27 / 07 / 2017
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
Prawo do zemsty - Denis Szabałow

maly.nosorozec

Najwyżej oceniane prace

Teksty
Grafiki

Profil użytkownika

Tekstów: 1 | Grafik: 1

Opowiadania konkursowe | Szepty Zgładzonych - Stary Las | 2016-01-21

/ 0.0

Kupione życie

- A po co, tak w ogóle, panu taki nędzny dzieciak, pożytku z niego żadnego, my już na straty go spisaliśmy, niedługo wykończy go choróbsko, to samo co matkę jego…
- Przeliczone?
- Wszystko dobrze, zgadza się, tyle ile trzeba, ale po co…
- Do widzenia. Chodź mały, idziemy do domu.

Zamknięte drzwi

Za zamkniętymi drzwiami Aleksiej Gromow, człowiek zwany panem Bombadilem rozpoczął swój prywatny rytuał. Imię, nazwisko, pseudonim, wiek. Czasami znał tylko jedno z nich, czasami nawet nie. Zawsze jednak przed oczami miał twarz tego, kogo miał na myśli. Cholerny umysł nie pozwoli mu zapomnieć żadnego oblicza. Na biurku stała butelka kiepskiej jakości samogonu. Nie tknie już dzisiaj ani kropli. Już wystarczy, to był ciężki dzień, a nie mógł przecież stracić nad sobą kontroli. Obok leżał pistolet. Stary, można powiedzieć, że zabytkowy.
Zostało jeszcze trzynaście imion. W czasie, kiedy je wymawiał dokładnie sprawdził czy z bronią wszystko w porządku. Te ostatnie twarze, na dłużej zostają w jego pamięci. Rozłożył pistolet. Złożył go z powrotem. Umieścił nabój na swoim miejscu. Odbezpieczył. Skończył swoją modlitwę. Przystawił sobie broń do skroni.
Jeszcze nie dziś…

Udane zbiory

Zauważyli go. Dwa pistolety zostały wycelowane w jego stronę. Człowiek zwany panem Bombadilem uśmiechnął się w półmroku. Za daleko, za mało światła, zbyt kiepscy strzelcy. Uniósł ręce do góry, pozwolił im zbliżyć się kilka metrów. Tak jak się spodziewał, kiedy zobaczyli dwa niewielkie ciała u jego stóp, zawahali się na krótką chwilę. Tyle wystarczyło. Powietrze przeszył odgłos strzałów.
Za chwilę w tym miejscu zaroi się od żołnierzy. Za blisko stacji, strzały były słyszalne na posterunku granicznym. Na pewno będą chcieli sprawdzić co się stało. Szybko zabrał z torów dwa lekkie, bezwładne ciała, nie zwracając najmniejszej uwagi na ludzi, których przed chwilą zabił.
Kiedy patrol przybył na miejsce, zastał tam tylko dwa trupy i żadnych śladów po zabójcy. Nie zaprzątali sobie tym głowy. Takie rzeczy się zdarzały, śmierć nikogo już nie dziwiła. Na kilka następnych dni posterunek został wzmocniony, kilka osób wzbogaciło się ograbiając trupy. Nikt na stacji nawet nie pomyślał o losie dwójki chorych sierot, które znalazły się tamtego ranka w ciemnym tunelu.

Spokojny dom

- Jest pan nareszcie, panie Bombadilu. Martwiliśmy się o pana.
- Jestem. Przyprowadziłem ze sobą dwójkę urwisów. Były jakieś problemy?
- Długo pana nie było. Dłużej niż zwykle – słychać było wyrzut w głosie młodego rozmówcy – Z Tatianą coraz gorzej – głos przeszedł do cichego szeptu – Musieliśmy podać jej więcej leków.
- Zajrzę do niej za chwilę, mam nadzieję, że ktoś z nią jest.
- Tak jest panie Bombadil. Cały czas ktoś z nią siedzi, tak jak zawsze.
- Dobrze… Zajmiesz się tą dwójką?
Pan Bombadil nie czekał na odpowiedź, wiedział, że Wołodia odpowiednio zajmie się przerażonymi dzieciakami, które powoli odzyskiwały przytomność. Mógł polegać na tym chłopcu. Ciekawe ile jeszcze czasu będzie mu dane?
Zanim udał się do Tatiany przebrał się szybko i obszedł cały dom, sprawdzając czy wszystko jest w porządku. Na jedzenie i zimny prysznic będzie czas nieco później. Uśmiechnął się ciepło do dzieci, które zastał kręcące się wokół łóżka chorej. Kazał im dołączyć do Wołodii, i jako że było już późno, życzył miłej nocy, prosząc by niedługo znaleźli się w łóżkach.
Siedział przy łóżku Tatiany, dopóki nie nabrał pewności, że wszyscy inni już śpią. Długo to trwało, a on był przecież tak bardzo zmęczony. Nieważne. Nie mogą widzieć. W większości to mądre dzieciaki, domyślają się wszystkiego, ale zobaczyć to na własne oczy to coś zupełnie innego. Popatrzył ostatni raz na zmęczone chorobą oblicze dwunastoletniej Tatiany Olych. Zabił ją we śnie nie zostawiając śladów, po czym udał się do zajmowanego przez siebie pomieszczenia. Dokładnie zaryglował drzwi i rozpoczął swój rytuał.

Wielki strach

Nalał sobie kiepskiego samogonu. Dzisiaj nie dopił nawet jednej szklanki, tak bardzo był zmęczony. Wyrecytował imiona. Kiedy zabrał się do sprawdzania broni zostało mu czternaście twarzy do przypomnienia. O dwójce ostatnich nie wiedział nic. Rozłożył pistolet. Złożył go z powrotem. Umieścił nabój na swoim miejscu. Odbezpieczył. Skończył swoją modlitwę. Przystawił sobie broń do skroni.
Jeszcze nie…

Uśmiechnięte dzieci

Następnego ranka człowiek zwany panem Bombadilem ucieszył się bardzo, kiedy odkrył, że dzieci, które przyprowadził ze sobą, uśmiechają się nieśmiało na jego widok. Zawsze najlepiej takie sprawy zostawiać innym dzieciom. On sam mógłby tłumaczyć, i tłumaczyć, a i tak nic by z tego nie wyszło. Tak przynajmniej nowi (Olaf i Ludmiła – bliźniaki) zyskali pewność , że ich życie właśnie uległo zmianie na lepsze. Tyle życia, ile akurat im zostało. U pana Bombadila nie musieli się przejmować zewnętrznym światem, nie miał on tutaj wstępu. W tym miejscu znajdował się ostatni bastion, którego nie opanowało jeszcze zło – tak sobie to wszystko przedstawiały dzieci, które znalazły tu schronienie.
Aleksiej Gromow nie miał tego dnia wiele do zrobienia. Kilkorgu podopiecznym musiał zwiększyć dawki leków przeciwbólowych, poza tym rutynowe czynności: sprawdzenie magazynów, przygotowywanie posiłków, konserwacja niezbędnych do życia urządzeń. Resztę dnia spędził z zadowolonymi z jego towarzystwa dziećmi. Były zabawy, śpiewy, no i oczywiście wieczorem, obowiązkowo bajka dla nowoprzybyłych. Było to tradycją niemal od pierwszych dni. Zwykle dzieciaki, które były w owym miejscu najdłużej prosiły nieśmiało:
- Panie Bombadilu… A może opowie pan naszym nowym kolegom bajkę – tym razem przemówiła Luna, drobna ośmioletnia dziewczynka.
- Tak panie Bombalilu, już dawno pan nie opowiadał. – zawtórowało kilkoro innych, a Oleg i Ludmiła wpatrywali się wielkimi oczami w tego, którego zwali tu panem Bombadilem.

Stara bajka

Nie wiadomo, który to już raz w tych pomieszczeniach usłyszeć można było nietypową wersję znanej niegdyś historii. Aleksiej Gromow oczywiście dawno temu, w innym świecie, czytał książki, z których wziął się jego przydomek. Jego opowieści na pewno nie były wierną kopią tamtych historii (gdyby tylko mógł dostać te książki w swoje ręce!), opowiadał tak jak wszystko pamiętał, ale dla dzieci nie miało to najmniejszego znaczenia. Wszyscy cierpliwie słuchali, aby także nowi mogli poznać całość bajki. A po wszystkim najważniejszy był On: Tom Bombadil, wokół którego ocaleć miała część świata, podczas gdy resztę pochłonie mrok. Oczywiście w końcu ciemność musiała zatryumfować i tu, ale póki co Tom Bombadil trwał niewzruszony.
Na początku starał się wytłumaczyć, że przecież w bajce udało się pokonać zło i świat był bezpieczny, a Tom nie musiał samotnie stawiać czoła otaczającej go ciemności. Szybko przekonał się jednak, że dzieci patrzą na swój rzeczywisty świat, i tam wklejają jego, nazywając panem Bombadilem, który podda się złu tego świata jako ostatni. Tak wiele przecież dla nich zrobił. Uratował ich wszystkich przed śmiercią, dając schronienie na czas ich ostatnich dni. W większości dzieci nie były głupie. Wiedziały, że umrą raczej wcześniej niż później. Wiedziały, że każde z nich jest chore i nie ma dla nich lekarstwa w tym mrocznym świecie. Były wdzięczne za chwile szczęścia, które mogły przeżyć w tym miejscu.

Ogromny ciężar

Na koniec dnia kiedy wszyscy już spali, człowiek zwany panem Bombadilem zamknął dokładnie drzwi pomieszczenia, które zajmował. Dziś mógł sobie pozwolić na całe dwie szklanki okropnego samogonu, zanim stwierdził, że ma dość.
Imię, nazwisko, pseudonim, wiek.. . Rozłożył pistolet. Złożył go z powrotem. Umieścił nabój na swoim miejscu. Odbezpieczył. Skończył swoją modlitwę. Przystawił sobie broń do skroni.
Jeszcze nie…

Szczera modlitwa

To były w większości mądre dzieciaki, i wszystkim im obiecał modlitwę do boga w jakiego wierzyli. Nie musiały wiedzieć, że jego modlitwa zawsze polegała na pamięci każdej pojedynczej osoby, którą dane mu było pożegnać w tym miejscu. Niczym więcej. Dzieci widziały zawsze uśmiechniętego człowieka, który zapewnił im azyl w świecie po końcu świata, i nie miał prawa ukazywać im prawdziwego przebiegu swoich modlitw, ani zdradzać tego jak skończy się ostatnia z nich.

Zmartwiony pan

- Długo pana nie będzie panie Bombadil? – to mały Oleg – Niech pan uważa na siebie.
- Wy uważajcie i trzymajcie się ciepło. Nie będzie mnie najwyżej dwa dni. Pilnuj siostry.
Ludmiła miała się coraz gorzej. Według Gromowa nie zostało jej więcej niż tydzień czasu. Najważniejsze jednak, że tak jak jej brat, była szczęśliwa przez ostatnie miesiące. Obecnie było ich trzynaścioro. W ostatnim tygodniu musiał pochować trójkę dzieci. Od ostatniej wizyty w metrze minęło już 9 dni. Przyprowadził wtedy ze sobą malucha, na oko pięć-sześć lat, znalezionego w jednym z tuneli. Szczury już zaczynały się do niego dobierać, a on nie miał siły ich odganiać. Inne dzieci zajmowały się nim najlepiej jak potrafiły, jednak maluch nie odezwał się ani słowem od przybycia. Miał poważną chorobę popromienną i pewnie dlatego został porzucony na pastwę tuneli. Gromow miał nadzieję, że ten maluch chociaż trochę dojdzie do siebie, że zazna chociaż w niewielkim stopniu szczęścia zanim nastanie koniec.
- Niech się pan o nas nie martwi.
- Zawsze będę się o was martwił…

Adekwatne środki

Za każdym razem starał się wychodzić w innej części metra. Sieć tuneli i przejść, z których korzystał, z czasem poznał bardzo dokładnie, i wiedział, że nie grozi mu zabłądzenie. Nikt w metrze nie wiedział o doskonale usytuowanym, zabezpieczonym i zaopatrzonym miejscu, w którym przebywały dzieci, zadbał o to odpowiednio. Czasem trzeba było zniszczyć jakieś przejście. Czasem zabić kogoś, kto znalazł się niebezpiecznie blisko. Dzieci często pytały go czy dużo zabija podczas poszukiwań. Zawsze wtrącały się inne mówiąc, że zabija tylko złych ludzi, a on dodawał, że nie spotkał jeszcze w metrze tych dobrych. Większość pamiętała rodziców, dziadków czy przyjaciół, których mieli w metrze. Żadne z nich nie tęskniło za dawnym życiem. Gromow zbierał dzieciaki, dla których nie było nadziei. Czasem wyrywał je z rąk zwyrodnialców, czasem ratował przed mutantami. Zdarzało się nawet, że odwiedzał stacje i zabierał chore dzieci, którymi nikt nie miał zamiaru się zajmować. Wtedy, i tylko wtedy, płacił matce, ojcu, ciotce lub naczelnikowi. Odprowadzały go zawsze ponure spojrzenia, czuć było pogardę z jaką odnosili się do niego mieszkańcy metra. Nie lubił zatłoczonych stacji. Wolał wszystko załatwiać w tunelach, gdzie nie było żadnych przeszkód przed zabijaniem.

Krwawe tunele

Tym razem człowiek zwany panem Bombadilem w jednym z bocznych przejść trafił na rytuał, w którym w ofierze miało być złożone niemowlę. W krwawej ofierze. Zanim ktokolwiek się zorientował piątka dzikusów leżała martwa. Reszta w panice rzuciła się do ucieczki. Gromow trafił jeszcze trzech, kilkorgu udało się umknąć.
Dziecko, które miało być złożone w ofierze nie miało żadnej widocznej deformacji, nie było chore, czy napromieniowane. Nie pasowało więc do pozostałych, którymi Gromow się zaopiekował. A jednak pasowało tak bardzo. Zostało uratowane od niechybnej, bolesnej śmierci, jedyna różnica polegała na tym, że mogło żyć znacznie dłużej od innych.
Człowiek zwany Bombadilem wziął zawiniątko z niemowlęciem i ruszył w drogę powrotną do domu.
Ludzie, którzy go zaatakowali nie mieli wielkich szans w starciu z doświadczonym Gromowem. Dzicy, którym przeszkodził w składaniu ofiar. Trójka padła w ciągu kilku sekund, za nimi jednak podążali następni, całe plemię. Wszyscy żądni krwi.
Przejście prowadzące do domu zostało odcięte. Nie można było uciekać w kierunku najbliższych stacji, akurat tutaj strażnicy najpierw strzelają, a potem zadają pytania. Wyjście na powierzchnię nie wchodziło w grę, jeśli niemowlę miało przeżyć. Pozostała ucieczka krętą siecią bocznych tuneli serwisowych, w których gnieździć się mogło wiele paskudztw. Gromow nie miał jednak wyboru.
Dzicy okazali się bardzo zdeterminowani by odzyskać niedoszłą ofiarę. Trupy wielu z nich stały się tego dnia przekąską dla padlinożerców. Plemię było jednak bardzo liczne. Uciekał, póki nie znalazł miejsca, w którym mógł się ukryć. Była to bardzo dobra kryjówka. Nie mieli szans go znaleźć… Chyba, że zwabiłby ich płacz dziecka.

Martwe wnętrze

Człowiek zwany Bombadilem dokonał wyboru. Dziecko nie zapłakało… Siedząc w ukryciu, tuląc do siebie martwe niemowlę Aleksiej Gromow wsłuchiwał się w odgłosy dobiegające z ciemności. Po kilkudziesięciu minutach bardzo delikatnie odłożył zawiniątko na ziemię. Coś właśnie pękło w człowieku zwanym panem Bombadilem. Całkowicie opanowany poczekał, aż zmęczeni dzicy zakończą poszukiwania i wrócą do reszty swojego plemienia. Aleksiej Gromow, chowając się w cieniach, podążył za nimi.

Pusty wzrok

Wstukał kod, który znał tylko on. Gdyby nie wrócił, dzieci nie miałyby jak wydostać się na zewnątrz. Nieważne. Miały tam wszystko czego potrzebowały. Starczyłoby jeszcze na kilkanaście lat. To cud, że wiele lat temu udało mu się znaleźć to miejsce. Tak doskonale zaopatrzone, doskonale ukryte.
Potwornie wycieńczony, na granicy przytomności Aleksiej Gromow, człowiek zwany panem Bombadilem wrócił do domu. Cały oblepiony krwią (częściowo swoją), utykający na jedną nogę, patrzący przed siebie przekrwionymi oczami. Ręce trzęsły mu się kiedy zdejmował swój ekwipunek. Dzieci spały spokojnie w swoich łóżkach. Nie mógł zmusić się, aby do nich iść. Obudzić je lub nawet nie. Może wystarczyłoby tylko popatrzeć na spokojne, śpiące postaci, aby odnaleźć spokój, sens, wybaczenie.

Otwarte drzwi

Przez otwarte drzwi niosły się słowa. Imiona, nazwiska…
Na biurku stały opróżnione butelki kiepskiej jakości samogonu. Obok leżała broń.
Rozłożył pistolet.
Złożył go z powrotem.
Umieścił nabój na swoim miejscu.
Odbezpieczył.
Koniec modlitwy.
Przystawił sobie broń do skroni.


Powrót do listy rozdziałów
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.