22 / 11 / 2017
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
Krucjata dzieci - Tullio Avoledo

maly.nosorozec

Najwyżej oceniane prace

Teksty
Grafiki

Profil użytkownika

Tekstów: 1 | Grafik: 1

Opowiadania konkursowe | Cud Nad Kamienną | 2016-01-21

/ 0.0

Cud.
Bo jak nazwać coś, co nie ma prawa zaistnieć?
Jak? Kiedy? Czy to w ogóle możliwe jest?
Cud. No bo co? Chyba, że zwodzą mnie zmysły. Bo jeśli nie, to jestem świadkiem cudu w najczystszej postaci. Nie takiego, co to siły wyższe, czy religia coś wspólnego mają. Tylko takiego… Takiego na miarę tego świata.
Z resztą, u nas nie ma religii. Znaczy jest. Służy do straszenia dzieciaków. Nie ma osób wierzących. Kiedyś były. Pod przywództwem staruszków w sukienkach. Strasznie smutno śpiewali, tyle pamiętam. Jak ta pieśń o Annie Hos, co gdzieś wysoko mieszka. Jakoś tak pamiętam. Smutne i takie napompowane niepotrzebnie.
Chcieliśmy zrobić z nich samobójców, z tych księżów, przydaliby się na coś. A przy okazji mogliby zapewnić sobie zbawienie. Bo chyba to jakoś tak działało. Umrzeć niosąc pomoc bliźnim. Przy okazji jeszcze męczennikiem zostać. Tak im Marian mówił, jak ich na powierzchnię po kolei wysyłał. Strasznie cięty na nich był. A oni umierali po prostu i pożytku z nich żadnego. Nie to co dzisiejsi samobójcy. Niektórzy to, na to całe zbawienie zasługują, nie ma co.

To Mariana pomysł, ci samobójcy. Kiedyś taki człek wieszał się po prostu i tylko problemy stwarzał. A teraz… Ma łeb ten nasz szef, oj ma. Oczytany do tego strasznie.
Ja tam swoją muzykę mam. Bez niej nie mogę, cały czas coś gra u mnie. Prądu nie szkoda, muzyka większą wartość ma.
A szef ciągle z nosem w książkach. Ale cóż mu teraz pozostało? Na powierzchnię z tym swoim kikutem nie wyjdzie. A na dole sprawnie wszystko działa. Ludzie nie głodują, nie buntują się. Ja wszystkie naprawy, przeglądy daję radę ogarnąć. Wszystko na tip top chodzi. Jest dobrze. Znaczy jakby porównać… Syf, smród i strach. Tak bym podsumował. Ale stabilnie jest, jak Marian powtarza.

Więc siedzi szef i czyta. A jakie historie opowiada! Z tych książek. Bo ludziom nie chce się czytać. Zresztą, czasu też nie mają. Praca, sen, świętowanie. Na to czas idzie. Ludzie nie czytają, wolą jak Marian opowie wszystko. Wszyscy przychodzą posłuchać. Ma dar do opowieści, nie ma co… I nawet ja się od moich płyt odrywam jak szef opowiada. Wszyscy słuchają z otwartymi gębami. Starsi i młodsi.

Bo u nas dużo młodszych, dzieciaków znaczy się, jest. Poniżej dwudziestki. Poprzedniego świata nie widzieli. Ale nie narzekają. Uczyć się chcą, nowe rzeczy poznawać. Muzyki lubią posłuchać. Uśmiechnięci często.
A z tego czwórka szczególna. Znaczy czwórka przeżyła. Jeszcze wcześniej ich więcej było. Jedni odchodzą, inni dołączają do nich, i tak kręci się. Teraz czwórka ich. Mało.
Buntownicy… Ach… Cóż teraz znaczy to słowo? No, ale jak inaczej określić ich? Jedyni, którzy teraz z własnej woli wychodzą. Marian mówi na nich: Stalkerzy. Z książek to wziął.
O jak się uśmiały dzieciaki, jak im opowiedział, co tam wyczytał. O tych Stalkerach. Bohaterach. Obrońcach uciśnionych. Szybkich, zwinnych, sprytnych, silnych, nieustraszonych. Uzbrojonych po zęby. Walczących z mutantami. Ginących z honorem. Do tej pory mi się japa cieszy jak sobie przypomnę te opowieści…

I te dzieciaki, ta czwórka, to nasi Stalkerzy własni. Na miarę naszych możliwości. Pięć masek. Trzy sprawne pistolety zostały, i to te z muzeum wzięte. Maczety, siekiery, noże i przede wszystkim szybkie nogi. Tacy bohaterowie z tych naszych Stalkerów. Najmniejszy szmer i nogi w ruch.
I dobrze. Po co narażać się mają, bohaterów zgrywać, jak uciec mogą?
A jak coś ubić im się uda… Spokoju przez miesiąc nie ma. Chodzą napuszeni, dumni. Pieśni nawet układają. Tak właśnie, pieśni! Tańczą, śpiewają, bawią się. Jakby jutra być nie miało. A Marian pozwala. Tylko żeby warty zawsze były. I przydziałów żeby nie przekraczać. I całe Skarżysko się bawi, kiedy bohaterscy Stalkerzy wracają w chwale, niosąc dary.

To też chyba cud. Taka postawa, w takich okolicznościach. Piękne pokolenie nam rośnie, nie ma co. Bo nas tu takich co pamiętają ledwo siedmioro zostało. Marian, ja i Profesory. Bo ja z imionami problem mam, z zapamiętywaniem. Nazwy zespołów czy muzyków to na wyrywki recytować mogę. Ale imiona… Nawet swojego nie pamiętam. Tylko Mariana. Ale to ważna persona. Szef. Mądry człowiek. Profesory też mądre, ale to inaczej. Oni wiedzą dużo, dzieciaków uczą, usprawniają wszystko, życie nam poprawiają. Mądre głowy, ale nie życiowe. Dać im młotek do ręki, to nie wiedzą, za który koniec złapać. Nie to co ja i szef. My to takie złote rączki jesteśmy. No ale on mądry jest, a ja… No, ale uzupełniamy się wszyscy. I nawet te moje płyty pomagają nam w życiu. Z muzyką lżej wszystkim. Tylko dorośli narzekają...

Tych to sporo tutaj w podziemiach jest. Dorosłych, takich przed trzydziestką. Co to poprzedni świat pamiętają słabo, albo wcale. Z tych to samobójców najwięcej teraz…

Reszta to te dzieciaki co pisałem wcześniej. To i tak cud, że mamy jakieś nowe pokolenie.

Ale ten, który mam przed sobą chyba największy za mojego życia. Cud znaczy się. Marian się nie zgodzi ze mną pewnie. Zawsze powtarza nam, że największy cud, to te niewybuchy, co przy Mesko... Koło poligonu. Tam gdzie broń produkowali kiedyś. Jakby odpaliły to byśmy tu nie siedzieli.
Ale daje od nich promieniami straszliwie. Zbliżyć się nie można. Co byśmy mogli wyciągnąć z zakładów... Jakie skarby, a jak uzbroić byśmy się mogli!
Nie musieliby uciekać nasi Stalkerzy. Nie straszne byłoby żadne cholerstwo. Wytłukli byśmy, wystrzelali i już. A tak, broni sprawnej nie ma i siedzimy jak te myszki jak tylko coś na górze się pojawi.
To, że do nas tu nie zeszło nic przez te lata, to też cud chyba. Chociaż nie… Warty zawsze trzymane, wiemy jak coś się zbliża. Tunele, schrony, ładnie pobudowane. Solidnie. Z głową. To komuniści podobno całą dzielnicę tą... A jeszcze Profesory wymyśliły jakieś sposoby, żeby nie wyczuły nas potwory. I nawet takie coś, co odstrasza niektóre cholerstwa zrobili. Takie rzeczy czasem na górze się pojawiają, że… No, ale żyjemy i tak trzymać.
A najgorzej jakby w większej grupie ludzie się pojawili. Tak Marian mówi. Wtedy to wejścia zawalić i zdychać powoli lepiej będzie. Tak mówi. Pewnie z książek wie…

Te książki to mu dzieciaki przynoszą, buntownicy nasi. Liczyć na nich można. Zawsze coś ciekawego po mieszkaniach wygrzebią. Najpierw rzeczy niezbędne oczywiście. Z listy. I przy okazji zawsze dla każdego coś miłego. Samobójcy to tylko jedzenie przynoszą, i to z najbliższej okolicy, ale cóż się dziwić im? A te nasze dzieciaki… Ostatnio aż do Szydłowca zaszli. Po kiego grzyba? Piechotą. Samochodów nie uruchamiamy. Potrzeby nie ma gdzieś dalej się zapuszczać. A i paliwa szkoda. Lepszy pożytek tutaj na dole z niego.

Wrócili wykończeni, ale zadowoleni dziwnie. Z tego Szydłowca. Oczy im świeciły. Uśmiechy od ucha do ucha. Tak jak dziś. Pudło wtedy przynieśli. Miesiąc temu to było. Na pudle napis: “Muzyka”. No to prosto do mnie, bo wiadomo, że jak muzyka to ja jestem odpowiednim człowiekiem. Bo ja muzykę chyba nawet bardziej niż Marian te swoje książki kocham. Także dzieciaki jak tylko coś wynajdą, to jak w dym do mnie. Kiedyś saksofon przynieśli. Cudo niesamowite. Same nieczyste dźwięki, ale jakże pięknie to brzmiało…

Ja tam kiedyś, coś i na saksofonie i gitarze. Takie tam ogniskowe hity. I teraz przygrywam sobie, młodszych uczę. Uczę! Uczyłem… Oni teraz mnie by uczyć mogli. Zwłaszcza buntownicy. Pięknie im to idzie, talent mają. A jak śpiewają. Zwłaszcza jeden z nich. Imienia nie pamiętam. Tak mam. Ale śpiewa pięknie. Tak zadziornie, z chrypką...
Gitar parę mamy, ten saksofon i drugi jeszcze, mniejszy, bębnów pełno. Niesamowicie to brzmi w podziemiach, jak świętują coś dzieciaki. Aż uśmiech się sam na twarz wprasza. Istny cud…

Ale ja o tym pudle… “Muzyka” podpisane było. A w środku płyty. Winylowe. Ach, co za płyty to były! Lata czterdzieste tamtego wieku, tamtego świata. Poezja.... A co ja się namęczyłem, żeby udało się odtworzyć je. Ale grają nam do tej pory. Pięknie grają. Dostojnie, jak Profesory mawiają. Tak…

Ja to w sumie bardziej taką ostatnią muzykę lubiłem. Mocną, gitarową. Rockową. I nasze, skarżyskie zespoły najbardziej. Patriotycznie, a co!
Taki jeden na przykład fragment:
“Ludzka pycha nigdy jednak nie dosięgnie słońca”*
Nieaktualne, w końcu dosięgnęła, ale słucha się tego z łezką w oku. A dzieciaki to lubią takie coś na przykład:
“Młody i silny psychopata, bez godła i sztandaru, w którego głowie tańczy szaman, a w sercu pali czarny palacz”**.
Buntownicy. Albo to o borach:
“w granatowym kotle wieczorów parzy się mięta i melisa”*** i dalej: “ciepłe powietrze z samego rana pulsuje gdy się w bory wtacza”***.
Bo my do lasów się nie zbliżamy. A miasto nasze nimi otoczone praktycznie... Poranków i wieczorów też nie znają dzieciaki...

Ja na pamięć znam dużo tekstów. A ten, to mój ulubiony zespół w ogóle, dlatego akurat o tych kawałkach pisze. Jakieś takie emocje umieli pokazać w muzyce. No i znało się w końcu chłopaków…

Więcej tego jest, tych zespołów od nas. Przecież tu kiedyś muzyka ważna była. Taki klub był, za torami, w tej części miasta gdzie teraz nikt już nie chodzi. I tam koncert na koncercie…

Byłem z Marianem kiedyś tam. Jak jeszcze on nogę miał i ja sprawny w pełni byłem. Z tą jego nogą to ciekawa sprawa. Odgryziona przy kolanie. Przez jakie cholerstwo? Nikt nie wie. Marian też mówi, że nie pamięta. A, że się nie wykrwawił wtedy, to chyba cud. Kolejny.

Ja to inna sprawa. Właśnie w tym klubie, co pisałem o nim, byliśmy. Wracaliśmy znaczy się z niego. Całe ściany w plakatach tam. Nazwy z przeszłości. Oni wszyscy tam grali, wtedy, w tamtym świecie. I te ściany niby pomnik stały z tymi plakatami, a ja chłonąłem po tylu latach ten widok. Potem jakiś nieswój wracałem, rozmarzony, zamyślony. Po cholerę my wiaduktem, a nie przez tory?

Marian zaniósł mnie do podziemi. Dobrze się mną zajęli. Ale ja już do siebie nie doszedłem. Tak do końca. Na zewnątrz nie wychodzę od tamtego czasu. I coś w mózgownicy się poprzestawiało. Pomyślunek nie ten co kiedyś. Nie to, żebym kiedyś geniuszem był jakimś, ale lepiej bywało.

Marian mówi: pracuj, mów, czytaj. On zawsze z tym czytaniem. Dużo, tak mówi, żeby umysł ćwiczyć, żeby nie zgłupieć do reszty.
Z pracą problemów nie ma. Wszystko na tip top zrobić potrafię. Konserwator ze mnie nietęgi. Nawet przecież ten gramofon zmontowałem…
Z mówieniem też w porządku. Trochę się zacinam czasem, ale spokojnie, wszyscy przywykli. Z dzieciakami o muzyce rozmawiamy. Całymi godzinami. Bo ja kocham muzykę.
Z czytaniem gorzej. Ciężko się skupić. Nie ogarniam tych książek całych. Ale za to płyty co mi buntownicy przynoszą! Te to piękne wkładki mają niektóre… Teksty tam są. A takie co nie mają, co to płyty same bez okładek, to sam spisuję. Polskie tylko, bo ja z językami innymi to zawsze na bakier byłem. Uzbierało się już tego trochę… I teraz jeszcze piszę takie myśli moje, spisuję. Pomaga takie pisanie. Rozjaśnić umysł. Zebrać myśli.

Miałem właśnie zacząć takie coś na temat marzenia swojego pisać. Ale tu taki cud, więc o nim najpierw. Ale w sumie: w takim świecie to każde spełnione marzenie wydaje się cudem.

Kiedyś to co było? W kosmos polecieć, gwiazdą zostać. Znaczy aktorem, muzykiem, sportowcem czy kimś takim, co wszyscy ludzie znać będą i podziwiać. A teraz?
Dzieciaki marzą, żeby żyć normalnie, bez strachu. Buntownicy, żeby na zewnątrz. Profesory chcieliby się całkowicie na dole zamknąć. Od powierzchni odciąć, tak chcą. A dwójka z nich o wnukach marzy. Takich prawdziwych, biologicznych, jak to mówią. Bo oni tu jedyni, co tak myślą. Dzieci własne jeszcze z tamtego świata mają. Sami długo nie pożyją już. Tak jak Marian. On też nie daje sobie wiele czasu. O, ten to ma marzenie…

O samobójstwie marzy. Niepotrzebny chce się stać. Kiedyś mówił mi o tym. Chciałby móc zostawić wszystko w dobrych rękach, nie martwić się o przyszłość, o nas tutaj i po prostu popełnić samobójstwo. Bo on od początku tu twardą ręką trzyma wszystko. A chciałby, żeby ktoś po nim stery przejął. Tak mówi. I wtedy wyjdzie, i czołgając się będzie przynosił pod wejście rzeczy z listy. Póki sił starczy. Póki nie padnie z wycieńczenia. Tak mówi. Ale to chyba cud musiałby się zdarzyć, żeby Marian poczuł, że ktoś jest godny go zastąpić…

U nas teraz każde spełnione marzenie to cud. No chyba, że ktoś marzy tylko o tym, żeby umrzeć. Ale to w sumie takie samobójstwa jak nasze, to też jakiś rodzaj cudu. Nielicznym się udaje, tak do końca, póki nie padną, tak jak Marian chce. Niektórzy nawet wrócić próbują, żyć dalej, ale powrotu nie ma. Inni po prostu zdychają, albo w gniewie, jak ci księża kiedyś. A część tak jak Marian chce... Czyli ze śmierci też niektórzy cud zrobili.
.
A jeszcze są narodziny. Kiedy dziecko przeżyje pierwsze miesiące, kiedy jest względnie bezpieczne… Cud.

Ale ja o swoim marzeniu… Też myślałem, że niemożliwe, a tu przecież niewiele brakuje mi już. Znaczy, buntownikom niewiele brakuje. Bo to oni z powierzchni mi płyty przynoszą. Bo ja tak sobie zamarzyłem, wtedy jak mnie szef niósł połamanego, jak ja z tego wiaduktu… Zamarzyłem sobie wszystkie te płyty, te co na tych plakatach były, wszystkich tych zespołów mieć. Takie marzenie. Znaczy tylko tych polskich, bo ja z językami to nie bardzo.
Nierealne straszliwie. Niemożliwe wręcz. Ale buntownicy… Aż mi się płakać chce jak pomyślę, co te dzieciaki robią. Dla mnie…

One też z tego mają radość, tak mi mówią. I wszyscy w ogóle tutaj na dole… Z tych płyt moich, z tych książek Mariana, czy z jakichś szpejów co dla Profesorów przynoszą. Ale z płyt najbardziej. Widać, że też ich muzyka kręci. Czasami jak wracają z powierzchni, to cały dzień nie śpią, tylko nowe zdobycze przesłuchują. A jak sami grają, śpiewają… Albo tak jak z tym Szydłowcem… Tyle kilometrów pudło taszczyli. A to przecież lasy dookoła drogi. A oni bez samochodów. Ale warto było…

Już niewiele brakuje. Do tego marzenia mojego. Pamiętam te wszystkie plakaty, wyryły mi się przed oczami. I już niedużo, a będziemy mieli kolejny cud.

Myślałem, że dzisiaj właśnie mi dzieciaki przyniosły ostatnie sztuki brakujące. Strasznie podnieceni przyszli. Pierwszy raz w ogóle zdarzyło się, że nic z listy nie przynieśli. O to im Marian awanturę zrobi, oj zrobi...Tylko jeden plecak z łupami, ale jak skarb go traktowali, jakby trzeba było, to by życie za niego oddali, takie wrażenie sprawiali. Podnieceni straszliwie i dawaj od razu do mnie po powrocie. Ledwo przed wschodem w sumie zdążyli...

W ogóle oni od miesiąca już tacy chodzili. Podjarani, jak się to mówiło. I to w pozytywnym sensie. Nie tak jak wtedy, co dwójka zginęła z nich.

Wtedy to nabuzowani inaczej byli. Zemsty chodzili szukać. Na tym czymś, co na skraju lasu się czaiło. Zemsta. Głupota. Na jakimś bezrozumnym zwierzu, który zaspokaja tylko swoje instynkty - jeszcze większa głupota. Tak Marian im mówił. Ale nie zabronił. Nie, póki zawsze coś z listy przynosili. I oni dopięli swego. Przytaszczyli pod samo wejście cielsko jakiegoś stwora. Twierdzili, że ten sam to, co ich wtedy zaatakował, ale tak naprawdę, to kto wie? Grunt, że oni w to uwierzyli…
Ale świętowania nie było. Zmęczeni za bardzo. I jakby uszło z nich coś. Po tym polowaniu. Długo nie wychodzili później…

Ale teraz chyba bardziej podnieceni. I to tak pozytywnie. Od tego Szydłowca się zaczęło. Tak teraz myślę, że od tamtego czasu dłużej na powierzchni są niż zwykle. I zawsze wszyscy razem. Wcześniej dwójkami, trójkami. Nigdy samotnie, rzadko wszyscy. A od miesiąca wszyscy razem wychodzą i weź spróbuj im zabronić. I zawsze zmachani wracają, czasem nawet do mnie nie zaglądają ze zdobyczami, tylko spać. I cały dzień spać potrafią. Ale zawsze podnieceni, podekscytowani - jakby to Marian powiedział.

Teraz już wiem dlaczego. Mogłem się wcześniej kapnąć. Ja im chyba opowiadałem nawet. O tym Szydłowcu. Co tam było. W takim domu jednym. Co się robiło.
A oni mogli powiedzieć mi, wtajemniczyć… Może bali się… Przecież nikt nigdy nie sądziłby... Nie w tym świecie. Ale to nasze cudowne, buntownicze, młode pokolenie…

Przyszli do mnie prosto. Pomajstrowali coś w odtwarzaczu. Muzyka. Zwlokłem się z łóżka. Nic z mojej listy, tak pomyślałem od razu. Bo ja znam się na muzyce. A na tej naszej to w ogóle…
Trochę jakby garażowe to było, nie do końca profesjonalne. Jakby demo. O nazwę zespołu zapytałem, czy wiedzą. Nie. Powiedzieli tylko, że stąd kapela, znad Kamiennej.
Skąd takie wyrażenie? Przecież Kamiennej już nie ma. Była rzeka, nie ma rzeki. Był świat, nie ma świata… Ech...

Tylko japy wyszczerzyli. Zaraz sam się zorientujesz - tak mi powiedzieli.
Ostre riffy. Mocne brzmienie. Lata dziewięćdziesiąte mi przypominało. Tamtego wieku. Myślałem na głos. A oni, że nie trafiłem. Jak tacy mądrzy są, to zapytałem z którego roku.
Właśnie w tym momencie, jak na zawołanie instrumenty ucichły, a z płyty usłyszałem głos. Odpowiedź już nie była mi potrzebna. Ten głos. Ten sam, który odpowiada:
- 2033.
Cud.
………………………………………………………………………
*Mir - Najwyżej
**Mir - Palacz
***Mir - W Krainie Borów


Powrót do listy rozdziałów
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.