28 / 05 / 2017
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
Achromatopsja - Artur Chmielewski

maly.nosorozec

Najwyżej oceniane prace

Teksty
Grafiki

Profil użytkownika

Tekstów: 1 | Grafik: 1

Opowiadania konkursowe | Szepty Zgładzonych - Cóż Zostało Po Jeżozwierzu? | 2016-01-21

/ 0.0

Cóż Zostało Po Jeżozwierzu?

Zostało jeszcze kilka godzin do świtu. Bardzo spokojna noc jak na te strony i te czasy. Drapieżcy zdążyli się już pożywić? Nikt nie ucieka, nie goni w szaleńczej walce o życie? Coś dziwnego w tym zrujnowanym świecie. Tak jakby okolica wstrzymywała oddech… W niegdysiejszym centrum miasta, między gruzami, niewielkie ognisko rzuca przerażające cienie. Troje ludzi siedzących bez ruchu. Ich oczy śledzą niespokojne ruchy olbrzymiej postaci, tłumaczącej coś z wielkim przejęciem.
- Moje pragnienia są bardzo proste, prościutkie i nieskomplikowane. No ale jakie mogą być w takim świecie? Wiecie… kiedyś bardzo chciałem… Ale nieważne… Teraz chcę tylko być z ludźmi. Przynależeć do wspólnoty. Pomagać i być akceptowany… Tak dużo?
A ty czego chcesz Brzydki? Pewnie masz niejedno skryte marzenie? Patrząc na twoją mordę mogę być pewnym, że tak. Tacy jak ty zawsze dużo chcą od życia. Domagają się, żądają i biorą chciwymi łapskami, to, na co uczciwy człowiek ciężko pracuje… Ha! To mi się udało co? Uczciwy człowiek! Tak jakby zostali jeszcze jacyś na świecie… Ja sam, uważajcie, za takiego się nie uważam… Tak, tak… Stojący tu przed wami Anton Dikobraziewicz nie jest, jak mogliście sądzić, prawym człowiekiem. Nawet moje sumienie nie pozostało czyste… Ale człowiek musi robić to co musi, aby przeżyć, prawda? Nie… mówię wam, nie jest łatwo tam poza bezpiecznymi bunkrami… Co ja musiałem robić…
Weźmy chociażby mój wygląd… Znaczy wzrost i w ogóle gabaryty to oczywiście w genach mam, ale już na przykład te ciuchy. Tfu… ciuchy! Łachmany śmierdzące!... O i właśnie jeszcze smród, jakby zgnilizny, rozkładu, co nie? To wszystko kamuflaż… Wszystko, żeby nie zbliżały się bestie, mutanty znaczy. I nawet działa to, znaczy czasem trzeba jednemu czy drugiemu łeb ukręcić , ale zwykle omijają mnie, spróbujcie kiedyś… Ale wam chyba niepotrzebne to. Bezpiecznie żyjecie sobie. Wychodzić często nie musicie na powierzchnie. I widzę, że uzbrojeni nieźle jesteście. Ech… tacy to pożyją…
Powiem wam, że ja też, zanim wyruszyłem w drogę do Moskwy, miałem tak dobrze… Schronienie pod ziemią, elektryczność, zapasy jedzenia… Kurcze, czasem to i nawet ciepła woda. Promieniowanie w okolicy niewielkie, mutantów mało… Żyliśmy sobie z moim przyjacielem Dikobrazem, nie ma co… Bo to mój przyjaciel najlepszy był, ten Dikobraz, wiecie? Uratował mi życie kiedyś. Znalazł na mrozie ledwo żywego, wyleczył, zaopiekował się… Nawet czytać nauczył, taki był… Bo ja to z wcześniej nie pamiętam nic właściwie… Dzieciństwa, rodziny, czasów sprzed wojny, w ogóle zanim mnie Dikobraz nie znalazł nic. Nic…
Siedzieliśmy sobie często z moim przyjacielem i patrzyliśmy w gwiazdy. Znaczy ja tylko chmury widziałem, ale on mówił mi, że tam świecą gwiazdy za nimi. Miliony gwiazd, tak mówił. I jeszcze o miastach mówił. Że one przed wojną takie rozświetlone były, jak właśnie to niebo gwiaździste… Paryż, Madryt, Nowy Jork – on tam był dawno temu. I Moskwa… O, z jakim uczuciem o Moskwie opowiadał… I, że metro tam takie jest, że sto tysięcy ludzi może tam nadal żyć, tak mówił… No to dlatego ja tam szedłem właśnie… Do ludzi…
Wtedy jak Dikobraz zginął to postanowiłem. Nie mogłem sobie wybaczyć, że pozwoliłem mu umrzeć… Za bardzo się oddalił ode mnie, i dopadły go takie jedne… A później cała jego rodzina… bo my tam mieszkaliśmy z rodziną jego całą, wiecie? Dwadzieścia dwie osoby w sumie były, oprócz mnie i Dikobraza. Ale ja ich nie widywałem w ogóle, bo oni głębiej mieszkali. Nie wychodzili w ogóle na powierzchnię. Tylko my dwaj chodziliśmy… Znaczy Dikobraz rzadko w sumie, ale ja to praktycznie przez cały czas, bo widzicie, już wtedy umiałem przeżyć. Miałem mieszkanie zaraz pod powierzchnią. Byłem stróżem i obrońcą całej rodziny mojego przyjaciela.
No i kiedy Dikobraz zginął, a ja nie mogłem dłużej zostać, no to co miałem zrobić? Musiałem zabić ich wszystkich. Nie poradziliby sobie bez nas. A już na pewno nie przeżyliby drogi do Moskwy. Przeżyliby może kilka lat w strachu i poczuciu beznadziei… No to skróciłem ich męki, spakowałem niezbędne rzeczy i wyruszyłem… I oto jestem tu z wami…
Ale co ja przeżyłem, mówię wam, nie uwierzycie mi. To co widziałem… Co robiłem… Jaki straszny jest ten nasz świat…
Tydzień po wyruszeniu w drogę napotkałem pierwszych ludzi. I wyobraźcie sobie, że oni mnie napadli i ogólnie źle potraktowali. Niedobrzy to ludzie byli. Dzicy jacyś. Chyba kanibale nawet. No ale nie będą już spokojnych wędrowców gnębić. Zająłem się nimi odpowiednio.
W ogóle jakoś tak pecha mam do ludzi. Samych złych spotykam… no oprócz Dikobraza i was oczywiście… Mówię wam ile to ja obelg się nasłuchałem. Od potworów, diabłów i innych mnie wyzywali. Przez mój wygląd chyba? Ale to kamuflaż tylko, żeby mutantów zmylić. Tak mi Dikobraz doradził, i nie zdejmuję tych łachów i maski prawie nigdy, i działa to, mówię wam… A ile to razy ranny byłem, bo barbarzyńcy od razu strzelali i do słowa dojść nie dali… Ale łachmany moje jak zbroja są, solidne, niejedno wytrzymają. I w ogóle na mnie goi się szybko wszystko, mówię wam. A szczęście jakie mam! Jakby mnie jakaś boska siła prowadziła. Chociaż bogów nie ma, to oczywiste. Zabili wszystkich ludzie, ale to wiecie przecież… No i właśnie musiałem ukarać wielu, za to jak mnie traktowali, żeby nie mogli innych, mniej zaradnych skrzywdzić.
Ale nie myślcie sobie, że sprawiedliwy nie byłem. Każdemu według przewin… No i jak w osadzie zostali już sami niewinni, czyli zwykle starzy, albo młodzi, albo ogólnie na dłuższą metę niezdolni do przeżycia, to im łaskę okazywałem. Szybko i sprawnie, żeby nie musieli się już męczyć… A raz to, śmieszna historia, zamknęli się w bunkrze, tunel wysadzili, mówię wam nijak dostać się do środka nie mogłem. Ale na szczęście niedaleko taka rzeczka płynęła. Parę dni roboty i po sprawie. Pewnie i solidnie jakbym własnymi rekami sprawę załatwił. A, że czas straciłem to trudno, najważniejsze, że mogłem pomóc…
A z tymi mutantami to ciekawa sprawa, wiecie? Niby one takie straszne i w ogóle, ale ja tam z nimi problemów nie mam większych. Znaczy te wielkie takie to omijam szerokim łukiem. Łatwo domyślić się gdzie takie żerują. Wielkie jak domy, a niektóre to w ogóle jak pół miasta waszego. Nie wierzycie? A ja widziałem takie… Macie szczęście, że jeszcze mają co jeść u siebie, bo jakby tu przylazły… A te mniejsze? Phi…
O na przykład wilki, co mi o nich Dikobraz opowiadał. Że takie groźne w stadzie i nijak obronić się nie idzie przed nimi jak głodne, a jak jeszcze zmutowały od tego syfu po bombach to już w ogóle… A ja, wyobraźcie sobie, spotkałem raz w lesie stado jedno i mówię wam, bez rewelacji. Kręgosłupy jak zapałki im się łamały, prawie jak ludzkie… W ogóle ile to ja tych mutantów musiałem po drodze pozabijać, tych co mój kamuflaż na nich nie podziałał. Ale mi ich szkoda wcale nie było. Nie to co ludzi... Znaczy złych ludzi też nie szkoda… A dobrych jakoś mało spotkałem, a jak już to raczej takich co za dużych szans w tym świecie nie mieli, no to wiecie…
No to jak, myślicie, że Moskwa może poczekać? Niby marzenie Dikobraza, ale… Chyba zostanę tu trochę z wami, oczywiście jeśli mnie przyjmiecie i zaakceptujecie. W końcu, w dzisiejszych czasach, czegóż więcej może chcieć człowiek…?

Wokół w ruinach trwa gorączkowy ruch. Uzbrojone postaci zbliżają się do źródła światła. Do świtu nie pozostało wiele czasu. Zaniepokojeni przedłużającą się nieobecnością towarzyszy, prawie wszyscy Stalkerzy wyszli na powierzchnię.

Olbrzymia postać, klepie się w czoło jakby o czymś sobie nagle przypomniała. Podchodzi do związanych, poranionych ludzi i ściąga knebel jednemu z nich.
- Ty nie jesteś człowiekiem… -cichy, przerażony głos. A potem ryk wściekłości i odgłos miażdżonej czaszki.

Wszyscy na raz otworzyli ogień. Strzelali do potwora, aż ten nie znieruchomiał, przeszyty setką kul. Nigdy nie widzieli czegoś takiego… Podeszli bliżej… Błąd.

Zaskoczyli go. Dobrzy byli, nic nie usłyszał. Żeby tak dać się podejść… Ale jak już się wystrzelali i podeszli bliżej, wszystko poszło szybko i sprawnie. Chociaż trzeba przyznać, że nieźle mu dali w kość. Ach… i znowu na złych ludzi trafił…
No cóż… opatrzyć rany, odpocząć, sprawdzić czy reszta miasta poradzi sobie bez tych tu. Jeśli nie to trudno, pomoże im. Dzień czy dwa różnicy nie zrobią… A potem w drogę do Moskwy. Sto tysięcy ludzi. Ciekawe czy dobrych?


Powrót do listy rozdziałów
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.