Profil użytkownika
Raz, dwa, trzy... | 2011-12-01
Cisza.
Tylko jeden nabój leżał teraz na chudej dłoni. Nabój ten był samotny jak chłopiec, który go trzymał, obaj nie mieli już nikogo z rodziny. Nabój stracił swoją przy serii ogłuszających huków. Chłopiec zaś podczas płaczu, leżąc na ziemi, z której oglądał piekielną scenę swojego krótkiego życia.
Gdy cała scena skończyła się i opadła ciężka, czerwona niczym krew kurtyna, chłopiec usiadł ciężko na zwalonej belce, przygarbiony ze zwieszoną głową. Niezdolny, aby ją podnieść. Już niebyło po co, ani na co spojrzeć.
Ten asfalt, cały popękany, zupełnie jak jego serce.
Przejechał po nim delikatne ręką, przyglądając mu się.
Do tego zimni i szorstki, dosłownie taki sam, nawet kolor ma podobny, taki bez życia i radości. Po prostu smętny szary. Martwy.
Głębokie westchnienie uleciało z piersi chłopca przerywając zalegającą ciszę, aby po chwili zlać się z nagłym porywem wiatru. Jakby specjalnie, żeby nikt tego nie słyszał, wiatr pojawił się i zabrał za sobą ten ciepły młodzieńczy oddech. Odleciał tak szybko, jak się pojawił. Znowu nastała cisza.
Ręka chłopca ruszyła się. Przebierał palcami.
Obracający się w nich metalowy przedmiot błyskał co chwilę w miarowych odstępach czasu.
Raz, dwa, trzy...
Chłopczyk przyglądał się tym błyskom nieobecnym wzrokiem. Myślał intensywnie i liczył obroty.
Scena pierwsza. Gdy padł pierwszy cios, od którego poleciał bez tchu na plecy, wiedział już, że ten dzień będzie pełen cierpienia. Łzy poleciały z jego niebieskich oczu. Kap, kap, kap.
Raz, dwa, trzy...
Tato upadł zaraz za nim, rażony kulą w klatkę piersiową. Krew pociekła z kącików jego ust. Mężczyzna odwrócił głowę w stronę leżącego obok chłopca tylko po to, aby umrzeć patrząc mu prosto w oczy. Warga jeszcze dygotała przez chwilę, jakby jego usta chciały coś powiedzieć. Nic, tylko charczenie i urywany świszczący oddech, a potem śmierć. Żadnych słów. I ten głupi uśmieszek mówiący: ,,Synu, wszystko będzie dobrze, zobaczysz''. Gówno prawda. Nic niebyło już potem dobrze, tylko coraz gorzej, gorzej i gorzej.
Cztery, pięć, sześć...
Ból brzucha po zderzeniu z butem wielkiego pana w czarnym płaszczu, sparaliżował ciało chłopca. A może to wina strachu, może to on był winny temu bezruchu? Nie wiedział. Druga scena została przeprowadzona makabrycznie i znienacka, na jego oczach. To co zobaczył było nie do zapomnienia.
Jego matka. Cóż to była za piękna i dobra kobieta! Cała czas uśmiechnięta. Mąż i syn byli dla niej jedynymi słońcami, które dla takiego młodego kwiatu jak ona, dawały chęć do walki z trudnościami życia, byli dla niej niczym te ciepłe, letnie promyki. Świat, po utracie dawnych zielonych barw stał się dla niej obcy. Szarość dla synka była czymś normalnym, ponieważ urodził się po wybuchu. Nie miał okazji zobaczyć falującej na wietrze trawy, pełnych życia liści drzew, pachnących kwiatów, ani dzikich zwierząt. Gdy matka opowiadała mu o tych rzeczach to nie wiedział, czemu zawsze przy tym płakała. Zmartwiony i zmieszany jej reakcją unikał dalszych rozmów na ten temat. Nie chciał, aby jego mama była smutna. A teraz? Teraz dałby wszystko za taką opowieść. Za dużo bólu rozegrało się przed jego oczami, za dużo śmierci, za dużo asfaltowej martwej szarości i tego uczucia zimna w sercu. Dałby wszystko, aby usłyszeć jej głos, choć raz jeszcze. Ten ostatni raz.
Siedem, osiem, dziewięć...
Jęki krzywdzonej matki i sapanie okrutnego oprawcy dobiegły wreszcie końca.
Mężczyzna skończył i zapinając guziki od spodni spojrzał przelotnie na chłopca. Dziecięca twarz zbladła. Wysoki kształt obcego podszedł i rzucając nań swój długi cień, powiedział:
- Mam dla ciebie prezent. - Na czarnej plamie w miejscu, gdzie powinna być widoczna twarz, chłopiec dostrzegł jedynie szaleńczy uśmiech i białe kły niczym u jakiegoś wilka. Wilka, który najwyraźniej zaspokoił już swoje rządze.
Młodzieniec przesuną nerwowo wzrok na leżącą niedaleko matkę. Liczył na cud. Myślał, ze ta jakimś sposobem wstanie i mu pomoże. Nieznajomy to dostrzegł i zrobił to samo. Prychną.
Kobieta leżała na ziemi jak szmaciana lalka. Ani myślała się ruszyć. Cichy szloch świadczył jedynie o tym, że nadal żyła.
Czas diametralnie przyśpieszył. Odgłos falującego płaszcza, następnie mrożących krew w żyłach dźwięk metalicznych kliknięć.
Dwa długie i czarne niczym smoła rewolwery wyłoniły się z głębi płaszcza mężczyzny. Szybki obrót na pięcie, wycelowanie.
Dziesięć...
Scena trzecia. Huk odbił się echem od okolicznych wniesień, pokrytych martwymi szkieletami drzew. Wisiał w powietrzu przez kilka sekund, po czym zamilkł na zawsze, gdzieś bardzo daleko stąd.
Dymiąca lufa rewolweru wyślizgnęła się z dłoni chłopczyka. Upadła u jego stóp. Stado chudych i wygłodniałych wron w jednej chwili przysłoniło niebo czarnym pierzem. Wzbiły się w powietrze jakby od dawna czekały na tę chwilę. Małe serduszka ptaków zaczęły stukać szaleńczo z radości. Podniebny aplauz rozlał się po całej okolicy. Głodny wzrok setek oczu padł na przygarbioną sylwetkę znajdującą w dole. Co będzie dalej? Myślały wszystkie ptaszyska.
Krople świeżej krwi zaczęły skapywać z nieruchomej dłoni, prosto na broń. Głuchy odgłos uderzeń czerwonych kropli o metalową lufę wypełnił zalegającą po oklaskach ciszę. Kap, kap, kap.
Jeden, dwa, trzy.
Słońce zakryły chmury, cień spowił ciało przygarbionego dziecka siedzącego na zwalonej belce.
Cztery, pięć, sześć.
Świeża plama krwi spod stóp chłopca zlała się w jedną z dwoma pozostałymi znajdującymi się w pobliżu.
Siedem, osiem, dziewięć.
Zimne ciało osunęło się na asfalt, twarzą prosto w czerwoną kałużę.
Dziesięć.
Ojciec nie żyje, matka zgwałcona i rozstrzelana. Chłopczyk popełnił samobójstwo.
Co będzie dalej? Myślały wrony. Ale dalej już niebyło nic. To koniec przedstawienia mili widzowie. Nastał po prostu nowy dzień.
- 2012-05-18 17:20:12
- 2012-05-18 17:17:25
- 2012-05-18 08:35:45



