22 / 11 / 2017
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
Krucjata dzieci - Tullio Avoledo

maly.nosorozec

Najwyżej oceniane prace

Teksty
Grafiki

Profil użytkownika

Tekstów: 1 | Grafik: 1

Opowiadania konkursowe | Dwa Szyczyty Kilimandżaro | 2016-01-21

/ 0.0

Dwa Szczyty Kilimandżaro

Wyszliśmy jak zawsze we czwórkę, wróciliśmy już tylko we trójkę i to na mnie spoczywał obowiązek udania się do Gru, nikt inny nie mógł tego zrobić. Mimo rozpaczy. Mimo bólu i zmęczenia, które zaczynały przebijać się przez słabnące działanie adrenaliny. Położyć się i nie wstawać przez najbliższy tydzień. Zwinąć się w kulkę i starać się nie pokazać światu łez płynących po policzkach. A później żyć dalej. Jednak najpierw trzeba było poinformować Gru, poinformować ojca o tym, że stracił swojego jedynego syna. Wir miał osiemnaście lat. Tak jak ja.
- Wszystko odbyło się podręcznikowo. Tak jak nas pan uczył. Wyjście, załatwienie sprawy, powrót. Wszystko w największym skupieniu, tak jak nas pan uczył... – Moje gadanie odbijało się od jego obojętności. On wiedział w momencie, kiedy w progu zamiast swojego syna zobaczył właśnie mnie. Na jego twarzy pojawiła się maska, wydawało mi się, że nie słuchał moich słów o mutantach, o ucieczce i o jedynym możliwym wyjściu w momencie gdy Wir został ranny. Słowa wylatywały ze mnie i to było usprawiedliwienie, chociaż nic nie mogliśmy zrobić. Nie, jeśli mieliśmy przeżyć.
- Nie zadręczaj się. – Dopiero po kilku minutach ciszy dobiegł mnie jego, jak zwykle mocny głos. Stał przede mną wysoki i dumny, dokładnie taki jak Wir. – Czasami po prostu nic nie można zrobić… Muszę teraz pójść do Elwiry. – Poklepał mnie po ramieniu w niezgrabnym geście pocieszenia. To nie on miał pocieszać…
Wyszedł sprężystym krokiem stalkera. Wyprostowany i z pozoru niezłomny. Tylko jego oczy mówiły o bólu, który w sobie dusił. Stracił jedynego syna, szedł do umierającej żony, żeby jej o tym powiedzieć.

Matka Wira miała przed sobą kilka miesięcy życia. Rak - tak twierdzili medycy, na których jej mąż i syn nigdy nie oszczędzali. Od miesiąca nie opuszczała namiastki szpitala, który mieliśmy na stacji.
Gru wyszedł od niej dopiero nad ranem. Zniknęła jego zasadnicza postawa. Teraz był zrozpaczonym człowiekiem, z zaczerwienionymi od płaczu oczami i smarkami cieknącymi z nosa. Poszedł do siebie i następne cztery dni upijał się do nieprzytomności.
Elwirę pochowaliśmy jeszcze tego samego dnia. Jej wycieńczone chorobą ciało prawie nic nie ważyło, na jej twarzy cały czas obecny był napawający smutkiem uśmiech. Dopiero później dotarło do mnie, że Gru nie powiedział jej o śmierci Borysa. Myślę, że był przy niej dopóki nie usnęła. Trzymał ją za rękę. Odwzajemniał jej uśmiech do samego końca. A kiedy zasnęła… Ale zrozumienie tego przyszło później.

Gru pił przez cztery doby. Pilnowaliśmy go. Ja i Papużkowie – moi rówieśnicy, bracia bliźniacy, którzy razem ze mną towarzyszyli Wirowi w jego ostatniej misji. Nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy. Nie chodzi mi o rozpacz – tej zawsze było pod dostatkiem. Chodzi o sposób w jaki ją okazywał. O agresję i wściekłość, z jaką opróżniał kolejne butelki podłego bimbru. Pił póki nie stracił przytomności. A kiedy się budził pił znowu. Wlewał w siebie alkohol i znów odpływał w ciemność. Rzygał żółcią i wmuszał w siebie kolejne butelki, a my nie śmieliśmy mu przerywać. Sprzątaliśmy po nim, znosiliśmy jego wrzaski i groźby. Pozwalaliśmy mu po swojemu przeżywać stratę. Nie przyszło nam do głowy, że to mogło się nie skończyć, że mógł zachlać się na śmierć. Tak pewnie by się stało gdyby nie przybyła Wierna.
Przyszła w towarzystwie dwóch rosłych żołnierzy i jednego wartownika z naszego południowego posterunku. Mimo naszych protestów weszła do kwatery Gru.
- Ty – zwróciła się prosto do mnie zachrypniętym głosem. Zza materiału, którym zasłaniała twarz widać było tylko jej oczy. – Nie pozwól mu więcej pić. Jeśli będzie trzeba daj po mordzie i siłą trzymaj.
Później przedstawiła się, a my zdaliśmy sobie sprawę, że to była Ta Wierna - kobieta trzymająca twardą ręką największy kurwidołek w całym metrze. Odeszła z wartownikiem i swoimi ochroniarzami do oczekującego na nią komendanta stacji, a my zostaliśmy, gotowi wykonać jej polecenie. Było coś takiego w jej głosie, coś, co słyszeliśmy do tej pory jedynie u Gru, naszego nauczyciela, najlepszego ze znanych nam stalkerów.

Kobieta wróciła po godzinie, chwilę przypatrywała się ciągle śpiącemu ojcu Wira.
- Zostaję tutaj – oznajmiła dwóm stojącym przy wejściu żołnierzom i podała zapisaną drobnym druczkiem kartkę jednemu z nich. – To lista spraw do załatwienia i lista rzeczy jakich będę potrzebować. Jeśli wyruszę przed ich dostarczeniem jest tu też wiadomość gdzie można mnie będzie znaleźć. Idźcie już.
- Nie zostawimy cię bez ochrony – powiedział ten, który przyjmował polecenia.
- Nie zostawicie… - Wierna zlustrowała nas wzrokiem. – Jak nazwać przyjaciół przyjaciela? – spytała zamyślona patrząc prosto na mnie. - Bo jesteście przyjaciółmi Gru? – Nie odpowiedzieliśmy bo i nie wymagano tego od nas.- I do tego stalkerami. Powiedźcie, ile będzie kosztować wynajęcie waszej trójki na kilka dni?
Moi towarzysze w jednej chwili rzucili tą samą kwotę, Wierna natychmiast się zgodziła, a mój wzrok skierował się na dwójkę żołnierzy, którzy zgodnie z moimi przypuszczeniami natychmiast spróbowali odwieźć swoją pracodawczynię od jej pomysłu. Sięgnęli do pasów, a mój nóż już leciał w ich kierunku. Trafił w rękę, przyszpilając ją do uda ważniejszego z nich. Drugi zawahał się i to wystarczyło. Papużkowie mgnienie oka później mieli w rękach broń.
- Więc załatwione? – Wierna popatrzyła na swoich ochroniarzy, a ci bez słowa skinęli głowami. Krew skapywała na podłogę, a żołnierze popatrzyli na mnie z czymś w rodzaju szacunku. - Oddaj nóż, opatrz rany i możecie ruszać.
Dziesięć minut później już ich nie było. Kobieta wytłumaczyła nam nasze obowiązki. Mieliśmy ją po prostu chronić, w całym metrze były osoby, które chciały ją zabić. Z różnych powodów, których nie chcieliśmy znać, wystarczyła nam wiedza o tym, z kim mamy do czynienia.

Gru obudził się i jak było do przewidzenia chciał chlać dalej. Nikt z nas jednak nie spodziewał się, że na dzień dobry dostanie porządnie w pysk. W pierwszym odruchu wykonał zamach. Powstrzymał rękę, kiedy zobaczył kto przed nim stoi. Uśmiechnął się i nie było w tym uśmiechu radości. Wierna ponownie mu przywaliła, tym razem w brzuch i zgrabnie uchyliła się przed składającymi się głównie z żółci wymiocinami. Gru zwinął się w pozycję embrionalną i tak usnął. Obudził się po dwóch godzinach, kobieta podała mu jedną szklankę, którą ten natychmiast wychylił.
– Nie można zbyt gwałtownie trzeźwieć – wyjaśniła naszej trójce. – Ale na tym koniec picia. Musimy porozmawiać. – To już było skierowane do Gru, który skinął głową i ponownie zapadał w niespokojny sen.

Zanim doszedł do siebie, minęła cała doba. Papużkowie wyszli w międzyczasie poinformować dowództwo stacji o tym, że nie wiemy przez jaki czas będziemy wykluczeni z grafiku. Przynieśli też nasz sprzęt, ubrania na zmianę mieliśmy już na miejscu.
Kiedy Gru doprowadził się do porządku zasiadł wraz z Wierną przy niewielkim składanym stoliku, na którym stała gorąca, parująca jeszcze herbata. My trzymaliśmy się z boku, staraliśmy się dać im odrobinę prywatności, jednak za ich obopólną zgodą nie wyszliśmy na zewnątrz. Ona szeptała, a on siedział ze spuszczoną głową. Później milczeli przez dobre dziesięć minut.
- Dobrze… – powiedział to jedno słowo i było to jak modlitwa. Wydawało się, że obydwoje odetchnęli. - Wiesz z czym mi się to kojarzy? Z Kilimandżaro. To jest jak próba przerzucenia mostu nad dwoma szczytami Kilimandżaro. – Znów ten uśmiech, w którym nie było radości.
- Miszka tak właśnie to nazwał. Wyprawa na dwa szczyty Kilimandżaro. Najtrudniejsza wyprawa świata.
- I najgłupsza.
- Nie wiecie o czym mówimy, co dzieciaki? – Wierna spytała, widząc nasze zdziwione spojrzenia, Gru przypatrywał się nam z uśmiechem na ustach i smutkiem w oczach. – Nie uczą was historii, co? Tak jak w całym metrze... Próba przerzucenia mostu nad dwoma szczytami Kilimandżaro to była najtrudniejsza wyprawa starego świata. Zadanie niemożliwe do wykonania, którego podjęła się słynna grupa Monty Python. Najtrudniejsza i najbardziej bezsensowna wyprawa w dziejach. Taka jak to, na co zgodził się Grigorij.
- Na powierzchnię? – Na moje pytanie zgodnie kiwnęli głowami. - W miejsce gdzie nie był żaden stalker? – Ponowne kiwnięcie.
- Pytanie czy piszecie się na coś takiego? Czy będziecie nam towarzyszyć w początkowym etapie wyprawy? – zapytała Wierna patrząc na puste miejsce po mojej lewej stronie.
- Idziemy. – Moja odpowiedź nadeszła natychmiast.
- A wasi towarzysze?
- Jacy towarzysze? – Moje spojrzenie cały czas skierowane było na twarz Gru. Wydawało mi się, że smutek cofnął się odrobinę.
- Papużkowie – odpowiedział.
- Wiesz, że moja odpowiedź dotyczyła także bliźniaków.
- Acha, czworaczki też… No to wszystko w porządku.
- Wyruszamy od razu? – Tylko to pytanie przyszło mi do skołowanej głowy.
- Najpierw podstawowa zasada poprzedniego świata.
- Czyli?
- Czyli, ekhem, ekhem… Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę.

Wyszliśmy z naszej rodzinnej stacji jeszcze tego samego dnia. Dwójka czterdziestolatków z przodu, trójka osiemnastolatków za nimi. My podobnie jak Gru, z pełnym szpejem potrzebnym do tuneli i na powierzchnię. Wierna tak jak do nas przybyła.
- Mój ekwipunek mnie dogoni – powiedziała – teraz prosto, trzymajmy się tych czterech szyn i niedługo znajdziemy kolejnych członków wyprawy?
- Dwóch?
- Mam nadzieję, że czterech. Puściłam wiadomość do Michasia – zwróciła się do milczącego Gru. – Kręci się gdzieś w pobliżu Miszy. Teraz każe na siebie mówić „Niebieski”, wcześniej było Niebieski Ptak, ale ten drugi człon nie za bardzo mu odpowiadał. Wielki pan artysta, chyba za bardzo nie wie, co to znaczy…
- A co to za różnica? Myślisz, że dużo zostało takich co wiedzą? Myślisz, że młodzi wiedzą?
- Nie mam pojęcia – wyrwało mi się, chociaż akurat pojęcie pytania retorycznego nie było mi obce. Ale Niebieskie Ptaki? Nic nie znaczące słowa. Podobnie jak Papużki Nierozłączki, dopóki Elwira nie wyjaśniła nam dlaczego nazywa tak bliźniaków.– Ale za to chętnie dowiem się dokąd idziemy. Nie! Cofam pytanie! – Wiadomo było, że usłyszę „Na dwa szczyty Kilimandżaro”, a na twarzach Gru i Wiernej pojawią się te pełne smutku uśmiechy. – Powiedźcie chociaż kto jeszcze będzie stanowił naszą „drużynę”.
- Jeszcze sześć osób. Bliźniaki Michaiły i drugie bliźniaki Michaiły, tak się złożyło. No i jeszcze bliźniaki Igory.
- Czyli na powierzchnie wychodzi nas szesnaścioro?
- Nie! – Nagła zmiana u Gru, który przystanął i zmierzył nasza trójkę spojrzeniem. – Jak tylko dołączy Michaś i Misza wy się zmywacie.
- To się jeszcze okaże.
- Okaże się? Spierdalajcie już teraz, gówniarze! Po chuj w ogóle ciągniecie za nami, co? - Takiego wybuchu z jego strony się nikt z nas się nie spodziewał.
- Chronimy Wierną.
- Ja ją ochronię. Spierdalajcie.
Gru był pełen bólu. Przepełniał go, a w tamtej chwili pękła jakaś tama i ból wylewał się na zewnątrz. Tak to wyglądało z mojej perspektywy. Cokolwiek planowali byliśmy zdeterminowani by uczestniczyć w tym do samego końca. Papużkowie myśleli podobnie.
- Technicznie rzecz biorąc…
- Chociaż nie mamy żadnej pisemnej umowy…
- Ale słowo rzecz święta…
- Zwłaszcza słowo stalkera…
- Więc obowiązuje nas…
- Jako cywilizowane osoby…
- Trzydniowy okres wypowiedzenia umowy.
Bliźniacy jak zwykle gadali jeden przez drugiego, uzupełniając się jakby posiadali jeden umysł. Spojrzenie Wiernej przesuwało się z jednego oblicza na drugie. I ta ich gestykulacja i próba strojenia poważnych min… Podziałało.
- Chyba, że wypłacimy wam rekompensatę – wypowiedziała te słowa, ale wiedzieliśmy, że tylko się z nami droczy. Podała jednak tak zawrotną kwotę „rekompensaty”, że wszystkich nas zatkało. Minęło kilkanaście sekund zanim Papużkowie odsunęli od siebie wizje takiego bogactwa.
- Kuszące…
- Bardzo kuszące…
- Ale proszę powiedzieć…
- Ale tak zupełnie szczerze…
- Czy właśnie tyle warte jest słowo stalkera?
- Nie. Nie ma ceny. – Wierna powiedziała to niezwykle twardym głosem.
- Miną te wasze trzy dni i spierdalajcie. – Gru ponownie wtrącił się do rozmowy.
- Niestety…
- Nie możemy.
- Słuchajcie gówniarze. Nie wiem co sobie ubzduraliście. Jak szlachetnie się nie czujecie. Jakie poczucie obowiązku wami kieruje. Borys nie żyje, mój syn nie żyje... a wy nic nie jesteście mi winni. Poradzimy sobie bez was.
- W to nie wątpimy…
- Ale i tak będziemy wam towarzyszyć…
- Daliśmy słowo.
- Samym sobie – Moje słowa powstrzymały szykującego się do riposty Gru. Dyskusje była zakończona, a on zwalczył swój ból i popatrzył na mnie tak, jak często robił to jego syn. Z uznaniem. Byli tak bardzo podobni…

Dalsza część drogi przebiegła w milczeniu. Przechodziliśmy przez stacje, nasze dokumenty były pieczołowicie sprawdzane, nasze wyposażenie dokładnie lustrowane. Jednak nikt nie robił problemów. Nie zatrzymywaliśmy się wśród ludzi. Pożywialiśmy się w tunelach, w marszu. Obóz rozłożyliśmy dopiero w miejscu gdzie mieliśmy spotkać czterech członków wyprawy. Na zapuszczonej stacji, gdzie nie było posterunków granicznych, nie było władzy, a mieszkańcy w moich oczach byli ścierwami niegodnymi miana ludzi.
Wierna pewnym krokiem podeszła do śmierdzącej kupy łachmanów. Kopnęła tak, że mimo wszystko zrobiło mi się szkoda ich właściciela. Kompletnie pijany mężczyzna podniósł się chwiejnie na czworaka. Mętnym wzrokiem popatrzył na Wierną, przeniósł spojrzenie na Gru.
- Przykro mi stary…- powiedział i zwymiotował gwałtownie pod siebie. Potem wepchnął sobie rękę do gardła i wyrzygał się ponownie. – Dajcie w mordę jak będę domagał się alkoholu. Dajcie w mordę, nie wahajcie się. I załatwcie coś treściwego do żarcia.
Pijaczek zawinął się ponownie w swoje szmaty i niemal natychmiast zapadł w sen. Gru zabrał się za sprzątanie kawałka peronu, który mieliśmy zająć. Wzruszałam ramionami i pomogłam mu. Papużkowie zajęli się przygotowywaniem posiłku.
- Mówiłam mu, ale on się uparł – powiedziała Wierna kiedy zajęliśmy miejsce kilka metrów od śmierdzących łachmanów i ich właściciela – Przekonywałam, żeby się tak nie narażał. Proponowałam, żeby zamieszkał u mnie. Mógłby tam chlać tak samo jak tu, ale przynajmniej miałby pewność, że żaden mutant nie dobierze mu się do dupy.
- Cały Misza. Uparty jak zawsze.
- Teraz każe na siebie mówić Lej. Uparty jak zawsze… Mówił, że złego licho nie weźmie. Kazałam go dyskretnie obserwować. Pilnować.
- Mnie też pilnowałaś?
- Ciebie tylko obserwowałam. Podobnie jak Michasia vel Niebieskiego Ptaka. O Igorze musiały wystarczyć mi plotki. Teraz mówią na niego Sadysta.
- Tylko Miszce się nie powiodło, co? Tylko on skończył tak. – Gru wskazał na śpiącego Leja. – Ja miałem rodzinę, prawdziwą rodzinę. Ty masz swoje kurewskie imperium. Michaś nie dorósł i dobrze wychodzi mu zabawa w artystę…
- A Igor… Gruba szycha tam u siebie... Ustawiliśmy się w naszej pięknej rzeczywistości, co? I powiedz mi jakie to ma znaczenie? Jakie to ma, kurwa, znaczenie. – Po raz pierwszy Wierna mówiła tak zrezygnowanym tonem. Była bliska płaczu. – Czekaliśmy tylko na ciebie Grigorij. Aż Borys się usamodzielni, aż Elwira odejdzie. Aż będziesz mógł iść z nami…
- Aż będę mógł iść, aż nic nie będzie mnie trzymać, aż będę mógł przerzucić ten cholerny most… Michaś i Igor wiedzą?
- Nie. Rozmawiałam o tym tylko z Miszą. Zanim nie zaczął chlać, zaraz po tym, jak stracił dzieciaki… To był jego pomysł żeby poczekać na wszystkich, ilekolwiek by to nie trwało. Wysłałam wiadomość do Michasia. Przybędzie niedługo, może nawet szybciej niż mój ekwipunek. Posłałam też człowieka do Igora, ale nie mam złudzeń, że uda mu się dostać do faszystów, albo, że chociaż przemyci wiadomość. Oni… Porozmawiamy z nimi, oni myślą tak jak my. Co znaczy to wszystko… - Wierna zrobiła ruch ręka wskazując otaczający nas tunel, objęła tym gestem metro i cały świat, tak to wyglądało z mojej perspektywy.

Niebieski rzeczywiście przybył wcześniej niż szpej Wiernej. Przybył sam. Przybył i zaszył się w kącie z dwójką swoich starych przyjaciół. Nam pozostawało pilnowanie powoli dochodzącego do siebie Leja.
Po kilkudziesięciu minutach nowy członek wyprawy przyszedł do nas uśmiechnięty od ucha do ucha, uściskał wciąż śmierdzącego Leja, podał ręce Papużkom, skłonił się przede mną, wziął moją rękę i ją pocałował.
- Niebieski. Do usług. Nie! Proszę się nie przedstawiać wiem o pani wszystko. I o pani towarzyszach również. Zaszczyt to dla mnie, że tacy stalkerzy będą chronić moją wspaniałą osobę. Wiecie wszystko? Wiecie, na co się piszecie nieboraki biedaki?
- Będą nam towarzyszyć jedynie w metrze. Nie idą z nami na powierzchnię. – Gru nie dał mi odpowiedzieć.
- Nie znam się na ludziach, przyjacielu, ale z tej szanownej damy mogę czytać jak z otwartej księgi. I wiesz, co mówi mi ta obleczona w piękną szatę książeczka? Dobra, nie rób takiej miny. Gdzie ostatni z nas? Gdzie mój ulubiony psychopata?
- Musimy iść po niego.
- No to powodzenia Griszka. Uważaj na te nierozłączki, nie daj ich za bardzo obić.
Nie minęło pół godziny, a Gru i Bliźniacy zniknęli w tunelu. Wierna wszystko mi wyjaśniła, podczas gdy Niebieski wziął w obroty Leja, starając się doprowadzić go do stanu używalności.
Nie mogłam iść do faszystów, to było zbyt niebezpieczne dla kogoś takiego jak ja – „boskiej niewiasty” jak wtrącił Niebieski. Musiałam się z tym zgodzić. Jest kilka miejsc w metrze, gdzie ludzie są najgorszym, co cię może spotkać. Faszyści, sataniści, sekciarze... Wszędzie tam, gdzie ideologia czy religia bierze człowieka w posiadanie.
Lej odpadał z wiadomych przyczyn. Wierna i Niebieski według swoich słów zaraz po spotkaniu z faszystami zostaliby straceni. Podobno procesy już się odbyły, na szczęście bez udziału samych zainteresowanych. Pozostały wyroki. Nie wnikałam czym tak podpadli.
Musiał iść Gru. Nie mógł iść sam, a że Papużkowie nigdzie się bez siebie nie ruszali…

Lej zaczął przypominać człowieka. Przybył sprzęt dla Wiernej, która władczym gestem odprawiła przynoszących go żołnierzy, nie dając im dojść do głosu. Niebieski był niezwykle rozbawiony, odkąd przybył co chwilę popijał coś z piersiówki zerkając znacząco na swojego imiennika. Ten jednak pozostał nieugięty. Tak jak Gru nie ruszył ani kropli alkoholu odkąd pojawiła się Wierna.
- Powiedz mi Swietłanka – odezwał się Niebieski, kiedy żołnierze zniknęli w tunelu – Kto przejmie twoje imperium?
- Gówno mnie to obchodzi. Tak samo jak ciebie, co się stanie z twoimi ukrytymi skarbami, mam rację?
- Dokładnie moja piękna. Dokładnie. I tak samo jak nic nie będzie obchodzić Igora. Nie mówiąc o Miszce, który nic nie ma. A Griszka? Odda swoje dobra w ręce niedoszłej synowej, jak myślisz?
- Myślę, że nie zostałyby przyjęte. Młodzi stalkerzy dostaną zapłatę za swoje usługi. I nic więcej. A co zostanie po nas i dla kogo, to już nie nasza sprawa.
- Ha! I tak właśnie myślałem, że wszyscy będziemy tak myśleć. Boska istoto – Niebieski zwrócił się do mnie – Dostaniesz coś ode mnie. Nie, nie żaden ze skarbów które, jak wspomniała Swietłanka, ukryłem w metrze. Ukradzione czy zarobione, nie ma znaczenia, ktoś będzie miał radochę jak je kiedyś znajdzie. A ty i twoje Nierozłączki dostaniecie coś innego. Łupy z wyprawy. Kiedy będziemy na miejscu wskażę wam odpowiednie drzwi. Nie wrócicie z pustymi rękami. Przyniesiecie skarby jak na stalkerów przystało.
- Myślałam, że to najtrudniejsza wyprawa świata, że chcecie dokonać niemożliwego, że raczej nie szykujecie się na powrót. To jak jest? Bierzemy udział w najtrudniejszej z wypraw?
- Wy nie. My tak. Ostatnie drzwi należą tylko do nas. Wszystko wyjaśnimy, jeśli taka będzie twoja wola. W swoim czasie. Ale ostatni próg możemy przekroczyć tylko my.– Jego ton był tak poważny, że zaprzestałam kolejnych pytań.

Po kilku dniach, podczas których Lej starał się odzyskać jako taką formę, Gru i Papużkowie wrócili przyprowadzając Sadystę. Wyglądali strasznie. Siniaki, lima, rozcięcia. Tylko Igor nie był poobijany. Bliźniacy mimo wszystko byli uśmiechnięci, nie mogli powstrzymać się przed uraczeniem mnie historią wizyty u faszystów.
- Podeszliśmy do pierwszego posterunku jak gdyby nigdy nic…
- Bez broni, na luzie…
- Cały sprzęt zostawiliśmy parędziesiąt metrów wcześniej…
- W jakiejś luce…
- Co to wyglądała na dawno nieodwiedzaną…
- No bo z faszystami to wiadomo jak jest…
- Gru mówi: wchodzimy bez niczego jak turyści, co by tych pojebów ręce nie świerzbiły…
- I tak zrobiliśmy...
- Na pierwszym posterunku przeszukanie i przesłuchanie...
- My spokojni…
- Gru odpowiadał na pytania…
- Zażądał widzenia z Sadystą…
- Ci nam mówią, że Sadysta owszem jest obecny…
- Ale czasu dla nas nie znajdzie…
- I żebyśmy się walili na ryj…
- A Gru nieustępliwy był…
- Powyzywali nas od takich i owakich…
- Ale do rękoczynów nie doszło...
- Po półgodzinie przyszedł jakiś wkurwiony łysol…
- I na drugi posterunek nas zaprowadził...
- Pod bronią oczywiście…
- Szedł skurwiel za nami…
- I celował w plecy…
- Na drugim posterunku godzinę spędziliśmy…
- A na trzecim…
- Ostatnim…
- Gru nie wytrzymał…
- Spokojny cały czas był…
- Odpowiadał na pytania…
- Znosił wszystko...
- Trzy razy nas przeszukiwali…
- Za każdym razem inny skurwiel…
- I w końcu mówią…
- Żebyśmy spierdalali…
- I Gru przyłożył jednemu łysolowi z bańki…
- Zalał się chłop krwią…
- Nos złamany...
- I reszta do nas doskoczyła…
- I stąd ten nasz wygląd...
- Poobijali nas nieźle…
- Ale Gru od początku mówił…
- Żeby w razie czego się nie stawiać…
- Zaciągnęli nas do jakiejś nory…
- Po drodze nie szczędzili kopniaków…
- Mnie to wlec musieli przez pół drogi…
- Zamknęli kratę…
- A Gru uśmiechnięty jak ten głupi...
- Powiedzieli do nas: Chcieliście Sadysty, dostaniecie go. Poczekajcie skurwiele zaraz przekonacie się czemu tak na niego mówią…
- I my też banany na gęby…
- A ci popatrzyli jak na wariatów...
- I poczekaliśmy sobie wśród kilku poobijanych biedaków aż przyjdzie do nas ich główny kat...
- Czyli Sadysta…
- Ze dwadzieścia godzin czekaliśmy…
- Nikt nie powiedział mu kto my jesteśmy...
- W końcu przyszedł…
- Mina jakby cały świat miał zamiar wymordować…
- Albo jakby już to zrobił…
- Zauważył Gru, stanął i patrzył na niego…
- Gru uśmiechnął się i powiedział…
- Że muszą pogadać…
- Wyszli i nie było ich ze dwie godziny…
- A jak wrócili…
- Gru już nie był więźniem…
- Sadysta był gotowy do drogi...
- Wypuścił nas…
- I skierowaliśmy się prosto do wyjścia ze stacji...
- Odprowadzały nas takie spojrzenia, że hej...
- Przy pierwszym posterunku…
- Doskakuje łysol…
- Ten, co mu Gru nos złamał...
- Krzyki, grożenie, nawet po broń już sięgał...
- I wtedy Sadysta dopadł do niego…
- Ściął z nóg i trepem do ziemi go…
- Zmasakrował mu twarz…
- Ale przeżył tamten…
- Oddychał...
- My nie wiedzieliśmy co robić…
- Spanikowani lekko…
- Ale Gru spokojnie stoi...
- Strażnicy na posterunku też zdezorientowani…
- Byczki takie wygolone…
- Jak wszyscy tam…
- Stoją i gapią się na nas…
- A Sadysta po prostu rusza przed siebie…
- Na trzecim posterunku nas dopiero dogoniły szychy jakieś…
- Już wcześniej kroki słyszeliśmy…
- Ale twardo przed siebie szliśmy…
- A jak nas dogonili to pistolety w nas…
- I ogólnie nieciekawe miny mieli...
- A Sadysta do nich spokojnym głosem…
- Tak spokojnym, że aż ciary po plecach szły…
- I o krok się odsunęliśmy od niego…
- W skrócie mówił o tym, żeby się odpierdolili i nie wnikali w sprawy, o których nie mają pojęcia...
- Wychodzimy wszyscy i chuj komukolwiek do tego, tak im powiedział…
- No i wyszliśmy…
- Doszło do tego, że na baczność stali…
- I salutowali jak wychodziliśmy...
- Chociaż strach był, że jakaś kulka między łopatki trafi...
- Bo to nie wiadomo z tymi faszystami nigdy…
- No i jak już wyszliśmy poza zasięg latarek…
- I sprzęt nas odzyskaliśmy…
- I suchości…
- Bo głodni straszliwie byliśmy…
- To się dopiero cyrk wtedy zaczął...
- Przez żadną stację nie szliśmy…
- Takimi nas zakamarkami prowadził Sadysta, że ja pier…
- Ciasno, ciemno, pełno szczurów...
- A co tam jeszcze sobie zęby ostrzyło na nas, to sam nie wiem…
- Nie podszedł żaden mutant blisko na szczęście…
- Ale niemalże je czuliśmy…
- Co tu dużo gadać dali nam szkołę życia niezłą...
- No ale jesteśmy.

Byli i mogliśmy wyruszać dalej. Problem stanowiło przejście przez stacje. Sadysta aż do tej pory mógł poruszać się niezauważonym, tak jak opisali to Papużkowie. Przyznał jednak, że w tym miejscu jego doskonała znajomość metra się kończy. Nie miał paszportu. Podobnie jak Lej. Okazało się, że to nie problem dla Niebieskiego, któryś z jego kompanów-artystów zaopatrzył ich w lewe papiery. Ale problem stanowiła twarz Igora, który za bardzo wsławił się w szeregach faszystów, żeby teraz pokazać się na jakiejkolwiek stacji. „Poszukiwany żywy lub martwy” – tak o sobie powiedział, nie kryjąc dumy w swoich słowach. To był naprawdę zły człowiek. Mieliśmy okazję trochę porozmawiać. On wierzył w tą całą chorą ideologię. Dobrze mu się wiodło. Wychodził na powierzchnię, dowodził rajdami na inne stacje. A jego przydomek wcale nie wziął się z przesłuchań jeńców, tym zajął się niedawno. Sadystą zaczęli nazywać Igora rekruci trafiający w jego ręce. To był zły człowiek i doskonale o tym wiedział. Jeszcze do tej pory mam w pamięci jego spojrzenie i przestrach jaki odczuwałam przebywając kilka kroków od niego.
W ogóle to była dziwna kompania. Psychopata i faszysta Sadysta. Pijak i strzęp człowieka Lej. Burdelmama Wierna. Artysta o mentalności dziesięciolatka Niebieski. I stalker Gru. Były stalker.
Znali się od dawna to było widać. A teraz szykowali się na jakąś samobójczą misję. Cały czas nie wiedziałam, o co chodzi z tymi ich szczytami Kilimandżaro.
Ku mojemu zdziwieniu to właśnie Sadysta przekonał Wierną do zdjęcia zasłony. „Jesteś wśród przyjaciół” – wypowiedziane spokojnym głosem słowa wystarczyły. Zobaczyliśmy zniszczoną przez kwas twarz. Coś, co kiedyś było twarzą… Mimowolnie wzdrygnęłam się na ten widok, ale Swietłana udawała, że tego nie widzi. Wydawała się być zadowolona, zdejmowała zasłonę zawsze, kiedy na postojach nie było postronnych obserwatorów.
I to Igor pouczył nas, że wszyscy, cała piątka, musi dotrzeć na miejsce, żeby wyprawa miała sens. Jedyne dwa momenty kiedy mogłabym uznać go za dobrego człowieka.

Przeszliśmy przez połowę metra. Wierna mówiła, że zna wyjście na powierzchnię, z którego na Kilimandżaro jest dosłownie rzut beretem. Więc szliśmy. Sadysta z zasłoną, nie odzywający się. Kiedy ktoś prosił lub rozkazywał żeby odsłonić twarz, Swietłana brała go na stronę, pokazywała twarz i zszokowanemu rozmówcy mówiła, że jej brat wygląda jeszcze gorzej. Zwykle skutkowało. Ale w większości przypadków w ruch szły naboje. Kupowaliśmy sobie przejście przez większość stacji. Na części musieliśmy czekać na karawany i w zamian za możliwość przejścia robić za strażników. Godziliśmy się. Nie braliśmy zapłaty, wystarczyło, że szliśmy do przodu.
Lej nie nadążał, jego przeżarty przez alkohol organizm był w opłakanym stanie i często musieliśmy robić postoje. A przecież nie musiał nosić broni ani bagażu.
- Byłem stalkerem tak jak wy – powiedział na którymś z wymuszonych przez siebie postojów. Nie zwróciłam na niego uwagi, odwróciłam się demonstracyjnie.
Słowa, które skierował w moim kierunku Gru uderzyły mnie niczym bicz. Rzadko używał takiego tonu
- Nie gardź nim – powiedział, a ja skuliłam się w sobie. – Mówi prawdę. Wszyscy byliśmy. Jedni z pierwszych w metrze. Niewielu przeżyło z tych pierwszych stalkerów, niech to będzie wskazówką jak dobrzy byliśmy. Jak zdeterminowani. Igor ciągle wychodzi na powierzchnię. Lubi zabijać, a tam przynajmniej strzela do mutantów nie do ludzi. Przeważnie… Ja niedawno dałem sobie spokój. Wiesz przecież. Swietłana zawsze za bardzo ryzykowała i w końcu świat ją dopadł. Nie wróciła na powierzchnię po tym, co stało się z jej twarzą. Michaś… na Michasiu wymusiliśmy obietnicę, żeby przestał być stalkerem. W pewnym momencie jego lekkomyślność zaczęła zagrażać ludziom dookoła. Misza… Misza miał pecha. Albo zbyt wielkie szczęście, jak kto woli. Był zawsze tam gdzie działo się zbyt wiele. Ludzie umierali na jego oczach, w jego ramionach. Powiesz, że to normalne? Coś, z czym musi się godzić każdy, już nawet nie stalker, ale każdy człowiek żyjący w metrze? Być może, być może... Ale proszę cię nie mów, że człowiek nie ma prawa do załamania. Do poddania się w obliczu tego, co go przytłacza.
Nie odezwałam się. Nie skomentowałam. Patrzyłam na twarze ludzi, o których mówił mój były mentor. Oni przyjmowali wszystko ze spokojem, potrafili rozpoznać prawdę, zwłaszcza z ust przyjaciela.

Dotarliśmy do stacji docelowej i czekaliśmy aż na górze zapadnie zmrok. Spora ilość naboi, wszystkie jakie mieliśmy luzem, przekonała tutejsze władze, żeby otworzyć nam dawno nie używany właz. Nikt nie pytał, nikt się nie interesował. Nikt nie zawracał nam głowy. Ośmiorgu tajemniczym stalkerom, płacącym więc wymagającym dyskrecji, to rozumiało się samo przez siebie. Niebieski upewnił się, że ktoś będzie czuwał przy włazie przez najbliższą dobę.
- Na wypadek waszego powrotu. – Tak mi powiedział, nie „naszego”, ale „waszego” powrotu.
Po raz kolejny zaczęłam się zastanawiać na co oni się porywają. Czym jest ten cholerny most nad dwoma szczytami Kilimandżaro. Zwłaszcza, że wszyscy zapewniali, że po wyjściu na powierzchnię czeka nas już krótki, prosty spacerek. Nie zdawałam pytań. Jeszcze nie.

„Prosty spacerek”. Przypomniałam sobie te słowa dokładnie trzydzieści sekund po zamknięciu się śluzy, przez którą wyszliśmy. Wpadliśmy jak gówno w podeszwę. I jak to gówno dla buta, staliśmy się największa zmorą z jaką atakujące nas latające mutanty miały kiedykolwiek do czynienia. Poruszaliśmy się jakbyśmy byli partnerami od lat. Gru zachowywał się dokładnie tak jak jego syn. Brał odpowiedzialność, a nam naturalnie przychodziło dostosowywanie się do jego ruchów. Rzeczywiście nie było przechwałek w ich słowach. Teraz wierzyłam, że wszyscy byli stalkerami. Tego się nie zapomina, tych odruchów, tego „czucia” powierzchni. Gdyby tylko szła za tym sprawność fizyczna. Wierna i Lej - to były nasze słabe punkty. Przestali nadążać. Sekundy. Mgnienia. Ale tyle wystarczało. Ptaszyska atakowały wściekle, nie bacząc na straty. A ja zrozumiałam jak wielki błąd popełniliśmy. Okres lęgowy – jedno wytłumaczenie, które wyjaśniło wszystko. Bronienie świeżo założonego gniazda, bo przecież gdyby chodziło o zwykłą walkę o pożywienie, już dawno dałyby spokój. Zabiliśmy co najmniej dziesięć sztuk.
I w końcu jeden z dziobów dorwał nasze najsłabsze ogniwo. Lej skończył z krwawiącym udem, jego niedoszły zabójca leżał martwy, a reszta jego pobratymców wydała z siebie pisk, który ogłuszył nas na dłuższa chwilę. I zaatakowały ponownie. Już nie próbowaliśmy się przemieszczać. Pamiętałam słowa Igora – „wszyscy muszą dojść na miejsce”. Stanęliśmy wokół rannego, ale wciąż strzelającego Leja i broniliśmy się ze wszystkich sił, maksymalizując naszą celność, oszczędzając amunicję, na tyle, na ile byliśmy w stanie…
Ptaki odpuściły po piętnastu minutach. Krążyły nad nami i dopiero po trzydziestu dłużących się straszliwie minutach Gru dał znak do dalszej drogi. Zatrzymaliśmy się w pobliskim sklepie, jakieś trzysta metrów od budynku będącego naszym celem. Spędziliśmy tam resztę tej nocy i cały kolejny dzień. Bezsenny dzień brzmiałoby dramatycznie, ale prawda jest inna. Opatrzyliśmy ranę Leja i ten niemalże natychmiast usnął. My pełniliśmy warty. Papużkowie razem. Gru z Wierną. Ptak ze mną. Sadysta samotnie, na sam koniec. Maski zdjęliśmy tylko na szybki posiłek. Przydały się zapasowe filtry i prowiant zabrane mimo spodziewanego „krótkiego spacerku”.
Po zmroku czekaliśmy godzinę na ślady obecności ptaszków. Były tam. Słyszeliśmy je. Ale na niebie nie pojawiły się ich sylwetki.
Ruszyliśmy bardzo, ale to bardzo powoli i dotarliśmy wreszcie do celu. To znaczy do celu zostało jeszcze kilkanaście pięter. Staliśmy w cieniu budynku narażając się na wielkie niebezpieczeństwo. Na powierzchni, na otwartych przestrzeniach, po wydarzeniach z ostatniej nocy… Nie było to rozważne, wierzcie mi. Jednak ani ja ani Papużkowie nie pośpieszaliśmy ich.
Ukryliśmy się w końcu w jednej z klatek schodowych. Skierowałam swoje kroki na stopnie, kiedy zatrzymała mnie silna ręka Wiernej.
- Jeszcze nie. Poczekaj – wyszeptała i wskazała na Leja, który zdecydowanie potrzebował zmiany opatrunku. Przyjęliśmy postawę obronną, zabezpieczając wszystkie kierunki. W górę, w dół i na zewnątrz. Cała piątka zdjęła maski, widać było jaką ulgę czują, jak bardzo uwierały tych, którzy od dawna nie wychodzili na zewnątrz. Wierna tymczasem mówiła dalej. – Uważajcie. To właśnie tutaj zdobyłam swoją nową twarz.
- Byłaś tu? – Sadysta przestał opatrywać Miszę. Tak jak pozostali wpatrywał się skupionym wzrokiem w swoją przyjaciółkę. – Nie dotarłaś na górę… - stwierdzenie oczywistości, w którym zauważyłam ukryte pytanie.
- Nie… Moja ostatnie wyjście na powierzchnię. Całe szczęście, że jeden z członków mojej drużyny zdechł niedaleko bloku. Miałam przynajmniej skąd wziąć maskę… Moja była… kwas … - Wzięła kilka głębokich oddechów, a ja zerknęłam na jej twarz, wyobraziłem sobie co musiała przeżyć tamtego dnia. – Trzecie piętro. Cała masa małych, niepozornych stworzeń. Nawet nie pamiętam ich dokładnego wyglądu… Jakieś gady… chyba… Walcie do nich z daleka, nie pozwólcie się zbliżyć. I w żadnym wypadku nie wierzcie im. Kiedy skurwiele wypną się do was dupami, kiedy będzie się wam wydawać, że uciekają… Zastawiają pułapkę, a kiedy się zbliżycie z ich odbytów wylatuje coś zdolnego stopić maskę i zrobić z twarzą to.
- Pieprzeni koczownicy.- To powiedział Sadysta, a ja nie miałam czasu ani ochoty dociekać co miał na myśli. Nie najgorsze z czym miałam do czynienia na powierzchni, tak sobie pomyślałam na podstawie opisu.
- Wyjaśnienia – powiedziała Wierna ciężko wzdychając – Michaś obiecał wam wyjaśnienia i chyba przyszedł na nie czas. Na samej górze znajduje się dwoje drzwi. Jedne są dla nas, drugie dla was. Za waszymi mieszkał pewien kolekcjoner. Myślę, że to, co znajdziecie w środku będzie dla was odpowiednim łupem…. A dla nas… Była nas szóstka. Kiedyś byliśmy nierozłączni – mówiła patrząc na czekających przy schodach przyjaciół. Sadysta ponownie opatrywał Leja. Gru i Niebieski po prostu stali. – Znaliśmy się od zawsze. W tym bloku mieszkała Jelena, w mieszkaniu, do którego idziemy znaleźli ją martwą. Miała dwadzieścia lat. Zastrzeliła się. Wyciągnęła pistolet ze skrytki ojca. Czytaliśmy gdzieś, że tak boli najmniej. Wyobrażam sobie, że płakała, długo płakała trzymając broń w ustach, ale w końcu jej się udało… Zapytasz jakie to ma znaczenie w perspektywie tego, co działo się przez ostatnie dwadzieścia lat? Wiesz ile śmierci widziałam? Wiesz ile sama zadałam? Jakie znaczenie ma życie jednej zagubionej dziewczyny w przeddzień końca świata?... Nie było nas przy niej, nie mogliśmy zauważyć tego, co w niej narastało. Wszyscy byliśmy zajęci, tak bardzo zajęci... Nie widzieliśmy jej od kilku miesięcy... Pijąc w metrze tanie wino, nie mogąc zmusić się do pójścia na pogrzeb, wszyscy zdaliśmy sobie sprawę jak bardzo zawiedliśmy najlepszą z nas. Tak zastał nas koniec świata. Pijanych i zrozpaczonych... Żyliśmy, walczyliśmy przez te wszystkie lata… Jakie to ma znaczenie?
Byłam skołowana. Bardzo skołowana. Odkąd pamiętam nie było miesiąca, w którym nie byłam świadkiem większych tragedii. Samobójstwa? Byłam, widziałam, raz nawet pomagałam…
Nie wiem czy panowałam nad swoją mimiką. Twarze Papużków wyglądały jak wyciosane z kamienia, nie powiedzieli nic. Co siedziało pod tymi czaszkami wiedzieli tylko oni, a ja nigdy się tego nie dowiedziałam. Nigdy nie rozmawialiśmy o tej wyprawie.

Ruszyliśmy na górę bez słowa, żadne z nich nie założyło maski. Po drodze zabiliśmy trzydzieści siedem mutantów. Średniej wielkości skurwieli, powolnych i względnie niegroźnych dla dobrze wyszkolonych i uzbrojonych stalkerów. Bo takimi nas wtedy widziałam. Wszyscy, nawet Lej, byliśmy stalkerami z krwi i kości. Wszyscy zachowaliśmy powagę i determinację godne, jak mi się wtedy wydawało, lepszej sprawy.
Mutanty były sprytne. Bazowały na opinii, jaką budynek musiał mieć wśród innych mieszkańców miasta. Jakim sposobem zastąpiły w tamtym bloku zabójcze gady? Było odporne na jad? Tamte pozdychały z przyczyn naturalnych? Wyniosły się? Gówno mnie to obchodziło wtedy i teraz także. Grunt, że rozprawiliśmy się ze wszystkim, co stało nam na drodze. Tylko to się liczyło.

Dotarliśmy na szczyt. Ostatnie piętro, dwoje drzwi. Papużkowie chcieli rozwalić te, przed którymi się ustawiliśmy, ale powstrzymał ich Gru. Wszyscy staliśmy. Czekaliśmy. Pomyślałam, że nie było wcale tak trudno. Nie, żeby nazwać tę wyprawę najtrudniejszą na świecie. Najgłupszą, owszem.
Lej był coraz słabszy, bandaż znów nasiąknął krwią, jednak ani on ani jego towarzysze nie odzywali się. Gapili się w drzwi póki Gru nie wykonał kroku. Wyjął z kieszeni klucz i umieścił go w zamku.
- Dziękuje. Za wszystko. – Odwrócił się do mnie – Dla was jest to drugie mieszkanie.
Bliźniacy zabrali się za rozwalanie wskazanych drzwi. W środku znaleźli prawdziwy skarb. Alkohol szczególnie ceniony w poprzednim świecie, za który bogacze w metrze gotowi byli słono zapłacić. Nie udało nam się zabrać wszystkiego na raz, ale nigdy nie wróciliśmy do tego budynku i nikomu innemu nie powiedzieliśmy skąd wzięliśmy nasze skarby.
Zanim zamknęłam drzwi, zrozumiałam.

Cała piątka weszła powoli do mieszkania. Długi korytarz prowadzący do przestronnego pokoju, z którego okien rozciągał się niesamowity widok na zrujnowane miasto. Szli jakby z nabożnym lękiem. Złapałam Gru za rękę. Popatrzyłam mu w oczy.
Nie powiedział nic, a ja o nic więcej nie pytałam. Dołączył do swoich przyjaciół i razem wkroczyli do przestronnego pomieszczenia. Nie poszłam za nimi. Nie zabronili, po prostu...
Siedli na podłodze, wokół miejsca gdzie musiała znajdować się zaschnięta plama krwi, a mnie dobiegły wypowiadane po kolei, stłumione „przepraszam”. Zamknęłam delikatnie drzwi. Później, gdzieś w drodze powrotnej wyrzuciłam klucz. Stałam tam, i nie mogłam się ruszyć. Nawet kiedy bliźniacy wrócili z wypchanymi plecakami. Po prostu stałam. I naprawdę zrozumiałam.
Dotarło do mnie, że nie miałam czasu na rozpacz po stracie Wira. I, że już nie potrzebuje żałoby. Dziecko metra… Uderzyło mnie poczucie winy siedzące w tych ludziach przez dwadzieścia lat. Taka wyprawa… taka postawa nie mogła być udziałem kogoś, kto nie żył w obydwu światach.
Najgłupsza wyprawa świata. I najtrudniejsza. Ale myślę, że im się udało. Dokonali niemożliwego, połączyli dwa szczyty Kilimandżaro. Dotarli do miejsca, gdzie wszystkie winy zostały darowane, a sumienia mogły dokonać samooczyszczenia.
Dwadzieścia lat w najgorszych dla ludzi czasach. I wszystko to było pyłem w porównaniu do poczucia winy, do cienia, w jakim żyli.
My wychowani w tunelach nie bylibyśmy zdolni do czegoś takiego. Żadne z nas, tego jestem pewna.
Jaką przyszłość możemy wywróżyć dla ludzkości z tego faktu?


Powrót do listy rozdziałów
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.