23 / 11 / 2017
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
W mrok - Andriej Diakow

Fragmenty

5. W mrok - fragment 5/5

FRAGMENT PIĄTY

 

Sienna brzęczała niczym rozjątrzony pszczeli ul. Ledwie parę godzin wcześniej na stacji prowadzono ożywiony handel, a przez peron nie można było się przecisnąć między straganami i naganiaczami. Teraz jednak centralną strefę oczyszczono i rozstawiono w kręgu rzędy skleconych naprędce ławek. Przyjezdni karawaniarze z zainteresowaniem obserwowali pospieszne przygotowania, rozmawiając półgłosem i snując najbardziej nieprawdopodobne przypuszczenia. Wtórowała im też zaintrygowana zamieszaniem miejscowa ludność, jednak wkrótce pojawili się ponurzy żołnierze z wewnętrznej ochrony węzła handlowego Sadowa–Sienna–Spasska. Odsunęli gapiów na dalszy koniec stacji i raz-dwa otoczyli zaimprowizowane miejsce spotkania.

Przygotowaniami kierował przedstawiciel władz Siennej, Pantelej Gromow, zabawny człowieczek w wielkich staromodnych okularach i wysłużonym syntetycznym swetrze w romby. Uwijał się po peronie, wydając polecenia, a okulary co chwila próbowały mu się przy tym zsunąć z nosa. Mikrus wściekle odrzucał głowę do tyłu, umieszczając je z powrotem na miejscu, i krzyczał na podwładnych jeszcze głośniej, jakby próbując uzasadnić swoje dźwięczne i sugestywne nazwisko. Wystarczyło jednak, by pokazali się pierwsi goście, a Panteleja jakby ktoś odmienił. Rozpływając się w powitalnym uśmiechu, administrator pospieszył na spotkanie grupie posępnych, skromnie i schludnie ubranych mężczyzn. Alians Primorski… Jedno z najbardziej wpływowych ugrupowań w metrze. I chyba jedyne zdolne oprzeć się Imperium Wegan, rozciągającemu się w południowej części zielonej linii – poczynając od Planu i kończąc na peryferyjnym Obuchowie.

Nowo przybyli nie zdążyli się rozsiąść, kiedy z tunelu wychynęła delegacja z Technolożki. Poplamione smarem kombinezony, pasy z narzędziami… Tych facetów po prostu nie dało się z nikim pomylić. Mazuci byli znani wszędzie. Na ich wiedzy i mocach produkcyjnych opierała się duża część zamieszkanej kolejki podziemnej. Światło, wentylacja, paliwo… Za swoje usługi Technolożka brała niemało i po poziomie dostarczanego przez mazutów oświetlenia można było dokładnie ocenić zamożność tej czy innej stacji.

Mazuci zachowywali się swobodnie, dowcipkując półgłosem. Ulokowali się niedaleko delegatów Aliansu i spoglądali z zainteresowaniem na wegan, którzy schodzili już po schodach na stację. Ci, czyniąc zadość tradycji, przybyli w budzących u wielu przemożny wstręt, wymyślnych zielonych mundurach. Prawda, brakowało oczywiście jednego szczegółu – wysłannicy Imperium nie mieli w dłoniach zwyczajowych szpicrut. Całą broń gości skrupulatnie konfiskowano na posterunkach granicznych – zbyt różnorodne było towarzystwo zbierające się dziś w trójkącie stacji handlowych…

Wśród przybyłych trafiali się też przedstawiciele niezależnych kolonii. W tłumie mignęła wyblakła czapka milicyjna z otokiem – bałci przysłali swojego człowieka, by zasięgnął języka, co to za bajzel się wyprawia. Jakże sympatycznie wyglądał obok kudłatego, rozczochranego zbira z Kirzy, który uśmiechał się bezczelnie do sąsiada z linii całą swoją szczerbatą gębą! Szczegółowe przepisy obowiązujące na terytoriach wszystkich trzech stacji handlowego okręgu wymuszały na obu nieprzejednanych stronach zachowywanie neutralności. Parka niepozornych dendrofili z Pietrogradki z ożywieniem szeptała o czymś z Nikanorem, przywódcą Moskiewskiej. W kręgu znalazło się też miejsce dla grupy „towarzyszy” ze Zwiozdnej, jednak ci trzymali się osobno, skrzętnie udając, że to, co dzieje się wokół, kompletnie ich nie obchodzi.

Na samym skraju mignął brezentowy płaszcz mortusa. Niemożliwie dziwaczne typy, ale bez grabarzy w kolejce podziemnej nie dałoby się funkcjonować. Gnijące trupy w okolicy zamieszkanych stacji to ogniska chorób i pewny sposób na zwabienie szczurów. Zaś przy normalnym w metrze poziomie śmiertelności ogień w krematoriach mortusów nie gasł ani na chwilę.

Jako ostatni przybyli chodniki. Znaleźli miejsca jak najdalej delegatów Aliansu Primorskiego, spoglądając ze skrywaną nienawiścią na dawnych wrogów. Zbyt świeże były jeszcze wspomnienia o niedawnym konflikcie. Zbyt wiele utracili w tej krótkiej, lecz krwawej wojnie.

Człowieczek w wyliniałym swetrze po raz tysięczny poprawił ogromne okulary i podniósł ręce niczym dyrygent, prosząc zgromadzonych o ciszę. Gwar natychmiast ucichł. Przez chwilę wydawało się, że nawet lampy przestały brzęczeć jak przed rozpoczęciem koncertu.

– Panowie!

– Gdzie ty tu panów widzisz? – Od razu podniósł się jeden z komunistów, niemłody już facecik w mocno wytartej skórzanej kurtce. – Dawno wyginęli ci twoi panowie…

– Towarzysze! – poprawił się Pantelej.

– Syty głodnemu nie towarzysz! – wypalił automatycznie nalany typ w milicyjnej czapce i roześmiał się upojnie.

– Bracia, przyjaciele, koledzy! – Właściciel największych okularów świata zdenerwował się.

Teraz odezwało się jednocześnie kilka głosów. Audytorium poruszyło się niespokojnie i zaistniało niebezpieczeństwo, że zebranie zakończy się, choć się jeszcze na dobre nie zaczęło.

Mikrus rozejrzał się bezradnie dookoła, osuszył wilgotną łysinkę starannie złożoną na czworo chusteczką i nagle zerwał się z histerycznym wrzaskiem:

– No zamknijcie się wreszcie! Co to za przedszkole! Może wam, pokrakom, się życie przejadło? Bo mnie nie! No już, zamknijcie jadaczki, żywo!

Drobnemu administratorowi Siennej udało się widocznie zadziwić i zaintrygować gości. Tłumiąc wesołość, publiczność umilkła.

– Wszystkim wam wiadomo, że Rada zebrała się ostatnio trzy lata temu z powodu epidemii dżumy. Powód, dla którego wezwaliśmy was dzisiaj w trybie natychmiastowym, jest nie mniej poważny. – Pantelej zrobił efektowną pauzę, aż pochwycił znudzony wzrok smagłego delegata o wschodnim wykroju oczu, reprezentującego Azerki. – Naszym stacjom grozi atak gazowy.

Pod sklepieniem Siennej poniósł się echem gwar zaniepokojonych głosów. Nie czekając, aż publiczność znów się uspokoi, mikrus wskazał palcem gdzieś na rzędy słuchaczy i przekrzykując tłum, zawołał:

– Chciałbym oddać głos temu człowiekowi. Reprezentuje kolonię na wyspie Moszczny.

Wszyscy jak jeden mąż odwrócili głowy, przypatrując się drobnemu staruszkowi, który podniósł się z ławki. Przygarbiony dziadek Afanas poszurał na środek zaimprowizowanej areny z podniesionym czołem, patrząc wrogo na zbieraninę. Wzrok staruszka był lodowaty. Widownia naraz uspokoiła się, ucichła.

– Trudno mi mówić – zaczął ochrypłym głosem starzec. – Ale jeszcze trudniej milczeć… Komuś starczyło śmiałości, aby użyć na wyspie broni nuklearnej. Kolonia Moszcznego przestała istnieć…

Afanas zaciął się. W jego oczach zalśniła zdradziecka wilgoć. Głos pozostał jednak twardy.

– Załoga Babla, to wszystko, co ocalało z naszego ludu. Jesteśmy pokojowymi ludźmi i nigdy nie zazdrościliśmy tego, co do nas nie należy. Dlatego chciałbym zapytać was wszystkich. – Staruszek powiódł ręką po obecnych. – Za co? ZA CO?!

Ręka Afanasa zadrżała, twarz się wykrzywiła.

Na peronie zapanowała grobowa cisza. Delegaci spoglądali po sobie. Nikt nie decydował się przerwać milczenia, kuląc się pod ciężkim wzrokiem starca. Tylko wypielęgnowani Weganie, tłumiąc złośliwą wesołość lśniącymi rękawiczkami, ledwie zauważalnie się uśmiechali – cudze cierpienie budziło w nich niekłamany zachwyt.

Afanas opuścił rękę. Nie doczekawszy się odpowiedzi, ciężko westchnął i cicho mówił dalej:

– Jestem tu po to, żeby przekazać wam warunki załogi. Mamy dość sprzętu, żeby przedostać się na powierzchni do każdego szybu wentylacyjnego. Nie radzę też brać nas szturmem: amunicji i zdemontowanej z Babla broni wystarczy na każdego, kto zaryzykuje i będzie się pchać na Czkałowską. Macie tydzień, żeby znaleźć i wydać nam sprawców wybuchu. W przeciwnym wypadku na wasze stacje, wszystkie, bez wyjątku, zostanie wypuszczony iperyt.

Pobierz fragment Pobierz fragment
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.