19 / 09 / 2017
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
Za horyzont - Andriej Diakow
2013-1105

Wyniki konkursu na najciekawszą recenzję książki Za horyzont

Wyniki konkursu na najciekawszą recenzję książki Za horyzont

Poniżej przedstawiamy recenzje „Za horyzont”  które szczególnie nam się spodobały. Zwycięskie teksty nagrodzimy oczywiście koszulkami UM2033. Ze wszystkimi autorami skontaktujemy się emailem. Gratulujemy!

 

bio_hazard

Za horyzontem zdarzeń

Taran – niestrudzony stalker, Gleb – jego przybrany syn, Aurora – przygarnięta sierota po Czarnym Sanitariuszu, Migałycz – stary maszynista, Bezbożnik – upadły lekarz alkoholik, Indianin – były wódź ogryzków i Giennadij – wielki zielony mutant. Oto drużyna śmiałków, która postanowiła sprawdzić pogłoski o tajemniczym projekcie Alfejos. Wyprawa ta nie będzie ani krótka, ani łatwa. Wszak z Petersburga do Władywostoku szmat drogi, a przyjdzie też podróżować nieco okrężną drogą. Ósmym i nie mniej ważnym członkiem wyprawy jest Maleństwo – opancerzony transporter międzykontynentalnych rakiet balistycznych „Topol”, zmodyfikowany i uzbrojony przez techników z Babla. Bez niego podróż przez te wszystkie niegościnne tereny byłaby niemożliwa. Cel misji jest mocno iluzoryczny, a na dodatek Imperium Wegan rozpoczęło podbój metra. Taranow i spółka rzucają jednak swój los na szalę tej niebezpiecznej eskapady, gdyż istnieje szansa na przywrócenie do życia skażonej powierzchni ziemi. Ale czy wszystkim będzie dane dotrzeć do celu?

Akcja, poza samym początkiem, umiejscowiona jest poza metrem. Zabieg ten krytykowany był już w trakcie zapowiedzi książki, jako porzucenie klimatu Uniwersum Metro 2033, którego przecież kwintesencją są właśnie mroczne, tajemnicze i niebezpieczne tunele systemów kolejki podziemnej. Zwłaszcza, że pół roku wcześniej, na naszym rynku ukazały się „Korzenie niebios”, włoskiego pisarza Tullio Avoledo, w których akcja w przeważającej części także rozgrywała się na powierzchni. Książka ta nie zebrała najlepszych recenzji wśród fanów. Wydaje mi się jednak, że Diakow wyszedł z tego zabiegu obronną ręką. Wyprowadzając akcję na zewnątrz, rozbudował niejako świat Metro 2033. Oczywiście w poprzednich częściach trylogii niektóre wydarzenia również miały miejsce na powierzchni, ale dopiero w „Za horyzont” autor zaprezentował pełne spektrum swoich pomysłów na to, co może istnieć poza tunelami metra. Klaustrofobiczny klimat ciemnych i dusznych korytarzy zrekompensował tutaj wycieczką po różnych zimnowojennych instalacjach i tajemnicach Związku Sowieckiego. W połączeniu z wizjami różnej maści odszczepieńców i zwyrodnialców żyjących na zewnątrz oraz przykładami niesamowitych zmutowanych okazów fauny – stworzył nie mniej niebezpieczny i fascynujący koktajl niż ten, który można było spotkać w tunelach.

Świat odmalowany na kartach książki Andrieja Diakowa wcale nie napawa optymizmem. Wszechobecny śnieg, mróz i cisza, przerywana jedynie odgłosami zbliżającego się niebezpieczeństwa, zniszczone, opuszczone miasta i wioski, zmutowana roślinność i zwierzęta czy wreszcie całe połacie terenów o śmiertelnym poziomie promieniowania – wszystko to sprawia, że choć życie na powierzchni jest możliwe, to nie jest wcale łatwiejsze ani bezpieczniejsze niż pod ziemią. Krucjata drużyny naszych bohaterów w ich opancerzonym pojeździe przypomina nieco „Aleję Potępienia” Rogera Zelaznego. Tak samo przychodzi im się zmagać po drodze z wszelkimi niebezpieczeństwami i okropieństwami postapokaliptycznego świata. Ale „Za horyzont” to też powrót do źródła uniwersum. Tak jak Artem wyruszył w drogę po tunelach metra, szukając nadziei i wiary, tak i ekipa pod dowództwem Tarana przemierza pustkowia swojej zniszczonej ojczyzny w  podobnym celu. Nadzieja na powrót do życia na powierzchni, która ich prowadzi - to jedno, ale niektórzy w trakcie wyprawy odnajdą też coś więcej. Miłość, wiarę we własne umiejętności czy dawno utraconą radość życia. Niektórzy przejdą wewnętrzną metamorfozę przełamując swoje lęki i słabości, stając się zdolnymi do poświęceń, których wcześniej nie brali nawet pod uwagę.

Andriej Diakow przyzwyczaił już czytelników w poprzednich odsłonach swojej trylogii do niezwykłej żywotności bohaterów, którzy obronną ręką wychodzą z nieprawdopodobnych wręcz sytuacji. Nie inaczej jest też i w „Za horyzont”. Autor serwuje nam sceny niczym z filmów z serii „Szklana pułapka”, co rusz wyciągając Tarana i jego kompanów z poważnych opresji. Choć tym razem chyba największym fartem, wolą przetrwania i nieustępliwością obdarzył głównego antagonistę – Sungata, przywódcę Stepowych Psów - który pchany żądzą zemsty niejednokrotnie napsuje krwi ekipie naszych podróżników. Oddział Tarana także prze uparcie do celu, wciągany coraz bardziej w wir wydarzeń niczym w czarnej dziurze, w pewnym momencie uświadamiając sobie, że powrotu z obranej drogi już nie ma. Ale „Za horyzont” to nie tylko książka wypełniona tonami akcji. To także opowieść o wartościach, o których każdy z nas powinien pamiętać. Bo tak długo, jak będą one pielęgnowane wśród ludzi, pomimo upadków i zakrętów, zawsze pozostanie nadzieja na lepszą przyszłość. „Za horyzont” to zwieńczenie trylogii i dopełnienie wątków z poprzednich części, zakończenie efektowne – ale godne, jednocześnie nie zamykające ostatecznie całej opowieści. Diakow pozostawia tutaj furtkę do domysłów, albo do kontynuacji. W pewnym sensie historia zatacza koło, ale w petersburskim metrze jeszcze wiele może się wydarzyć...

 

 metro2034

Historia w „Za horyzont” jest dość prosta i jednowymiarowa, na próżno w niej szukać potężnych, powodujących gęsią skórkę zwrotów akcji, czy momentów gdy serce pojedzie Ci do gardła. Jest prosta i w żadnym momencie nie stara się ocierać o coś ambitniejszego, nie chce wstrząsać czytelnikiem, ani nawet skłonić go do przemyśleń po odstawieniu lektury na półkę. Ciężko jej będzie również przebić niesamowite "Korzenie niebios" Avoledo, które z chęcią zacząłem czytać po raz kolejny.

Ponownie spotkasz Tarana, jego przybranego syna Gleba, brata komiksowego Hulka - Dyma, chodzącą encyklopedię Migałowycza oraz "maleństwo", czyli monstrualnych rozmiarów wóz opancerzony, który posłuży bohaterom za główny środek transportu i zastąpi na wiele miesięcy ich dom. W samym metrze sytuacja jest krytyczna -  częściową przyczyną takiego stanu rzeczy są wydarzenia przedstawione w poprzedniej książce Diakowa, jednak głównym powodem jest tajemniczy raport projektu o nazwie "Alfejos". Skupiał się on wokół znalezienia rozwiązania dla neutralizacji promieniowania, które okazało się największym wrogiem ludzi po wojnie. Radiacja powodowała multum anomalii i mutacji uniemożliwiających normalne funkcjonowanie społeczeństwa. Bohaterowie postanowili więc wyruszyć w poszukiwaniu tajnego laboratorium...

Opisy miejsc i wydarzeń z przeszłości w wykonaniu Diakowa nadal zachwycają - są niezwykle klimatyczne, co pozwala na momentalne wsiąknięcie w postapokaliptyczny świat. Problem miałem jedynie z niektórymi dialogami, a także postaciami kompletnie nie pasującymi do tego uniwersum. Dialogi niekiedy sprawiały wrażenie płytkich, niemal na poziomie paskudnych książek "Splinter Cell", pisanych w biegu. Postacie? Większość jest bardzo przewidywalna i mało oryginalna, a ich dalsze losy nie powinny dla nikogo stanowić zagadki. Najmniej podobał mi się Sungat - wydaje mi się, że miał on być postacią przerażającą i budzącą odrazę, a okazał się groteskową parodią antagonisty. Taran, będący inteligentnym, twardym i pozornie bezwzględnym stalkerem w "Za horyzont" stał się nielogiczny, a jego determinacja w odnalezieniu "Edenu" często zaciera mu trzeźwość umysłu. Dziwi to tym bardziej, iż w poprzednich książkach cierpiał on na teoretycznie nieuleczalną chorobę (BTW: niezły wątek!), więc teraz nawet wiek nie powinien mu przeszkadzać. Niemniej jednak nadal jest on wyrazistym i budzącym sympatię protagonistą. Widać iż Diakow chciał pokazać przemianę Gleba z naiwnego, przestraszonego chłopaczka w nastolatka stającego się powoli prawdziwym stal kerem, takim jakim był dawniej Taran. Inteligentnym, podejrzliwym, ale dążącym do celu w tempie... cóż, Tarana.

Po zakończeniu spodziewałem się potężnego ciosu w czerep, który chociaż przez jakiś czas nie pozwoli mi zapomnieć o książce. Czegoś, co skłoni mnie do przemyśleń przy porannej kawie i zmusi do ponownego seansu z "Za horyzont", by wyłapać jakiekolwiek drobne niuanse. Nic z tego. Diakow postawił na zakończenie proste, nie wymagające dużego wysiłku, ale jednocześnie pozostawiające furtkę dla kolejnych powieści w uniwersum Metro 2033. Jestem pewny, że niedługo usłyszymy o kolejnej książce Diakowa, która przeniesie Cię w ten świat.

 

plusio96

Za horyzontem, w granicach wyobraźni

            Najnowsza książka Andrieja Diakowa, która ukazała się w Polsce 9 października 2013 roku nosi tytuł „Za horyzont” i jest trzecim, ostatnim elementem trylogii tegoż autora zawartej w Uniwersum Metra 2033 wg projektu Dimitrija Glukhovsky’ego. Uniwersum
to wedle zamysłu ma opowiadać o przygodach, losach, wierze, filozofii i podziałach społeczeństwa zdegradowanego, na skutek zagłady nuklearnej, z piedestału rasy dominującej na planecie do jej podziemii.

            Niestety nowa książka Diakowa niemal całkowicie zapomina o „tu i teraz” myśli, sensu i walki o przetrwanie starego człowieka w tym zupełnie nowym świecie powstałym
na szkieletach ludzkiej cywilizacji. To, czym czytelnicy zachwycali się w „Metrze 2033” jest
w tej części trylogii Diakowa nieobecne; jedyne, czym autor uposaża swoich bohaterów
to pragnienie znalezienia „lekarstwa na promieniowanie”, które niby jest celem szlachetnym, nadrzędnym lecz... odległym od tego, jak żyć w świecie, który jest, a zbyt bliskie temu, żeby przywracać świat, który był. Jeżeli o mnie chodzi jest to jeden z dwóch najpoważniejszych zarzutów wobec tej książki.

            Natomiast drugi z napomnianych argumentów na „nie” dla odbioru (podkreślam „odbioru”, nie „czytania” ani „obecności książki w Uniwersum”) „Za horyzont”
to przeogromna naiwność i nierealność poczynań i losów bohaterów tej historii. Jak się ona objawia? Nie sposób nie zdradzać tu szczegółów fabuły, dlatego zagadnienie to ominę przytoczeniem takiego porównania: pewne historie czy elementy fabuły są jakby wyjęte
z kreskówki o superbohaterach, przygód Pinokia albo gier komputerowych o krokodylu latającym na dywanach, ptakach i mającym kilka(naście?) żyć.

            Niemniej jednak fabuła, mimo swojej fantastycznej nierealności, niekiedy staje
się zaskakująca, a z pewnością jest ogromnie wciągająca. Mimo, iż momentami razi tym,
o czym wspomniałem wcześniej, obfituje w taką ilość wydarzeń, która nie pozwala czytelnikowi oderwać się od lektury. Diakow potwierdza w trzeciej swojej książce, że potrafi pisać językiem bardzo przyjemnym dla odbiorcy. Dynamika fabuły, nieprzesycone dialogi, nieprzesadzone opisy – to lubię, gdy oczekuję od książki rozrywki.

            Cóż jeszcze pod tym tytułem napisać można? Niewiele, gdyż mocno spłycony przekaz tej książki sprawia, że wszelkie pozostałe słabsze i mocniejsze strony lektury „Za horyzont” będą po prostu subiektywnymi odczuciami każdego czytelnika: o gustach się nie dyskutuje. W każdym razie najnowszy tekst Diakowa mogę śmiało polecić czytelnikom: którzy wciągneli się w Uniwersum Metra 2033; którzy czytali poprzednie części trylogii Diakowa oraz tym  którzy poszukują w książce rozrywki na wysokim poziomie. Inni natomiast (podejrzewam, ponieważ zaliczam się do każdego z trzech wymienionych rodzajów czytelnika) mogą poczuć się rozczarowani.

 

ppiotrekk1990

Kilka dni temu wpadła mi w ręce kolejna, już trzecia, część znakomitej serii powieści napisana przez Andrieja Diakowa w ramach międzynarodowego projektu o nazwie Uniwersum Metro.  Przyznam się szczerze, że zanim sięgnąłem po pierwszą z książek napisanych w klimacie postapo (Metro 2033 Głuchowskiego) to omijałem ten rodzaj literatury szerokim łukiem. Ostatecznie Głuchowski nie dość że mnie przekonał, to jeszcze niesamowicie wciągnął. Z niecierpliwością wyczekiwałem premiery „Za horyzont”, tym bardziej, że zdecydowanie zawiodłem się na poprzedniej książce z serii Uniwersum Metro – „Korzenie Niebios” Tulliego Avoledo.  I to nawet pomimo faktu, że już na długo przed premierą do publicznej wiadomości podano sporo faktów dotyczących fabuły „Za horyzont” (część z nich znalazła się w epilogu „W mrok”).

Fabuła powieści nie zaskakuje niczym szczególnym – grupa mieszkańców metra znanych bardzo dobrze z powieści „Do światła” i „W mrok” wyrusza na poszukiwanie miejsca nieskażonego przez radiację. Ich wyprawa ulega nagłemu przyśpieszeniu, a powodem jest rozpoczęcie wojny przez Wegan, którzy posuwają się nawet do bezpośredniego ataku na szpitalny schron Tarana. Drużynie udaje się uciec z opresji i wyruszyć z pomocą „Maleństwa” w daleką drogę na wschód, gdzie po drodze czekają ich przygody m.in. ze Stepowymi Psami, czy niesporaczakami. Nie chcę streszczać szczegółowo fabuły, bo Ci co przeczytali i tak wiedzą o co chodzi, a Ci co nie przeczytali i tak musieliby ten fragment ominąć, aby nie psuć sobie przyjemności. Skupię się na tym co mi się podobało, a co zdecydowanie nie przypadło mi do gustu.

Zawsze ceniłem Diakowa za jego styl pisania, stojący w opozycji do tego w jaki sposób pisze Głuchowski – dużo akcji, a jak najmniej zbędnego opowiadania o odczuciach bohaterów, ich wewnętrznej walce emocjonalnej. Jeśli już Diakow opisuje uczucia bohaterów, to stara się to wplątać w dialogi pomiędzy bohaterami. W przypadku „Za horyzont” nic się w tej kwestii nie zmieniło. Także jeśli chodzi o opisy miejsc autor jest wyjątkowo oszczędny. Pewnie znajdą się zwolennicy rozbudowanych opisów – ja do nich nie należę i bardzo sobie cenię pracę jaką wykonał Diakow w tej kwestii. Przez to książkę czyta się lekko, szybko, łatwo i przyjemnie.

Osobną kwestię stanowi sam pomysł na fabułę powieści – wyprawa w bliżej nieznanym kierunku w poszukiwaniu „czystego” miejsca. Intrygujące i pełne zagadek. I takie też jest w rzeczywistości. Chociaż trudno nie odnieść wrażenia, że Diakow sprowadza całą wyprawę do poziomu wieczornego wypadu po piwo do monopolowego. Nawet podróżując „Maleństwem” taka wyprawa po wojnie atomowej, w świecie pełnym niebezpieczeństw, powinna przysporzyć bohaterom więcej problemów. Szczególnie jeśli odniesiemy to do Metra 2033 Głuchowskiego, gdzie po wyjściu na powierzchnię (a w niektórych miejscach także w metrze) na stalkera czekał ogrom niebezpieczeństw, a przejście zaledwie kilku przecznic groziło śmiercią z rąk nienaturalnych zwierząt.

Główny mój zarzut w stosunku do Diakowa pokrywa się z tym co autor już raz zrobił przy okazji powieści „Do światła”. Mianowicie chodzi o powolne uśmiercanie oddziału, co w pewnym momencie staje się mocno przewidywalne. Diakow opisuje to w bardzo podobny sposób – najpierw rozdział w którym dowiadujemy się więcej o danym bohaterze (np. o przyczynach depresji Indianina, czy karierze lekarskiej Bezbożnika) po czym następuje zwrot akcji i dany bohater umiera. Jak na mój gust zbyt przewidywalne.

To o czym za chwilę napisze pewnie pokryje się z odczuciami większości osób, które przeczytały książkę. Jest ona po prostu za krótka i wygląda tak, jakby autor pisał ją w pośpiechu. Nie wiem jakie znaczenie ma tutaj działanie rosyjskiego wydawcy, ale odniosłem wrażenie, że w pewnym momencie (po dotarciu do ekranolotu) powieść nienaturalnie przyśpiesza. Mam wrażenie, że albo Diakow musiał się zmieścić w pewnym limicie stron przez co skrócił do absolutnego minimum część związaną z przelotem ekranoplotem lub po prostu brakło mu czasu na dokładny opis przygód drużyny.  Sama końcówka też daje dużo do myślenia. U Diakowa zawsze podobało mi się jego podejście do kwestii zwierząt/stworzen, które pojawiły się na świecie po wojnie atomowej. Jeśli ktoś stawał na drodze stalkerów to najczęściej miał wiele wspólnego z istotami, które żyły na świecie przed wojną. W „Za horyzont” się to troszkę zmienia. Przede wszystkim za sprawą dziwnych stworzeń jakimi są trytony. Sam pomysł z trytonami w moim odczuciu mocno chybiony, a o tym co „wyprawia” Ósmy czytałem z ogromnym niesmakiem. Czytanie w myślach, przekazywanie informacji za pomocą telepatii – m. in. przez to byłem mocno rozczarowany „Korzeniami niebios”. Diakow też sięgnął po ten pomysł, przez co zepsuł troszkę budowany przez siebie świat po wojnie.  Świat, który różnił się od „czarnych” Głuchowskiego i podobnych stworzeń u Avoledo. Świat, który mimo iż jest abstrakcyjny to był przedstawiony maksymalnie realnie. Pojawienie się trytonów to dla mnie zburzenie fundamentów tej realności.

Jeszcze słówko odnośnie końcówki. Tutaj Diakow mnie zaskoczył i to bardzo pozytywnie, bo tak de facto zakończenia nie ma. Nie mamy pojęcia, czy Glebowi i Aurorze udało się dotrzeć do metra, czy może wizja Ósmego zawarta w epilogu jest prawdziwa i udało się oczyścić okolice jeziora i założyć tam osadę. Wstrzymałbym się z ferowaniem wyroków, ale w moim odczuciu Diakow zostawił sobie furtkę i raczej seria ta nie skończy się na trylogii. Dodatkowym argumentem  może być także nierozwiązana sprawa w metrze – kto wygrał wojnę Weganie vs Alians, co się zmieniło w metrze? O tym autor nawet słowem nie wspomina w epilogu, przez co można mieć nadzieję, że „Za horyzont” nie jest ostatnią powieścią serii.

Jeśli chodzi o fizyczną kwestię związaną z książką, to na uwagę zasługuje dołączona mapka z tyłu okładki. Mała rzecz, a cieszy, chociaż z wiadomych powodów nie polecam przeglądać jej przed przeczytaniem powieści.

Reasumując: Diakow nie schodzi poniżej pewnego wysokiego poziomu, ale też nie zachwyca jak to zrobił w przypadku „W mrok”. Solidna, dobrze napisana powieść, która dla fanów serii musi być koniecznie pozycją obowiązkowa. Sam Diakow niech będzie dla nas wszystkich przykładem – piszmy własne teksty, publikujmy je w sieci, dajmy sobie szansę, niech inni ocenią naszą pracę, a być może doczekamy się poważnego polskiego wkładu w projekt Uniwersum Metro.

 

R. Lukasz

Witam Was drodzy Czytelnicy!

W zasadzie powinienem rzec „zdrastwujtie”w ten zimowy post-nuklearny poranek. Świeżo będąc po lekturze książki kończącej(?) trylogię Diakowa.

Recenzję zdecydowałem się napisać skuszony informacją na stronie. W tym czasie wraz z bohaterami przeżywałem klaustrofobiczne chwile, gdzieś przy rzece Wołdze. Ano, tak! Tam nasza „rodzina” znalazła się po… No właśnie, po czym? Rzec by można, że w tej części znane nam dobrze metro zostało jeszcze mniej nakreślone na stronach niż w pozostałych częściach. Widać, że autor konsekwentnie odchodzi od „tuby”. Czy to się podoba? To już kwestia indywidualnego podejścia, moim zdaniem. O ile sam pomysł ocalonych ludzi mieszkających pod ziemią był i pozostanie rzeczą świeżą( czego nie można powiedzieć o powietrzu w korytarzach tego ostatniego domu ludzkości, lub jak się później okaże, jej części) to naturalną koleją(nomen omen) rzeczy była chęć powrotu do dawnego świata. Za, jak się okaże, każdą, nawet najwyższą cenę.

Dobrze, tyle jak na razie tytułem filozoficznego wstępu.

Samą książkę czyta się bardzo dobrze. Widać jak rozwija się warsztat autora, z książki na książkę poprawia się dynamizm akcji, barwność opisów otaczającego świata jak i… podróż w głąb serc głównych bohaterów. Wszystko to zaczyna tworzyć dobre czytadło, lekkie, pozwalające na podróż w wymyślony przez pisarza świat zarówno już doświadczonym mieszkańcom uniwersum Metro jak i tym zaczynającym przygodę z nim. Widać to po odwołaniach do książek nie wydanych w języku polskim. Te wzmianki nie powodują wrażenia braku zrozumienia całości tak jak i nie będzie powodowała tego nieznajomość poprzednich przygód mieszkańców petersburskiego metra.  Zachęcam jednak serdecznie do przeczytania poprzednich części, aby nie tylko mieć podstawy do lepszego zrozumienia wydarzeń w opisywanej książki, ale również mieć trzy razy więcej radości.

Pisząc „czytadło” nie miałem na myśli nic złego. Wręcz przeciwnie, jak już wspomniałem, autor buduje swój warsztat z każdą sceną. Akcje w „Za horyzont” są barwne, dynamiczne i za każdym razem „na miejscu”. Nie stanowią wypełniacza kiedy autorowi brak pomysłów. Za  to pierwszy plus.

Kolejny należy się za sceny rozgrywające się wewnątrz pojazdu – Maleństwa. Nie są to opisy rodem z „Kuli” Crichtona, jednak w książce stanowią ciekawy smaczek. Pozwalają nam zobaczyć w bohaterach nie tylko herosów lub mądralińskich noszących ciężki sprzęt do czynienia krzywdy innym podobnym oraz faunie i florze otaczającego świata, ale zobaczyć w nich ludzi ze swoimi historiami życia. Te historie czasem(lub bardziej zawsze) pełne traumy pokazują nam, że jeszcze pojęcie człowiek jeszcze coś znaczy w tym odmienionym świecie.

Kolejnym aspektem jest szerszy obraz życia ludzi poza metrem i jego najbliższym sąsiedztwem.

Możemy zaobserwować jak żyją i czy przeżyli ci, którzy zapewnili sobie(lub im zapewniono) jak najlepsze warunki do przetrwania Katastrofy. Mamy obraz tych, którym po 20 latach nie dane było przetrwać bez szwanku. Silosy atomowe jako „dom” ludzi nadal trwających w dawnym świecie. Trwających w kręgu ostatnich minut ich dawnego świata. Dla których śmierć przynosi wybawienie z koszmaru jak i …zrozumienie. Zrozumienie do czego doprowadzili swoimi działaniami.

Mamy też obraz tych, dla których Katastrofa stała się punktem zwrotnym w realizacji ich ambicji. Za wszelką cenę… Przemoc, niewolnictwo, w schronach, gdzie, tylko chcąc można by było żyć w miarę normalnie.

Czyli u ludzi wszystko „po staremu”. Szkoda tylko, że tylko w tym aspekcie…

Nie chcę Wam opowiedzieć całej książki, choć to kusząca opcja.

Co jeszcze w niej znajdziemy?

Sensowne wytłumaczenie mutacji na zmienionej Ziemi( po szczegóły zapraszam do książki).

Sensowne wytłumaczenie szansy jaką ma ludzkość… Szansy jaka dostała jej się z najmniej oczekiwanej strony… ze strony jakiej się boją i jakiej nienawidzą. Nie z tej strony, w którą patrzyli. Potężnych laboratoriów, komfortowych schronów i sztabów naukowców pracujących nad odzyskaniem Ziemi. Po tej stronie mogą się spodziewać tylko…  Poczytajcie, zobaczcie.

I na koniec, znajdziemy w tej książce…

Ciekawe, pozytywne i… otwarte zakończenie trylogii. Zakończenie dające nam moim zdaniem szansę na tetra- i więcej – logię.

Zatem Drodzy Czytelnicy, czytajcie, jaki będzie nasz świat za dwadzieścia lat… a ten początkowy rok jeszcze się nie skończył.

Pozdrawiam,

Fen

 

tomciup

Świat nowy i nieznany, skryty za zakrętem tunelu, za powykręcanymi zwłokami poprzedniej cywilizacji, przeraża swą tajemniczością
i niezwykłością, a co najważniejsze: swoim nieoswojeniem. Zamysł Glukhovsky`ego nadaje,
a przynajmniej nadawać powinien, niezwykłego klimatu całemu uniwersum, z którym to różni autorzy przeróżnie sobie radzą. Czas wyjść na powierzchnię, czas spojrzeć dalej niż za zakręt tunelu, pobombowego leju, czas spojrzeć za horyzont – stara się powiedzieć swoją serią książek Andriej Diakow. Niebywałe, jak odważnie decyduje się oderwać
od początkowej koncepcji tak blisko zamkniętego świata.

            Odwaga wyobraźni nie jest jeszcze gwarantem sukcesu, jednakże stwierdzenie
to zdaje się rozmywać w świetle dwóch pierwszych powieści Diakowa: „Do światła” oraz
„W mrok”. Powieści, w których autor zachwycił lekkością pióra, dynamiką akcji, urozmaiconą i wyważoną fabułą. Jakżeby mógł stracić te cechy w wielkim finale swojej trylogii?

            Owszem, cech tych nie stracił, bowiem za horyzontem znajdziemy zarówno dynamikę akcji i urozmaicenie przygód bohaterów, którzy jednakże coraz mocniej zdają
się przypominać nierealnego Rambo, który nie musi zmieniać magazynków. Rozumiem naginanie szczęścia dla ciągłości i atrakcyjności fabuły lecz naginanie tego w takiej dawce, jaka pojawia się w finale trylogii Diakowa, sprawiało niejednokrotnie podczas czytania,
że czułem się, jak napromieniowany zażenowaniem.

            Nie potrafię również spoglądać na „Za horyzont”, jak na osobną książeczkę. Oczekiwałem na nią poprzez pryzmat dwóch niezwykle wciągających poprzedniczek, stąd też muszę oceniać tę pozycję w konfrontacji z niezwykle wygórowanymi życzeniami. I cóż... jeżeli „Do światła” było przygodowym wyjaśnianiem tajemnicy przez cały tekst, jeżeli „W mrok” było rozwiązywaniem zagadki wysadzenia w powietrze nadzei nowego świata,
to „Za horyzont”... no właśnie co? Bo tu nie ma ani tajemnicy, ani zagadki, a mapka i opis
z okładki mówią nam dosadnie po co i w jaki sposób bohaterowie wybierają
się do Władywostoku. „Za horyzont” jest więc odarte z błysku poprzednich części, pozostaje jedynie uzupełnieniem wcześniejszych dwóch książek. Nie uznałbym nowej powieści Diakowa za słabszą, ale z pewnością za rozczarowującą. Również nie bez znaczenia pozostaje fakt niezwykle rozrywanej fabuły – co rozdział, harmonijnie wymierzone 20 stron – dostajemy nowe opowiadanie, nowych wrogów, nowe przeciwności, zupełnie nową historyjkę ocalałych z Katastrofy. Przez to książka zdaje się być ogromnie wybrakowana, choć ma to swoje plusy: Diakow nie gubi wątku głównego wśród ogromnych połaci zniszczonego wojną i zaniedbaniem kontynentu; a także swoje minusy: fabuła jest strasznie jednoczynnikowa i spłaszczona. Powiadają – co kto lubi…

            W „Za horyzont” kolejny raz mamy styczność ze świetną, nierozwleczoną prozą
z nieprzesyconymi dialogami. Wielkie ukłony przed autorem za ukształtowany już chyba warsztat pisarski, to z jednej strony, natomiast z drugiej strony ogromny kopniak
za kompletny brak rozwoju w stosunku do poprzedniej książki.

I stwierdzenie chyba najważniejsze dla czytelnika: wrażenie, jakie wrażenie odniosłem? Odpowiem w ten sposób: „za horyzont” to książka niesamowicie naiwna, rozczarowująca, ale przy swoich przywarach wspaniale wciągająca i przyjemna
w pochłanianiu. I stwierdzam też, że z chęcią przeczytam kolejną książkę Diakowa, jeśli kiedykolwiek zdecyduje się jeszcze coś popełnić, bo jeżeli chodzi o powieść przygodową: Diakow sprawdza się w tym gatunku znakomicie, a jego dzieła czyta się z największą przyjemnością. Lecz to moja opinia, moje wrażenia i moje przemyślenia. Pewien szanowany przeze mnie człowiek zwykł mawiać: „co przeczytałem to moje”. A ja podążając za tą myślą stwierdzam, że chyba warto mieć coś swojego. Warto czytać. I warto wyrobić sobie własną opinię na temat tej książki, której złą, odstraszającą i bezwartościową nazwać się nie da.

 

Powrót do listy
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.