennymi, pomyślanymi najwidoczniej, by wytworzyć u mieszkańców wrażenie domowego ciepła, nie było żywej duszy. Najprawdopodobniej w tym sektorze mieszkały miejscowe urzędasy, a życie kipiało gdzieś na innych piętrach ogromnego mrowiska, co małoletniemu szpiegowi było tylko na rękę.

Starając się poruszać bezszelestnie, Gleb potruchtał wzdłuż szeregu solidnych, obitych plastikiem drzwi. Płynny zakręt korytarza zaprowadził go wprost do krótkiej, skąpo oświetlonej ślepej uliczki z windą. W kwadratowym oszklonym okienku nad drzwiami migotała na zielono cyfra „–9”.

„Numer piętra” – domyślił się Gleb, ale od razu przypomniał sobie, że posługacz, pchając wózek, na przestrzeni całej trasy pozostawał na tym samym poziomie, czyli że apartamentów oddanych do dyspozycji załodze należało szukać właśnie tutaj!

Kiedy tylko chłopiec odwrócił się w stronę korytarza, usłyszał przed sobą, jak ktoś trzaska drzwiami. Zaraz potem rozległo się rozgłośne echo zbliżających się kroków. Gleb zaczął się miotać w panice, rozpaczliwie starając się znaleźć jakiekolwiek wyjście, ale wyglądało na to, że winda stanowi jedyną drogę ucieczki.

Chłopak kilka razy wcisnął guzik przywołujący windę i cały czas wsłuchiwał się w równy krok nieznajomego, a kiedy drzwi wreszcie się rozsunęły na boki, wpadł do kabiny jak wystrzelony z procy. Wcisnął na chybił trafił jeden z przycisków, przytulił się do zimnej ściany i ucichł, licząc sekundy. Wreszcie skrzydła drzwi zaczęły się zasuwać z powrotem – strasznie wolno, jak zdawało się Glebowi. Ułamki sekund dzieliły go od względnego bezpieczeństwa, ale oto w szybko zamykającej się szczelinie ukazał się czubek buta, blokując drzwi. Automatyka natychmiast zareagowała, usłużnie rozsuwając skrzydła, i do kabiny wkroczył rosły brodacz w spodniach w ochronnym kolorze i szarozielonej kurtce w wojskowym stylu.

„Trzeba było jednak poczekać dłużej i się nie wychylać!” – pomyślał poniewczasie Gleb, starając się przybrać spokojną minę.

Przypatrzywszy się malcowi z góry, wojskowy zmarszczył brwi i spytał surowo:

– Skąd się tu wziąłeś? Poziomy mieszkalne są wyżej. Zabłądziłeś, czy co?

Chłopak skinął głową, starannie uciekając wzrokiem.

– Skąd jesteś? Z siódmego? Szóstego? – Spierzchnięta dłoń brodacza zawisła przy panelu sterowania.

– Z siódmego – pisnął Gleb z wymuszonym uśmiechem.

Nieznajomy nacisnął właściwy guzik, założył ręce za plecy i zastygł jak posąg. Płynnie ruszając z miejsca, winda pojechała w górę.

Zerkając ukradkiem na towarzysza, któremu łysa głowa i ruda broda nadawały wojowniczy wygląd, chłopiec nie mógł nie zauważyć, że to właśnie jego szorstki głos dopiero co słyszał w gabinecie. A różowe smugi na szyi to nic innego, jak tylko ślady od pomalowanej czerwoną farbą maski przeciwgazowej, co nie pozostawiało wątpliwości, że ten żołnierz w wypolerowanych butach, który mówił z Szustowem o obozie koncentracyjnym grał jednocześnie rolę herszta bandy. Ten sam bandyta, który całkiem niedawno prowadził negocjacje z Taranem, stoi teraz tu, w sercu schronu, na odległość wyciągniętej ręki!

Jakby czując na sobie badawcze spojrzenie, Sungat znów odwrócił się do chłopaka:

– A tak w ogóle, mały, to jak się dostałeś na poziom sztabowy bez karty dostępu?

Gleb gorączkowo szukał w miarę prawdopodobnej odpowiedzi, czując jak ciarki przebiegają mu po ciele. Ale brodacz niespodziewanie przyszedł mu z pomocą.

– Powiedz od razu, że ojcu zwędziłeś – żołnierz krzywo się uśmiechnął, drapieżnie szczerząc nienaturalnie białe zęby. – Nawiasem mówiąc, jak się nazywa twój stary?

– Terentiew! – wypalił chłopiec pierwsze nazwisko, które przyszło mu do głowy.

Obraz urzędniczej szychy z jakiegoś powodu kojarzył się Glebowi z Wygą, twardym i nieustępliwym naczelnikiem Siennej. Pozostawało mieć nadzieję, że kadra wojskowa w kompleksie jest na tyle liczna, że „farbowany lis” nie znał wszystkich mieszkańców piętra po nazwisku.

– To ten z „rządowych”? – ożywił się brodacz. – Nie obraź się, mały, ale twój tatko to rzadka swołocz. Miesiąc temu przerżnął w preferansa litr wódy i jeszcze nie oddał! Przekażesz mu pozdrowienia od wujka Sungata?

Chłopiec kiwnął głową z przestrachem i dla większej naturalności postanowił podtrzymać rozmowę.

– A po co panu wódka? Przecież pan nie… – Gleb urwał, zdając sobie sprawę, jaką głupotę właśnie palnął.

– Chciałeś powiedzieć, że nie piję? – Sungat pochylił się powoli i znalazł z małoletnim towarzyszem jazdy twarzą w twarz. – Chyba nie podsłuchiwałeś? Kim ty w ogóle jesteś, chłopcze? Hę?!

W tym momencie gdzieś za ścianą rozległo się przeciągłe wycie syreny ogłaszającej mieszkańcom kompleksu alarm. Winda zadrżała, zatrzymując się, i drzwi się rozsunęły. Gleb zanurkował pod próbującą go schwytać ręką i rzucił się do ucieczki, z zamierającym sercem słuchając stukotu butów swego prześladowcy. Przemknąwszy przez krótki łącznik, omal nie rozbijając nosa o nierówności posadzki, uciekinier pchnął drzwi, które pojawiły się na jego drodze, i znalazł się w gigantycznym betonowym korytarzu, który, skręcając łagodnie, ciągnął się w dal i gdzie tylko sięgał wzrok wypełniały go wozy, ubogie straganiki i wałęsający się po zaimprowizowanej ulicy ludzie w paskudnych szarych ubraniach. Chłopakowi przypomniała się na chwilę stacja Czernyszewska z jej ubogim wystrojem, chatkami klitkami i mieszkającymi w nich obszarpańcami. Tutejsze slumsy sprawiały podobne wrażenie i różniły się od metra co najwyżej rozmiarami, gdyż wolnej przestrzeni było tu bez porównania więcej. Na poziomie „–7” było wszystko, by stworzyć pozory ulicy, czy nawet wielkomiejskiej alei! Równe, ustawione w kilka pięter rzędy okien w betonowych ścianach, tabliczki z numerami „domów”, a nawet ogrodzone krętymi żeliwnymi balustradami balkony z suszącą się na sznurkach bielizną… Chociaż kałuże nieczystości przy klatkach schodowych, sypiący się ze ścian tynk, puste beczki z paleniskami w środku i drżące światło latarni zamontowanych pod zapleśniałym sufitem nie dodawały poziomowi mieszkalnemu komfortu.

Pobierz fragment Pobierz fragment
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.