12 / 12 / 2017
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
Krucjata dzieci - Tullio Avoledo

Stalker1982

Najwyżej oceniane prace

Teksty
Grafiki

Profil użytkownika

Tekstów: 5 | Grafik: 1

Projekt Śmierć. | Zrodzona z Życzenia | 2013-08-18

/ 9.9



Nie widziałem końca świata, ale wiem, że nastąpił. Najpierw był jaskrawy błysk, który pozbawił mnie wzroku, a potem tak mocno walnęło, że ziemia pod moimi stopami się otworzyła i runąłem z wrzaskiem kilka metrów w dół.

Moje ciało nie uderzyło o kamień lecz zanurzyło się w cuchnącej brei. Wywnioskowałem, że znalazłem się w kanale. Tylko cudem spadające kawałki ulicy i grubych cegieł nie przygniotły mnie tu, na dole. Ogarnęła mnie panika, byłem ślepy. Nie wiedziałem co się dzieje i dokąd zmierzam. Zacząłem machać rękami by nie utonąć. Płynąłem przed siebie, a cuchnąca woda raz po raz wlewała mi się do gardła. Przez usta, przez nozdrza. Nie zwracałem na to teraz w ogóle uwagi. Płynąłem starając się podążać za głosami, które rozchodziły się wysoko w górze.

Czemu je słyszałem ? Bo to nie były przyjemne i miłe głosy jakie słychać było jeszcze kilka godzin temu. To były odgłosy przerażenia i strachu. Wrzaski niesłyszane jeszcze nigdy przez nikogo przedtem. Nigdy. Bo gdzie można usłyszeć tylu palących się ludzi żywcem naraz ? Apokalipsa dosięgła moje miasto. Moje kochane San Francisco.

Boże dokąd ja płynę, niech mi ktoś pomoże. Znowu mocno walnęło. Krzyknąłem kiedy cały kanał się zatrząsł jak podczas największego trzęsienia ziemi. Zerwał się ostry prąd i porwał moje ledwo żywe ciało przed siebie. Czułem jak w tunelu robi się coraz bardziej gorąco, coraz bardziej duszno. Czułem jak kawałki z sufitu spadają obok mnie z wielką siłą. Kolejnym cudem unikam rozłupania czaszki przez jeden z takich fragmentów. Staram się w głowie zlokalizować gdzie się teraz znajduję. Ile metrów przepłynąłem tym ściekiem od centrum ? Czy Maria jeszcze żyje ? Moja najdroższa, proszę nie umieraj beze mnie. Muszę cię odnaleźć.

Słyszę jakieś głosy. Jeden, dwa, nie pięć różnych głosów. Wołają mnie. Są tutaj w kanale. Ludzie, którym udało się schronić przed gromem Boga. Jakiś młody głos zawołał bym się tak nie wierzgał bo rzucają jakiś sznur do wody. Krzyknąłem, że nic nie widzę, że będzie mi ciężko go złapać. Odpowiadają, że już idą. I usłyszałem jak któryś z nich wskoczył do ścieku. To byli sami mężczyźni. Poczułem jak ktoś łapie mnie za kołnierz i przyciąga do siebie, coraz mocniej i mocniej. Musi być silny skoro ciągnie takiego dużego faceta jak ja.

Krzyczą, że zaraz będzie po wszystkim. Nie znam ich tożsamości, nie ma na to czasu. Nie wiem ile mają lat, nie wiem jakiego są koloru skóry, wyznania. Nic nie wiem. Staję na twardym gruncie. Oglądają mnie pobieżnie. Obrażenia nie są na tyle duże by musieli mnie dźwigać na plecach, prowadzą mnie za ręce. Nie wiem znów dokąd zmierzam, ale mówię, że muszę się dostać na ulicę Franklina bo tam miała być moja żona.

Krzyczą, że na górze same zgliszcza i ogień. Nikt nie wie co się stało poza tym, że najprawdopodobniej przez cały świat przeszedł atomowy huragan. Niepojęty kataklizm. Boże dlaczego tak nas strasznie doświadczyłeś. Aczkolwiek jakie to miało teraz znaczenie ? Było tyle znaków, że w końcu musiało to nastąpić. Ludzka chciwość i pycha została ukarana. Grzech musi zostać rozliczony, a grzesznicy ukarani.

‘’Nie znacie dnia ani godziny’’

Te słowa powtarzane od wieków w końcu znalazły swoje ujście. Ujście w najbardziej okropnym i niewyobrażalnym wymiarze cierpienia.

Zatrzymuję się na chwilę i mówię, że mają mnie zostawić na ulicy Franklina. Kłócą się, tłumaczą mi, że jest tam tylko śmierć i zniszczenie. Wyrywam się i mówię, że mam to gdzieś, i że nie umrę bez mojej żony. Któryś znów mnie łapie za kołnierz, rzuca o ścianę i tłumaczy, że na górze jest tylko sam popiół, że ludzi już nie ma, a resztę trawi szalejący ogień. Odtrącam go od siebie. Następuje krępująca cisza. Konsternacja. Po chwili słyszę jak jeden z nich mówi, że ślepy to i tak tylko balast więc mogę sobie zdychać tam na górze.

Kiwam głową i dziękuję. Idziemy kilka metrów dalej. Dochodzimy do stalowej drabiny, która prowadzi na powierzchnię. Nakierowują mnie na nią i mówią, że od teraz muszę radzić sobie sam. Żegnam się z tymi nieznajomymi i życzę im szczęścia. Odchodzą, a ja kieruję się powoli po drabinie do góry. Szczebel, za szczeblem. Robi się coraz cieplej, szczeble zaczynają parzyć. Czekam aż moja głowa natrafi na ciężki właz studzienki, ale to pewnie już niedługo. Idę powoli. Szczeble są coraz bardziej gorące. Muszę wytrzymać. Jest. Natrafiam na właz, dotykam go. Od razu odsuwam rękę bo jest taki gorący, ale nie powstrzymuje mnie to. Jedną ręką trzymam się drabiny, drugą z całych, ostatnich sił odsuwam palące żelazo i wychodzę na powierzchnię. Od razu upadam na ziemię, duchota jest tak przerażająca, że nie wiem czy zaraz nie umrę. Tak jakby wessało całe powietrze. Gdzieś ktoś jeszcze krzyczy, słyszę jak obok mnie walą się ściany wielkich drapaczy chmur. Słyszę walące się na ziemię konstrukcje stalowe. Niedaleko jest biblioteka. Muszę się tam dostać. Maria na pewno się tam skryła. Musi tam być. Na pewno tam uciekła. Umówiliśmy się niedaleko w naszym specjalnym miejscu. Tam gdzie wszystko się zaczęło. Dzisiaj jest rocznica naszego ślubu. Piętnasta rocznica. Moja ukochana. Moja najdroższa żona. Nie mieliśmy dzieci, nie mogliśmy ich mieć. Byliśmy sierotami. Ja i ona. Tak bardzo chcieliśmy mieć rodzinę niestety biurokratyczna machina, która uśmiercała ludzi za życia nigdy nam nie pozwoliła na adopcję. Ciągle mieli jakieś ‘’ale’’ , ale dzisiaj szlag trafił ten cały skorumpowany system i to pieprzone konsumpcyjne społeczeństwo.

W którą stronę iść ?

Ktoś podbiega, łapie mnie za rękaw. Prosi o pomoc. Krzyczę, że nic nie widzę, że sam już ledwo żyję. To kobieta. Teraz łapie mnie za kołnierz. Zaciska z całych sił swoje ręce. Nie rozumiem co mówi. Nagle słyszę trzask kości i jej krzyk. Ogarnia mnie groza. Czuję, że już mnie nie szarpie, chyba rzuciła się do ucieczki. Idę przed siebie, Boże prowadź mnie w dobrą stronę. Do mojej Marii. Coś ciąży mi na kołnierzu. Nic nie widzę, idę przed siebie. Ogromne ciepło wali mnie po twarzy raz za razem. Wyciągam rękę przed siebie tak jakbym mógł zatrzymać ten ukrop lecz czuję jak parzy mą skórę coraz mocniej i mocniej. Pieczenie staje się nie do zniesienia. Dotykam mej twarzy. Czuję, jak schodzi mi skóra. Jak rozjeżdża się po policzku, czuję ból. Nie wiem dokąd idę. Tracę siły. Znowu te krzyki, krzyki i płacz. Płacz dzieci, który brzmi tak strasznie, że gdybym tylko odzyskał wzrok to od razu bym sobie wydłubał oczy by tylko tego nie widzieć.

Nic nie widzę, brnę w ciemnościach. Tylko w głowie wyobrażam sobie ten potworny pejzaż namalowany ludzką krwią i cierpieniem. Czuję dyskomfort na mojej szyi. Co tam zwisa ? Chyba odszedł mi kolejny płat skóry. Upadam na ziemię, ktoś podbiega, podnosi mnie i krzyczy, że na mojej szyi zwisają czyjeś ręce. Ten ktoś ucieka, a ja idę dalej. Coraz słabszy i słabszy. Znów upadam na ziemię. Nie mam już siły. Wybacz kochana. Spotkamy się w lepszym świecie.

Wnet słyszę wołanie. Nie mam siły wstać, nie reaguję. Znów słyszę jak ktoś woła moje imię.

Desmond ! Desmond !

Boże miłosierny. To Maria. Jeszcze żyje. Podnoszę się i krzyczę jej imię. Staram się podążać za jej głosem. Przyspieszam kroku. Po chwili pada mi w ramiona. Tulę ją z całych sił, słyszę jak płacze. Jak mówi, że nie mogła też umrzeć beze mnie. Mówi, że wiedziała, że się zjawię, że po nią przyjdę. Upadamy na kolana. Nie ma się dokąd schować, nie ma już dokąd pójść. Wszystko wokół płonie. Marne kawałeczki Boga rozrzucone na jednej szachownicy.

- Kocham cię Desmondzie McCarthy.

Powiedziała cichutko.

- Ja też cię kocham Mario McCarthy. I zawsze będę.

Nasze spieczone wargi zacisnęły się w lekkim pocałunku. Poczułem jej łzę. Ścisnąłem ją z całych sił. Otuliłem moimi ramionami wierząc, że ochronią ją przed tym koszmarem. Pragnąłem ją jeszcze raz zobaczyć, chociaż na jedną, jedyną sekundę lecz wszystko co teraz mogłem to tylko przywołać jej obraz z pamięci. Ją i obrazek pewnego pięknego zimowego poranka pięć lat temu w górach Colorado kiedy podczas łowienia ryb lód zapadł się pode mną, a ona zaczęła mnie wyciągać przy czym sama wpadła do środka. Przez trzy dni nie ruszaliśmy się z łóżka i tylko dorzucaliśmy do ognia pijąc grzane wino. Cudowny zapach imbiru i jej trzydziestoczteroletniego ciała, jej kruczo czarnych włosów, jej dłoni, które zawsze pachniały rumiankiem.

Ścisnąłem ją jeszcze mocniej i nagle pośród wszystkich zawodzeń i jęków ktoś krzyknął.

- Znowu bombardują ! Kryć się !

Chociaż nie wiem do kogo mógł kierować te słowa skoro całe miasto było już pewnie martwe. Nachyliłem swoje usta do ucha Marii i wyszeptałem tylko.

- Nie bój się Kochanie, to nie potrwa długo.

I tak czekaliśmy chwilę pośród ruin starego świata, zatopieni w sobie.

Czekając na koniec.

Czekając aż śmierć zabierze nasze dusze do nieskończoności ...


Desmond McCarthy ( 1972 – 2013 )
Maria McCarthy ( 1974 – 2013 )





Powrót do listy rozdziałów
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.