Główna FORUM Wasza twórczość Projekt "Pierwszy"

Temat zawiera 3 odpowiedzi, i ma 1 odpowiedź, ostatnio zaktualizowany przez  BINIAS 4 miesięcy, 1 tydzień temu.

Oglądasz 4 wpisy - 1 z 4 (wszystkich: 4)
  • Autor
    Wpisy
  • #5970

    BINIAS
    Uczestnik

    Chłopak narodzony pod ziemią w dniu zagłady nazywany jest „pierwszym”  tytułowy bohater stracił matkę podczas porodu i został mu tylko ojciec wraz z niebiologicznym wujkiem

    Żyją oni w podziemiach Muzeum/Zamku, pozornie działające społeczeństwo zaczyna się walić i przy wymuszonej kłótni postanawiają uciekać, w dniu 20 urodzin chłopaka wychodzi on po raz pierwszy na powierzchnie, pozornie przypadkowe odkrycie pomoże im przeżyć w dalszych przygodach i wędrówkach, w okolicy muzeum wszystkie sklepu i domy zostały już ograbione i nie ma już czego szukać, postanawiają wyruszyć w świat wędrując z początku po mieszkaniach swych dawnych znajomych w poszukiwaniu wspomnień,

    • This topic was modified 8 miesięcy, 3 tygodnie temu by  BINIAS.
    #5971

    BINIAS
    Uczestnik

    PIERWSZY 

    FRAGMENT:

    Początki końca:
    Wszystko zaczęło się równo 20 lat temu
    Wtedy gdy wszystko się skończyło
    Wszystko co znaliśmy i rozumieliśmy
    Wtedy to zaczęła się nowa era niewiedzy i strachu
    Era nowych praw i bóstw
    Era nowych istot żyjących na powierzchni
    Era ludzi wśród których nie istnieje prawda ani fałsz
    Era w której liczy się tylko przeżycie nawet za cenę śmierci drugiej osoby
    Ta stara era skończyła się wraz z końcem człowieczeństwa
    I to wszystko zmieniło się w ułamku sekundy
    W momencie gdy została zdetonowana głowica nieznanego pochodzenia
    I to wszystko zmieniło się dokładnie 20 lat temu
    Wtedy to właśnie przyszedłem na świat
    Dokładnie tego dnia
    Niektórzy nazywają mnie „ostatnim” ponieważ poród zaczął się u góry
    A inni „pierwszym” bo skończył na dole
    Moja matka zestresowała się syrenami bo każdy wiedział co oznaczają
    Już na powierzchni życie było trudne więc każdy szykował się na gorsze
    Lecz nikt nie spodziewał się że będzie tak źle
    Matka zmarła przy porodzie
    Bez pomocy sanitariuszy wykrwawiła się w ramionach ojca
    Na dzień dzisiejszy został mi tylko on oraz wujek który wujkiem nie jest
    Od małego nazywałem go wujaszkiem więc tak zostało oraz on został wujaszkiem
    W naszym niewielkim podziemnym świecie istnieje zwyczaj że mężczyzna na swoje 20 po raz pierwszy wychodzi na górę
    Zatem nadszedł czas i na mnie
    Oczywiście na towarzyszy wybrałem ojca i wujaszka, zaprawionych w boju stalkerów
    Nie wiem czego się spodziewać, w podziemnym świecie powierzchnia jest tematem tabu
    Jedyne co wiem to tyle że żyli tam ludzie i wznosili budowlę niewiarygodnych rozmiarów a następnie sami to wszystko zniszczyli, wiem też że teraz zamiast ludzi żyją tam stworzenia których nie mogą sobie wyobrazić ludzie którzy nigdy ich nie widzieli
    To wszystko miałem zobaczyć jutro, ale najpierw ceremonia urodzin,
    Ojciec zorganizował ją w małym mieszkaniu skręconym z blachy i ławek kościelnych
    Pojawili się o dziwo nie tylko ojciec i wujaszek ale też ludzie z całych podziemi, w sumie około 90 ludzi, w tym około 60 tych którzy pamiętają powierzchnie, kolejny człowiek który będzie w stanie znosić skarby martwego świata sam jest skarbem
    Ludzie ci nie oszczędzali w swoich skarbach i sami darzyli skarbami, licznie trafiały się noże, w większości kuchenne i podrdzewiałe, zdarzało się też że ktoś przyniósł samogon, lecz w tym przypadku nie trafiał on w moje ręce lecz do żołądków gości, po paru łykach starszym rozwiązał się język
    Mówili o czasach gdy panował człowiek o czasach gdy nie były potrzebne skafandry po to by wyjść na górę
    Wtedy to dopiero dostałem całkowity obraz tego co było kiedyś
    Niegdyś płynęła tu rzeka- powiedział jeden z gości- ty się lepiej zamknij- powiedział inny- stary już jesteś, na powierzchni nie byłeś od momentu detonacji- dokończył- rzeka dalej płynie, płytsza i skażona ale płynie- krzyknął ktoś z tłumu- wy nic nie wiecie- powiedział ojciec- od lat nikt z was nie wychodzi- dopowiedział wujaszek- to właśnie dlatego świętujecie nowego stalkera, od lat nikt tu nie miał 20 urodzin- dokończył- żaden z młodych nie przeżył- powiedział mój ojciec- na powierzchnie wychodzę tylko ja i Michał- bo tak na imię miał wujaszek- a wy mimo iż młodsi od nas nawet broni nie umiecie utrzymać- powiedział wujaszek- my nie umiemy? A kto przez pierwsze lata wychodził? Kto znosił skarby z martwego świata- krzyknął ktoś w tłumie- no właśnie? Kto? My i wy, ale tak jak to powiedzieliście, na początku, z tym że wy już jakieś 15 lat siedzicie tu jak szczury- powiedział wujaszek stopniowo podnosząc ton- siedzimy tu? A czego mamy szukać tam u góry?- powiedział ten sam głos z tłumu- czego szukać? A czego my tam szukamy? Po co nas tam wysyłacie? Po co przynosimy wam drewno i paliwo? Po co grabimy dla was domy i sklepy? No po co?- zaczynał krzyczeć ojciec- bez nas już dawno byście zginęli bez drewna nie mielibyście ciepła ani materiału do hodowli insektów, nie mówiąc nawet o konserwach z starych sklepów- dokończył- w skrócie bez nas już dawno bylibyście martwi- podsumował wujek- martwi? MARTWI? Nie jesteście nam potrzebni- krzyknął tym razem ktoś inny- nie jesteśmy? No dobra, skoro tego chcecie, no dobrze- tłum ucichł- jutro z rana wychodzimy, nie wrócimy- tłum zaczął krzyczeć jeszcze głośniej- ojciec i wujaszek wrócili do mieszkanka a ja razem z nimi- masz chłopcze- otworzył skrzynię i wręczył mi karabinek- wiem, mieliśmy wyjść jutro, ale jutro nas nie puszczą, spakuj najważniejsze rzeczy i ruszamy- powiedział ojciec a wujek potwierdził- gdy wyszliśmy z mieszkanka tłumu już nie było, przekradliśmy się do wyjścia i założyliśmy odzież ochronną przyniesioną tu na początku przez mojego ojca, na wieszaku został jeszcze jeden komplet więc nie skazaliśmy innych na śmierć
    Ojciec otworzył właz i wyszliśmy

    Martwy świat:

    Pierwszą rzeczą którą ujrzałem przez szkła maski przeciwgazowej były gabloty, mnóstwo gablot- kiedyś było tu muzeum, a jeszcze wcześniej zamek rodu Opalińskich- powiedział ojciec- to właśnie oni ufundowali budowę tego budynku oraz podziemi- rozwijał temat- podziemia były legendą która okazała się prawdą choć nie kompletną, tunele miały prowadzić do kościoła oraz pod rzeką. Owych tuneli nigdy nie znaleźli, a raczej nigdy nie szukali- urwał ojciec gdy wujaszek uchylił drzwi- i jak? Czysto?- spytał ojciec- straszny bałagan, pełno gruzu- w głosie wujaszka dało się słyszeć śmiech
    Wyszliśmy na zewnątrz, ja oczywiście ostatni- racja straszny bałagan- powiedział ojciec z radością- dobra młody, musimy nauczyć ciebie jak używać ten karabinek- wskazał na kawał metalu w moich dłoniach o którym zdążyłem zapomnieć- ale tylko podstawy, pozycja bojowa, oko, muszka, szczerbinka i spust powtórz tylko nie strzelaj- poinstruował pokazując na swoim przykładzie- dobra tyle wiesz, ciągniesz za spust to strzelasz- podszedł i pokazał na spust- teraz lepiej nie strzelaj bo zwabisz mutanty-dokończył ojciec- jeszcze jedno, nie celuj do swoich, nawet dla żartów- wtrącił się wujek- dobrze, rozejrzyj się, zapamiętaj okolicę- powiedział ojciec- moje oczy dopiero teraz otworzyły mi się szerzej otwarta przestrzeń i niebo uderzyło mnie do tego stopnia że zaczęło kręcić mi się w głowie, usiadłem na ziemi zacząłem głaskać kamienną uliczkę zacząłem wygrzebywać mech który był pomiędzy nimi i rozrywałem go na coraz to mniejsze kawałki badając go, gdy doszedłem do momentu w którym nie mogłem już go rozerwać wstałem, przede mną murek wysoki na jeden metr i gruby na półtora za nim rzeka, zaczyna się i kończy za drzewami, ale , po lewo, w połowie zniszczony most, na środku rzeki stworzył tamę a zachował się jedynie przy brzegach, na prawo, drzewa tak grube że trzy osoby miały problem z tym aby je objąć, na lewo za plecami, zaczynał się długi dom, dalej było widać przerwę a potem znów zaczynały się domy, gdy znów wróciłem do badania podłoża, ciszę przerwał około dwu sekundowy pisk i potem huk
    Ojciec chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą, tymczasem wujek biegł za nami celując i rozglądając się nerwowo po niebie
    Wbiegliśmy w mały korytarz między budynkami a następni po schodach do jakiegoś mieszkania
    Mieszkanie było w takim stanie że wywierało wrażenie świeżo po remoncie
    Usiedliśmy na miękkiej kanapie razem w wujaszkiem a ojciec zebrał drewno spod ściany i ułożył w dużym pomarańczowym piecu
    Krzychu, to znaczy twój ojciec- przerwał ciszę wujek- mieszkał tu kiedyś, dosłownie 20 metrów od zamku, ja wtedy byłem akurat u niego w odwiedzinach, rzeczą oczywistą było to, że pierwszym odwiedzonym domem po końcu świata był właśnie ten, twój ojciec, zabronił innym odwiedzać ten dom, wyglądał on gorzej, znacznie gorzej, twój ojciec wyremontował go, na ścianach w środku i na zewnątrz zamontowane są grube ołowiane blachy, to one znacznie zmniejszają promieniowanie, ale nic za nic, ojciec zbierał je przez prawię 15 lat,
    Remont skończył się jakieś 3 lata temu, największą dumę sprawił mu piec złożony z kilku pieców które były w okolica- mówił ciągle wujaszek
    Gdy w piecu zahuczał wiatr ojciec wstał z dumą z kolan-no, będzie ciepło- powiedział ojciec- biorąc pod uwagę ołów i skafandry, ze spokojem możemy siedzieć tu nawet miesiąc, a nawet i więcej- mówił ojciec z dumą stukając w blachę na ścianie- ale i tak zostać tu nie można, z smutkiem muszę stwierdzić że musimy opuścić to idealne mieszkanie- ojciec usiadł obok nas- domy i sklepy w dystansie 5 km już dawno są puste, jedyne co można znaleźć to drewno, gruz i mutanty, z tym że tych ostatnich lepiej nie spotykać, a ich ostatnio jest tu coraz więcej- w tonie ojca dało się słychać bezsilność- już jakiś czas temu planowaliśmy opuścić społeczność podziemia, czekaliśmy tylko kiedy skończysz 20 lat, wczorajsza kłótnia była tylko pretekstem by wyjść, już jakiś czas nie znosimy rzeczy do nich, to co ciekawsze zostawiamy tutaj- powiedział ojciec
    Wstał podszedł to zadbanej szafy i wyciągnął z niej 3 lornetki. 2 czarne, 1 ciemno zieloną, każda w pokrowcu tego samego koloru co lornetka, poszperał głębiej i wyciągnął 5 noży, nie były zwykłe kuchenne, było widać że są to porządnie wykonane noże, jeden z nich miał ponad 40 cm długości i rękojeść z czarnej twardej gumy, podał wszystko wujkowi i poszedł do innego pokoju
    Zbieraliśmy te rzeczy 15 lat- zaczął mówić wujek- na początku zostawialiśmy sobie najciekawsze rzeczy, od niedawna zostawiamy sobie prawie wszystko- ojciec wrócił przynosząc 2 garnki 3 piły w tym 1 spalinową- do drodze jeszcze coś weźmiemy- powiedział ojciec po czym rozdzielił wszystko i spakował do 3 plecaków które już przy sobie mieliśmy
    Podniósł jeszcze dywan i wyciągnął spod niego skrzynię, wyciągnął około 15 magazynków i rozdzielił po równo- tu już więcej niema, pora ruszać- powiedział wujaszek                                                                                                                                 Wyszliśmy z budynku, ojcu szło to niewiarygodnie trudno, na dworze było już ciemno, nie wiem ile czasu spędziliśmy w domu ale na pewno więcej niż godzinę, drogę oświetlał tylko księżyc przysłonięty przez grube chmury, w okolicy mostu, niebo miało różowo pomarańczowy kolor, z tamtego to kierunku dało się słyszeć szum, nie był to szum wody, nie, coś bardziej jak szelest, i to wiele szelestów, jak gdyby rozpędzony wiatr grał jakąś melodie, nie zrozumianą dla tego co nie znał kodu, wydawała się losowa lecz piękna, szum zdawał się robić coraz głośniejszy, oraz tworzył wrażenie że źródło dźwięku się zbliża, właśnie z tamtego zaczęły wyłaniać liczne kreatury, wszystkie razem wyglądały jak jedna żywa masa, biegły całą szerokością drogi
    Ojciec i wujaszek bez wahania wrócili w kierunku mieszkanka
    Dobra, tamtędy iść nie można- powiedział wujek- a co jeśli nie musimy?- odpowiedział ojciec- może by tak przejść po dachach- jak po dachach- powiedziałem przerażony- Tyle co wyszedłem na powierzchni i już mam wejść jeszcze wyżej?- dopowiedziałem- nie bój się młody, dachy nie są wysoko, a ulicą nie pójdziemy- powiedział ojciec
    Dopiero gdy wszedłem na dach zobaczyłem ogrom tej żywej masy, wyciągnąłem lornetkę i przyjrzałem się skąd przychodzi horda,
    Jak jeden wielki wąż ciągnął się po tamie powstałej z mostu, dach był w dobrym stanie, wręcz w niewiarygodnie dobrym, wydawało się jakby w ogóle nie ucierpiał   W tym momencie pojedyncze mutanty zaczęły powoli wspinać się na dach Ojciec i wujaszek pospieszyli górną częścią dachu
    Dach wydaje się solidny, ale to tylko złudzenie, nawet jeśli podmuch go nie uszkodził to belki mogły dawno przegnić- tłumaczył ojciec
    W tym momencie na dach zaczęły wspinać się kolejne stwory a te pierwsze ruszyły już w pościg za nami, w szaleńczym biegu zrzucały dachówki spod swoich łapsk i ześlizgiwały się z powrotem na ulicę, niezauważone przez swych braci były przez nie tratowane a co niektóre potykały się o martwe już ciała i same były tratowane, ta sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie i w efekcie powstał nasyp z ciał
    Zaintrygowany sytuacją na ulicy nie zauważyłem jak ojciec i wujaszek oddalili się do przodu, te mutanty które nie spadły na szczęście były jeszcze w bezpiecznej odległości
    Popędziłem w kierunku ojca który zauważył że zostałem w tyle i sam zwolnił tempo a ostatecznie zatrzymał się i czekał na mnie
    Gdy byłem kilka kroków od ojca coś zaczęło skrzypieć mi pod nogami, ojciec rzucił się w moim kierunku z wyciągniętą ręką
    Nie zdążył, dach się zarwał, spadając widziałem tylko rękę ojca która próbowała złapać za moją, próbowała, nie złapała, spadłem

    Znowu na dole:

    Leżę, żyję, patrzę w otwór w dachu gdzie ostatnio widziałem ojca, nie ma go tam, nie ma go tutaj, nie ma go, nie ma, za to jest ktoś inny, a raczej coś innego, nie wiem jak długo tu jest, nie wiem jak długo tu jestem, nie wiem czy to już tu było, nie wiem, nie wiem co robić, to nie jest człowiek, nie wiem co to, cholera, co to ? Nie zabił mnie, a na pewno wie że tu jestem, siedzi w cieniu ale widzę że na mnie patrzy, nie atakuje, ale w każdej chwili może, sięgam po karabin, on wstaje, odkładam go, on siada- co jest- powiedziałem sam do siebie
    podchodzę troszkę bliżej, on dalej leży
    Zza drzwi krzyki, choć znajomy głos to poczułem się nieswojo, strasznie rozbolała mnie głowa, kładę na nią rękę, krwawię, chwila, gdzie mój hełm, gdzie ? Leży, pęknięty, obok stwora dopiero teraz zauważyłem że monstrum też krwawi, duży fragment belki wbity jest w łapę, spadająca blacha rozcięła drugą, monstrum w gorszym stanie niż ja, ale to nie tłumaczy czemu mnie nie atakuje,
    Młody jesteś tam- znów znajomy głos wujka- cholera, mówiłem żeby zejść przez dziurę- tym razem ojciec
    Szuka mnie, a ja zamiast się odezwać nie wiedzieć czemu podchodzę do stwora, jestem przy nim a on leży, testuję go, znów sięgam po broń, mutant ponownie wstał, o kur*a, o połowę większy ode mnie, ale nadal mnie nie atakuje, ja też nie będę, gdyby chciał zabiłby mnie gdy byłem nieprzytomny, odkładam karabin, mutant się nie kładzie, zaczyna gryźć 40 centymetrowy kawał drewna wbity w łapę, przestał spojrzał się na mnie, głupie, rozumiem go, łapię za kawał drewna, on zaczyna oddychać głośniej oraz głębiej, poza tym nic więcej, jednym ruchem wyrywam belkę z rany, cichy prawie niesłyszalny pisk, rana krwawi, cholera co ja robię? Pochodzę do zniszczonej szafy i spod desek wyciągam szmaty które kiedyś były ubraniami, jeszcze raz, co ja kur*a robię? Opatruje mu ranę, kur*a czemu? On wie że chcę dobrze, wiedział o tym już przede mną, rana spowodowana spadającą blachą też opatrzona, ale czemu? On tego chciał? On to robi za pomocą mojego ciała? Ale ja to czuje jakbym robił to z własnej woli,
    Rany już opatrzone, już mnie nie potrzebuje a mimo to wciąż żyję, siedzę obok niego a on nic, sądzę że mógłbym się o niego oprzeć a on by to zaakceptował, jest zimno, robię to, opieram się, jego twarde futro grzeje, on sam jest ciepły, zaczynam przyglądać się jego sierści, dotykam ją przez rękawicę, przez dotyk czuję że jest wychudzony, na pewno głoduję, a mimo to mnie nie zjadł
    Znowu krzyki, tym razem bliżej, jakby tuż za drzwiami- to ostatnie drzwi, jeśli go tu niema nie mamy wyboru, będziemy musieli iść dachem- było słychać nosowy przez filtr głos
    Stwór podniósł głowę i wpatrywał się w drzwi, te z hukiem wyrywanego zamka się otworzyły, monstrum choć ranne jednym skokiem znalazło się na dachu, ja straciłem oparcie za plecami i przewróciłem się na nie wpatrując się w dziurę w której znikł mutant
    Co to kur*a było, nic ci nie jest- podbiegł do mnie ojciec przewracając wujaszka który jeszcze stał w drzwiach- nic ci nie jest, co to było- krzyczał ojciec szarpiąc mnie za ramie- gdzie twój hełm, cholera, krwawisz- wciąż krzyczał ojciec- ja, ja nie wiem, ja, byłem nieprzytomny, hełm, jest tam, zniszczony, nie wiem co to było
    Tak, skłamałem, musiałem, za prawdę sam by mnie zabił, lepiej by nie wiedział-

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 8 miesięcy, 3 tygodnie temu przez  BINIAS.
    #5973

    BINIAS
    Uczestnik

    logika:

    pierwszy jest moim nienarodzonym synem a ja jego… uwaga… ojcem XD

    wujaszek jest moim przyjacielem

    ojciec: Krzysztof

    wujaszek: Michał

    sam pierwszy nie ma imienia i zwracają się do niego „pierwszy” albo „młody” imię zostawiam wam do wyboru

    powieść jest pisana na bieżąco i będę stara się ją aktualizować średnio 2 razy w tygodniu

    b

    #6133

    BINIAS
    Uczestnik

    Miałem tu być średnio 2 razy w tygodniu…coś nie wyszło
    W miarę dużo tekstu doszło, a to co było też się zmieniło

    PROLOG:

    Wszystko zaczęło się równo 20 lat temu
    Wtedy gdy wszystko się skończyło
    Wszystko co znaliśmy i rozumieliśmy
    Wtedy to zaczęła się nowa era niewiedzy i strachu
    Era nowych praw i bóstw
    Era nowych istot żyjących na powierzchni
    Era ludzi wśród których nie istnieje prawda ani fałsz
    Era w której liczy się tylko przeżycie nawet za cenę śmierci drugiej osoby
    Ta stara era skończyła się wraz z końcem człowieczeństwa
    I to wszystko zmieniło się w ułamku sekundy
    W momencie gdy została zdetonowana głowica nieznanego pochodzenia
    I to wszystko zmieniło się dokładnie 20 lat temu
    Wtedy to właśnie przyszedłem na świat
    Dokładnie tego dnia
    Niektórzy nazywają mnie „ostatnim” ponieważ poród zaczął się u góry
    A inni „pierwszym” bo skończył na dole
    Moja matka zestresowała się syrenami bo każdy wiedział co oznaczają
    Już na powierzchni życie było trudne więc każdy szykował się na gorsze
    Lecz nikt nie spodziewał się że będzie tak źle
    Zmarła przy porodzie…
    Bez pomocy sanitariuszy wykrwawiła się w ramionach ojca
    Na dzień dzisiejszy został mi tylko on oraz wujek który wujkiem nie jest
    Od małego nazywałem go wujaszkiem więc tak zostało, oraz on został wujaszkiem
    Żyjemy pod ziemią, bo tylko tu promieniowanie nie jest w stanie nas zabić
    W naszym niewielkim podziemnym świecie istnieje zwyczaj że mężczyzna na swoje 20 po raz pierwszy wychodzi na górę
    Zatem nadszedł czas i na mnie, mija 20 lat od końca świata dla innych, i początku dla mnie
    Oczywiście na towarzyszy wybrałem ojca i wujaszka, zaprawionych w boju stalkerów, jedyne osoby które do dzisiaj zajmują się tym fachem
    Nie wiem czego się spodziewać, w podziemnym świecie powierzchnia jest tematem tabu, nikt nie chce wspominać, albo sam wymazał z pamięci… Mechanizm obronny, lepiej zajmować się tym co jest
    Jedyne co wiem to tyle że żyli tam ludzie i wznosili budowlę niewiarygodnych rozmiarów a następnie sami to wszystko zniszczyli, wiem też że teraz zamiast ludzi żyją tam stworzenia których nie mogą sobie wyobrazić ludzie którzy nigdy ich nie widzieli
    To wszystko miałem zobaczyć jutro, ale najpierw ceremonia urodzin,
    Ojciec zorganizował ją w małym mieszkaniu skręconym z blachy i ławek kościelnych, które sam przyniósł
    Pojawili się o dziwo nie tylko ojciec i wujaszek ale też ludzie z całych podziemi, w sumie około 90 ludzi, w tym około 60 tych którzy pamiętają powierzchnie, kolejny człowiek który będzie w stanie znosić skarby martwego świata sam jest skarbem
    W małej kanciapie brakowało miejsca, wyszliśmy więc na hol
    Ludzie ci nie oszczędzali w swoich skarbach i sami nimi darzyli, licznie trafiały się noże, w większości kuchenne i podrdzewiałe, zdarzało się też że ktoś przyniósł samogon, lecz w tym przypadku nie trafiał on w moje ręce lecz do żołądków gości, po paru łykach starszym rozwiązały się języki
    Mówili o czasach gdy panował człowiek o czasach gdy nie były potrzebne skafandry po to by wyjść na górę
    Wtedy to dopiero dostałem fragment obrazu tego co było kiedyś

     

    MIASTO:

    Początki końca:
    Niegdyś płynęła tu rzeka, duma miasta, spływy kajakowe się zdarzały, turyści lgnęli do nas, nie dziwie się, to nie strumyk przez który płynie się bez emocji, to rzeka… i to nie mała- powiedział jeden z gości
    -Ty się lepiej zamknij- powiedział inny- Stary już jesteś, na powierzchni nie byłeś od momentu detonacji, nie wiesz jak to teraz wygląda- dokończył
    -Rzeka dalej płynie, płytsza i skażona ale płynie- krzyknął ktoś z tłumu
    -Wy nic nie wiecie- powiedział ojciec
    -Od lat nikt z was nie wychodzi- dopowiedział wujaszek, zawsze trzymali się razem, jeden stawał za drugim murem, wspierali się
    -To właśnie dlatego świętujecie nowego stalkera, od lat nikt tu nie miał 20 urodzin- powiedział ojciec
    -Żaden z młodych nie przeżył- powiedział wujek
    -Najzwyczajniej boicie się że nas zabraknie
    -Na powierzchnie wychodzę tylko ja i Michał- Bo tak na imię miał wujaszek
    -A wy mimo iż młodsi od nas nawet broni nie umiecie utrzymać
    -My nie umiemy? A kto przez pierwsze lata wychodził? Kto znosił skarby z martwego świata, też narażaliśmy życie- krzyknął ktoś w tłumie
    -No właśnie? Kto? My i wy, ale tak jak to powiedzieliście, na początku, z tym że wy już jakieś 15 lat siedzicie tu jak szczury- powiedział wujaszek stopniowo podnosząc ton
    -Siedzimy tu? A czego mamy szukać tam u góry?- powiedział ten sam głos z tłumu
    -Czego szukać? A czego my tam szukamy? Po co nas tam wysyłacie? Po co przynosimy wam drewno i paliwo? Po co grabimy dla was domy i sklepy? No po co?- zaczynał krzyczeć ojciec- bez nas już dawno byście zginęli bez drewna nie mielibyście ciepła ani materiału do hodowli insektów, nie mówiąc nawet o konserwach z starych sklepów- dokończył
    -W skrócie bez nas już dawno bylibyście martwi- podsumował wujek
    -Martwi? MARTWI? Nie jesteście nam potrzebni- krzyknął tym razem ktoś inny
    -Nie jesteśmy? No dobra, skoro tego chcecie, no dobrze
    – tłum ucichł
    -Jutro z rana wychodzimy, nie wrócimy
    -Tłum zaczął krzyczeć jeszcze głośniej
    Ojciec i wujaszek wrócili do mieszkanka a ja razem z nimi, ojciec chwile pokręcił się po pokoju maszerując od ściany do ściany, podszedł do łóżka i wyciągnął spod niego zieloną skrzynkę zbitą z płaskich deseczek
    -Masz chłopcze- otworzył skrzynię i wręczył mi karabinek- wiem, mieliśmy wyjść jutro, ale jutro nas nie puszczą, spakuj najważniejsze rzeczy i ruszamy- powiedział ojciec a wujek potwierdził
    Gdy wyszliśmy z mieszkanka tłumu już nie było, chyba nie wzięli nas na poważnie, przekradliśmy się do wyjścia i założyliśmy odzież ochronną przyniesioną tu na początku przez mojego ojca, nie wiem skąd ją załatwił ale na pewno się przydaje, na wieszaku został jeszcze jeden komplet więc nie skazaliśmy innych na śmierć
    Ojciec otworzył właz i wyszliśmy

    <span style=”font-size: 18pt;”>Martwy świat:</span>

    Pierwszą rzeczą którą ujrzałem przez szkła maski przeciwgazowej były gabloty, mnóstwo gablot
    -Kiedyś było tu muzeum, a jeszcze wcześniej zamek rodu Opalińskich- powiedział ojciec- to właśnie oni ufundowali budowę tego budynku oraz podziemi- rozwijał temat- podziemia były legendą która okazała się prawdą, choć nie kompletną. Tunele miały prowadzić do kościoła oraz pod rzeką. Owych tuneli nigdy nie znaleźli, a raczej nigdy nie szukali- urwał ojciec gdy wujaszek uchylił drzwi- i jak? Czysto?- spytał ojciec
    -Straszny bałagan, pełno gruzu, chcesz to mogę posprzątać – w głosie wujaszka dało się słyszeć śmiech
    Wyszliśmy na zewnątrz, ja oczywiście ostatni, nie dość że niedoświadczony, to jeszcze na wycieczce z tatusiem
    -Racja straszny bałagan- powiedział ojciec z radością- dobra młody, musimy nauczyć ciebie jak używać ten karabinek- wskazał na kawał metalu w moich dłoniach o którym zdążyłem zapomnieć- ale tylko podstawy, pozycja bojowa, oko, muszka, szczerbinka i spust powtórz tylko nie strzelaj- poinstruował pokazując na swoim przykładzie- dobra tyle wiesz, ciągniesz za spust to strzelasz- podszedł i pokazał na spust- teraz lepiej nie strzelaj bo zwabisz mutanty-dokończył ojciec
    -Jeszcze jedno, nie celuj do swoich, nawet dla żartów- wtrącił się wujek
    -Dobrze, rozejrzyj się, zapamiętaj okolicę- powiedział ojciec
    Moje oczy dopiero teraz otwarły mi się szerzej otwarta przestrzeń i niebo uderzyło mnie do tego stopnia że zaczęło kręcić mi się w głowie, usiadłem na ziemi zacząłem głaskać kamienną uliczkę, zacząłem wygrzebywać mech który był pomiędzy nimi i rozrywałem go na coraz to mniejsze kawałki badając go, gdy doszedłem do momentu w którym nie mogłem już go rozerwać, wstałem. Przede mną murek wysoki na jeden metr i gruby na półtora, za nim rzeka, zaczyna się i kończy za drzewami, ale , po lewo, w połowie zniszczony most, na środku rzeki stworzył tamę a zachował się jedynie przy brzegach, na prawo, drzewa tak grube że trzy osoby miały problem z tym aby je objąć, na lewo za plecami, zaczynał się długi dom, dalej było widać przerwę a potem znów zaczynały się domy, gdy znów wróciłem do badania podłoża, ciszę przerwał około dwu sekundowy pisk i potem huk
    Ojciec chwycił mnie za rękę i pociągnął za sobą, tymczasem wujek biegł za nami celując i rozglądając się nerwowo po niebie. Wbiegliśmy w mały korytarz między budynkami a następni po schodach do jakiegoś mieszkania. Mieszkanie było w takim stanie że wywierało wrażenie świeżo po remoncie, usiedliśmy na miękkiej kanapie razem w wujaszkiem a ojciec zebrał drewno spod ściany (widać że było uszykowane wcześniej) i ułożył w dużym pomarańczowym piecu
    -Krzychu, to znaczy twój ojciec- przerwał ciszę wujek- mieszkał tu kiedyś, dosłownie 20 metrów od zamku, ja wtedy byłem akurat u niego w odwiedzinach, rzeczą oczywistą było to, że pierwszym odwiedzonym domem po końcu świata był właśnie ten, twój ojciec, zabronił innym odwiedzać ten dom, wyglądał on gorzej, znacznie gorzej, twój ojciec wyremontował go, na ścianach w środku i na zewnątrz zamontowane są grube ołowiane blachy, to one znacznie zmniejszają promieniowanie, ale nic za nic, ojciec zbierał je przez prawię 15 lat. Remont skończył się jakieś 3 lata temu, największą dumę sprawił mu piec złożony z kilku innych pieców które były w okolica- mówił ciągle wujaszek
    Gdy w piecu zahuczał wiatr ojciec wstał z dumą z kolan
    -No, będzie ciepło- powiedział ojciec- biorąc pod uwagę ołów i skafandry, ze spokojem możemy siedzieć tu nawet miesiąc, a nawet i więcej- mówił ojciec z dumą stukając w blachę na ścianie- ale i tak zostać tu nie można, z smutkiem muszę stwierdzić że musimy opuścić to idealne mieszkanie- ojciec usiadł obok nas- domy i sklepy w dystansie 5 km już dawno są puste, jedyne co można znaleźć to drewno, gruz i mutanty, z tym że tych ostatnich lepiej nie spotykać, a ich ostatnio jest tu coraz więcej- w tonie ojca dało się słychać bezsilność- już jakiś czas temu planowaliśmy opuścić społeczność podziemia, czekaliśmy tylko kiedy skończysz 20 lat, wczorajsza kłótnia była przypadkowa, szukaliśmy byle pretekstu by wyjść, już jakiś czas nie znosimy rzeczy do nich, to co ciekawsze zostawiamy tutaj- powiedział ojciec
    Wstał podszedł to zadbanej szafy otworzył drzwiczki wysokości człowieka i wyciągnął z niej 3 lornetki (2 czarne, 1 ciemno zieloną) każda w pokrowcu tego samego koloru co lornetka, poszperał głębiej i wyciągnął 5 noży, nie były zwykłe kuchenne, było widać że są to porządnie wykonane noże, jeden z nich miał ponad 40 cm długości i rękojeść z czarnej twardej gumy, podał wszystko wujkowi i poszedł do innego pokoju
    Zbieraliśmy te rzeczy 15 lat- zaczął mówić wujek- na początku zostawialiśmy sobie najciekawsze rzeczy, od niedawna zostawiamy sobie prawie wszystko
    Ojciec wrócił przynosząc 2 garnki 3 piły w tym 1 spalinową
    -Po drodze jeszcze coś weźmiemy- powiedział ojciec po czym rozdzielił wszystko i spakował do 3 plecaków które już przy sobie mieliśmy
    Podniósł jeszcze dywan i wyciągnął spod niego skrzynię, było w niej około 15 magazynków, zabrał je i rozdzielił po równo
    -Tu już więcej niema, pora ruszać- powiedział wujaszek
    Wyszliśmy z budynku, ojcu szło to niewiarygodnie trudno, na dworze było już ciemno, nie wiem ile czasu spędziliśmy w domu ale na pewno więcej niż godzinę, drogę oświetlał tylko księżyc przysłonięty przez grube chmury. W okolicy mostu, niebo miało różowo pomarańczowy kolor, z tamtego to kierunku dało się słyszeć szum, nie był to szum wody, nie, coś bardziej jak szelest, i to wiele szelestów, jak gdyby rozpędzony wiatr grał jakąś melodie, nie zrozumianą dla tego co nie znał kodu, wydawała się losowa lecz piękna, szum zdawał się robić coraz głośniejszy, oraz tworzył wrażenie że źródło dźwięku się zbliża, właśnie z tamtego zaczęły wyłaniać liczne kreatury, wszystkie razem wyglądały jak jedna żywa masa, biegły całą szerokością drogi
    Ojciec i wujaszek bez wahania wrócili w kierunku mieszkanka
    -Dobra, tamtędy iść nie można- powiedział wujek
    -A co jeśli nie musimy?- odpowiedział ojciec- może by tak przejść po dachach
    -Jak po dachach- powiedziałem przerażony- Tyle co wyszedłem na powierzchni i już mam wejść jeszcze wyżej?- dopowiedziałem
    -Nie bój się młody, dachy nie są wysoko, a ulicą nie pójdziemy- powiedział ojciec
    Dopiero gdy wszedłem na dach zobaczyłem ogrom tej żywej masy, wyciągnąłem lornetkę i przyjrzałem się skąd przychodzi horda, jak jeden wielki wąż ciągnął się po tamie powstałej z mostu
    Dach był w dobrym stanie, wręcz w niewiarygodnie dobrym, wydawało się jakby w ogóle nie ucierpiał, dachówki na miejscu, liczyło się to że nie ma dziur
    W tym momencie pojedyncze mutanty zaczęły powoli wspinać się na dach Ojciec i wujaszek pospieszyli górną częścią dachu
    -Dach wydaje się solidny, ale to tylko złudzenie, nawet jeśli podmuch go nie uszkodził to belki mogły dawno przegnić- tłumaczył ojciec
    Na dach zaczęły wspinać się kolejne stwory a te pierwsze ruszyły już w pościg za nami, w szaleńczym biegu zrzucały dachówki spod swoich łapsk i ześlizgiwały się z powrotem na ulicę, niezauważone przez swych braci były przez nie tratowane, a co niektóre potykały się o martwe już ciała i same były tratowane, ta sytuacja powtórzyła się kilkukrotnie i w efekcie powstał nasyp z ciał
    Zaintrygowany sytuacją na ulicy nie zauważyłem jak ojciec i wujaszek oddalili się do przodu, te mutanty które nie spadły na szczęście były jeszcze w bezpiecznej odległości. Popędziłem w kierunku ojca który zauważył że zostałem w tyle i sam zwolnił tempo a ostatecznie zatrzymał się i czekał na mnie
    Gdy byłem kilka kroków od ojca coś zaczęło skrzypieć mi pod nogami, ojciec rzucił się w moim kierunku z wyciągniętą ręką
    Nie zdążył, dach się zarwał
    Spadając widziałem tylko rękę ojca która próbowała złapać za moją,
    Próbowała
    Nie złapała
    Spadłem

    Znowu na dole:

    Leżę, żyję, patrzę w otwór w dachu gdzie ostatnio widziałem ojca, nie ma go tam, nie ma go tutaj, nie ma go, nie ma, za to jest ktoś inny, a raczej coś innego, nie wiem jak długo tu jest, nie wiem jak długo tu jestem, nie wiem czy to już tu było, nie wiem, nie wiem co robić, to nie jest człowiek, nie wiem co to
    Cholera,
    Co to ? Nie zabił mnie, a na pewno wie że tu jestem, siedzi w cieniu ale widzę że na mnie patrzy, nie atakuje, ale w każdej chwili może, sięgam po karabin, on wstaje, odkładam go, on siada
    -Co jest?- powiedziałem sam do siebie
    Podchodzę troszkę bliżej, on dalej leży
    Zza drzwi krzyki, choć znajomy głos to poczułem się nieswojo, strasznie rozbolała mnie głowa, kładę na nią rękę
    Krwawię
    Chwila… gdzie mój hełm… gdzie ? Leży, pęknięty, obok stwora, dopiero teraz zauważyłem że monstrum też krwawi, duży fragment belki wbity jest w łapę, spadająca blacha rozcięła drugą. Monstrum w gorszym stanie niż ja, ale to nie tłumaczy czemu mnie nie atakuje,
    -Młody jesteś tam- znów znajomy głos wujka
    -Cholera, mówiłem żeby zejść przez dziurę- tym razem ojciec
    Szuka mnie, a ja zamiast się odezwać nie wiedzieć czemu podchodzę do stwora, jestem przy nim a on leży, testuję go, znów sięgam po broń, mutant ponownie wstał
    …O kurwa, o połowę większy ode mnie, ale nadal mnie nie atakuje, ja też nie będę, gdyby chciał zabiłby mnie gdy byłem nieprzytomny
    Odkładam karabin, mutant się nie kładzie, zaczyna gryźć 40 centymetrowy kawał drewna wbity w łapę, przestał spojrzał się na mnie
    Głupie, rozumiem go, łapię za kawał drewna, on zaczyna oddychać głośniej oraz głębiej, poza tym nic więcej, jednym ruchem wyrywam belkę z rany, cichy prawie niesłyszalny pisk, rana krwawi, cholera co ja robię?
    Pochodzę do zniszczonej szafy i spod desek wyciągam szmaty które kiedyś były ubraniami
    Jeszcze raz… co ja kurwa robię? Opatruje mu ranę
    Kurwa… czemu?
    On wie że chcę dobrze, wiedział o tym już przede mną, rana spowodowana spadającą blachą też opatrzona, ale czemu? On tego chciał? On to robi za pomocą mojego ciała? Ale ja to czuje jakbym robił to z własnej woli,
    Rany już opatrzone, już mnie nie potrzebuje… a mimo to wciąż żyję, siedzę obok niego a on nic, sądzę że mógłbym się o niego oprzeć a on by to zaakceptował
    Jest zimno, robię to, opieram się. Jego twarde futro grzeje, on sam jest ciepły, zaczynam przyglądać się jego sierści, dotykam ją przez rękawicę, przez dotyk czuję że jest wychudzony, na pewno głoduję, a mimo to mnie nie zjadł
    Znowu krzyki, tym razem bliżej, jakby tuż za drzwiami
    -To ostatnie drzwi, jeśli go tu niema nie mamy wyboru, będziemy musieli iść dachem- było słychać nosowy przez filtr głos
    Stwór podniósł głowę i wpatrywał się w drzwi, te z hukiem wyrywanego zamka otworzyły się, monstrum choć ranne jednym skokiem znalazło się na dachu, ja straciłem oparcie za plecami i przewróciłem się na nie wpatrując się w dziurę w której znikł mutant
    -Co to kurwa było, nic ci nie jest- podbiegł do mnie ojciec przewracając wujaszka, który jeszcze stał w drzwiach- nic ci nie jest, co to było- krzyczał ojciec szarpiąc mnie za ramie- gdzie twój hełm, cholera… Kurwa!… krwawisz- wciąż krzyczał ojciec
    -Ja… ja nie wiem, ja, byłem nieprzytomny, hełm, jest tam, zniszczony, nie wiem co to było- …skłamałem
    Tak, skłamałem, musiałem, za prawdę sam by mnie zabił, lepiej by nie wiedział nie zrozumiałby, ja sam nie rozumiem
    -Dobra, nieważne, ważne że żyjesz- powiedział ojciec- a ty, widziałeś Michał? To coś, to miało na sobie jakieś ubrania, czy to był, czy to był człowiek? – powiedział ojciec do wujka
    -To nie był człowiek, nawet jak nim był to już nim nie jest, widziałeś krew? Według mnie to jakiś mutant mądrzejszy od innych, on opatrzył sobie rany- odpowiedział wujaszek
    -Mądrzejszy… mądrzejszy, boje się że go jeszcze spotkamy, oby te szmaty przykleiły mu się do rany przypadkowo, bo jeśli umie sobie opatrzyć rany, to nie wiadomo co jeszcze umie- powiedział ojciec
    A ja słuchałem, znałem prawdę ale jej nie powiedziałem, nie chciałem jej powiedzieć, a ojciec nie chciał jej pewnie słuchać
    Choć nic nie wiedzieli było mi wstyd, w ciszy wyszliśmy z budynku a jedyne co było słychać to skrzypienie desek i wiatr wiejący na poddaszu

    Ciekawość:

    Znowu ulice, znowu otwarta przestrzeń, znowu widok na niebo i rzekę, znowu ciała stratowanych mutantów, znowu, znowu, nie chcę tu wracać, pod ziemią się dusiłem, a tu to właśnie przestrzeń mnie dusi, powietrze wolno sączone przez filtr maski przeciwgazowej nie miało zapachu, nie miało smaku, nie było w nim emocji, emocje zatrzymywały się w postaci kropel na szkłach maski, te kroplę obrazowały stres i niepokój, stres który pod koniec przeobraził się w spokój, spokój który znikł wraz z pojawieniem się wujaszka, pseudo wybawcy, nie wiem czy spokój był pozornym złudzeniem, nie wiem, strasznie dużo tej niewiedzy
    Nowy świat jest…nowy
    Inny, znam ulicę i domy, reszta czeka na odkrycie, jeśli następne pokolenia dożyją czystego powietrza będą musieli odkrywać to wszystko, wiedza gromadzona wiekami została stracona wraz z ludźmi którzy ją przekazywali, ciekawe co ja jeszcze poznam, ciekawe jaką wiedze ma ojciec, ciekawe kiedy i jak mi ją przekaże, teraz, zamiast niewiedzy pojawiła się ciekawość, ale czy jedno nie jest drugim?
    Wszak gdy pojawia się niewiedza pojawia się ciekawość, a ciekawość z kolei spowodowana jest niewiedzą, nawet gdy prawda jest straszna to chcemy ją znać
    Jesteśmy jej ciekawi
    nawet gdy znamy legendy że coś jest straszne i niebezpieczne ciągnie nas do tego
    Jesteśmy ciekawi
    Nawet gdy nasze umysły nie są w stanie zrozumieć prawdy, znajdzie się ktoś kto ją przeinaczy, ktoś kto przedstawi w zrozumiany dla nas sposób, ludzie niewiadome tłumaczyli bogami, lecz inni ludzie w końcu odnajdywali logikę, niewiedza się kończyła, ale gdyby nie ciekawość nadal wierzylibyśmy w to że ziemia jest płaska, w to że coś tam może jest, to ciekawość sprawiła że ktoś tam popłynął, sprawdził, ciekawość jest naturalna, ale też niebezpieczna
    Wielu młodych umierało na powierzchni
    W tym wielu przez ciekawość, młodzi słyną z ciekawości, z nieświadomej żądzy poznania, żądza ta ciągnie ludzi tam gdzie być nie powinni
    Hmm… co to tam tak szeleści? A tu mutant, i już jesteś martwy
    Przed ciekawością ratuje mnie ojciec, ja jak przydupas chodzę za nim, raz nie było go przy mnie, i co? Opatrywałem rany potwora, opierałem się o niego, zamiast uciec, podszedłem
    Lecz ojciec jest już ze mną, wujaszek też, zapytam, ta forma ciekawości jest bezpieczniejsza
    Zrozumie ciekawość
    Zrozumie
    …Zrozumie to że ja nie rozumiem

    Droga:

    Powrót na drogę, pamiątka po dawnych pokoleniach, przynajmniej tyle po nich zostało
    Z pomiędzy popękanego asfaltu wyrasta mech, inny niż ten z pomiędzy kamieni, dystans 50 metrów a otoczenie jest zupełnie inne, teraz zamiast domów jest mała rzeczka po lewej i po prawej stronie, tuż pod stopami, w ukryciu
    Mały most w ogóle nie ucierpiał, gdybym nie spojrzał za murek z cegły nawet bym się nie zorientował że to most, za mostem znowu domy, z lewej tak jak przedtem są niskie, z prawej jednak wyższe, wybite okna i puste drzwi straszą podobieństwem do martwych ludzi
    W ogóle wszystko jest tu martwe, życie toczą tu jedynie foliowe torebki powolnie sunące a to po niebie a to toczące się po asfalcie
    Jedna torebka pofrunęła w kierunku wybitego okna i została zassana przez przeciąg
    W oknie ruch, ledwo widoczny ale ruch. Nic strasznego, pół metrowe girlandy z kurzu i pyłu tańczyły na tym samym wietrze co foliowa torba
    Usiadłem na murku i przyglądałem się temu nowemu zjawisku, powtórzę się, nowy świat jest nowy
    Ponownie spojrzałem się w rzekę wpływającą pod mały mostek, wychyliłem się za murek tak aby zbadać ruchomą taflę wody,
    Nagle… szarpnięcie, nie… nie szarpnięcie, ktoś mnie popchnął
    Nie spadłem, odwracam się, ojciec
    -Ha ha, bardzo śmieszne- powiedziałem z sarkazmem
    Twarz ojca była ukryta przez czarną gumę maski przeciwgazowej, mimo to wiedziałem że głupio się uśmiecha, często tak robił, bardzo głupi najczęściej wymuszony żart, a potem jeszcze bardziej wymuszony uśmiech, taki już był, co poradzić, to mój ojciec
    -No już, nie dąsaj się- powiedział z radością- droga jak na twoje nogi daleka, ale i cel ci się spodoba- powiedział ojciec kończąc zdanie gdy już odchodził
    Miał rację, nie byłem stworzony do długich wędrówek, do krótkich poza tym też, a może nie byłem po prostu przyzwyczajony, życie pod ziemią nie oferuje spacerów
    Ojciec odszedł kawałek, ale czekał, rozumiał że dopiero odkrywam ten świat i prawa jakimi się rządzi, coś mi się wydaje że ojciec sam te teraz odkrywa i w krótkich postojach spowodowanymi moimi obserwacjami sam obserwuję, a może to doświadczenie każe mu obserwować, może okolica wcale nie jest tak bezpieczna na jaką się wydaję, a może głupotą jest to że siedzę tak na otwartej przestrzeni, a może ojciec chciał żebym do tego doszedł
    Podbiegłem do niego
    -Możemy już ruszać, niema tu już nic ciekawego- powiedziałem choć myślałem inaczej
    -No dobrze skoro tak uważasz, ruszajmy- powiedział ojciec, jakby z… dumą? Chyba właśnie to chciał usłyszeć
    Poszliśmy, albo raczej oni poszli, ja pobiegłem za nimi plącząc się we własne nogi, chwila przyzwyczajenia i szedłem normalnie, w miarę normalnie, głowa nadal mnie bolała, ale potylica już nie krwawiła, mimo że biegłem bez hełmu kark nie mógł utrzymać ciężaru głowy, chwilowa zadyszka, zaraz minie… oby
    Znowu w tyle, muszę dogonić ojca… Kiepski pomysł, szkła zaparowały, biegłem na ślepo, coś mnie złapało za nogę, upadłem na coś miękkiego
    Para opadła, widziałem normalnie, za nogę trzyma mnie ojciec, a pode mną śmieje się wujek, leżę na nim
    -Młody, ty nie biegnij na ślepo bo nawet nie wiesz kiedy się zatrzymaliśmy- powiedział ojciec, z tą jego ojcowską pogardą która bolała bardziej niż krzyk
    Wujek nadal się śmiał, dopiero teraz z niego wstałem i otrzepałem się z kurzu… On dalej leżał, ojciec też, nie wiedzieć czemu też się położyłem, tym razem nie na wujku a obok niego, ten przestał się śmiać i zaczął obserwować pewne mieszkanie, te same które obserwował ojciec
    Ja zamiast szukać tego co oni wolałem przebadać teren z pozycji żaby, popękany asfalt… norma, przerdzewiałe wraki samochodów… norma, ale powierzchnia, większa, jakiś plac albo coś innego czego znaczenia jeszcze nie znam, na środku jakiś filar, pomnik, dobrze zachowany, na około trawnik a na nim chodnik prowadzący do pomnika, trawnik zasłonięty drzewami, nie rosły losowo, były posadzone, lecz lata bez ludzi, a z promieniowaniem zadziałały i na nie, wyglądały jakby przestały rosnąć w górę a zaczęły rozrastać się na boki, korzenie drzew przebijały chodnik, albo wyginały go w nienaturalny sposób, na środku trawnika rosły duże krzewy a ich kwiaty mimo nocy błyszczały jasnozielonym światłem, światło nie było stałe a pulsowały, i to synchronicznie, podniosłem głowę a ojciec natychmiastowo znowu przycisnął mnie do ziemi
    Na co oni tak czekają, czego szukają
    -Co tu się dzieje- spytałem
    -Widzisz ten budynek- pokazał ojciec palcem- coś tam jest, powiem nawet więcej, chyba nas śledzi- dopowiedział ojciec
    Budynek był w strasznym stanie, chyba ledwo co stał, zawalony dach zablokował ulicę i zdarzył porosnąć już mchem, mech zaczął wspinać się po gruzie i pokrył już pierwsze piętro, przyglądając się mchu zauważyłem ruch, był on w innym miejscu niż te w które przyglądał się ojciec i wujek
    Spojrzałem się na ojca by upewnić się że nic nie zauważył, ten wpatrywał się w budynek przy użyciu lornetki, wujek tak samo
    Ja też wyciągnąłem lornetkę, ale zamiast patrzeć się w umówione okno ja wpatrywałem się tam gdzie widziałem ruch, coś rzeczywiście się tam ruszało, wolno, ostrożnie, bało się, czułem to, wiedziało że ktoś to coś obserwuję
    Stwór wszedł w światło księżyca, blade światło starczyło aby ktoś kto wie gdzie szukać znalazł to co szuka, ojciec znowu nic nie zobaczył, za to ja widziałem, to był on
    On, stwór któremu opatrywałem rany, ojciec miał rację, śledził nas od dłuższego czasu, wiedział że go widzę, czułem to, odwrócił łeb z moim kierunku, na pewno miał lepszy wzrok niż ja, niż my, każdy miałby problem z znalezieniem nas w tak słabym świetle, w dodatku leżeliśmy w lekkich zaroślach, on też wiedział gdzie szukać, inaczej by nas nie znalazł
    Wtem gwizd, jakby coś przecięło wiatr… obok stwora wzbił się pył i poleciały odłamki tynku
    -Cholera… chybiłem- powiedział ojciec
    -E tam, srał pies- machnął ręką wujek
    Poczułem strach, wiedziałem że nic mi nie grozi, a mimo to czuję strach i zmęczenie, nie fizyczne a psychiczne, dziwne
    Ojciec wstał, wujek też
    -Kurwa chybiłem- powiedział zawiedziony ojciec- dawno nie strzelałem, zapomniałem że przy tym gównie pocisk spada już po 100 metrach- mówił ojciec przez zaciśnięte zęby
    -Nie narzekaj, as-wał’a[1] to nawet z 10 metrów nie usłyszą, dobrze wiesz że to jedyna sensowna broń na teren zabudowany, gdybyś strzelał z mojej „emki”[2] to ściągnął byś tu wszystkie mutanty, a tak to stwór nawet nie wie skąd strzelaliśmy
    Kłamstwa, same kłamstwa- pomyślałem- on dobrze wiedział skąd padł strzał, wiem to… czułem to, patrzył się tu
    Ojciec wstał i mimo że wystrzelił tylko jeden pocisk zmienił magazynek
    -Co tu jest?- spytałem
    -Co?- ojciec niespodziewający się pytania nie zrozumiał
    -Co tu było?- powtórzyłem zmieniając trochę formę
    -Tu… tu był rynek- powiedział ojciec
    -Plac powstańców- wtrącił się wujek
    -Rynek? Taki, do handlu, targ?- nie do końca zrozumiałem
    -Tak, znaczy nie, znaczy tak- pogubił się ojciec- rynek to tylko nazwa potoczna, tak zostało, targu nie było, były tylko sklepy, może kiedyś był targ, ale ja nie wiem, tak jak żyje były sklepy, tam, tam i tam- powiedział ojciec pokazując palcem na drugi koniec placu- ale już dawno są puste, nie ma tam czego szukać, jeszcze znajdziemy coś czego byśmy znaleźć nie chcieli- dokończył ojciec
    -My z resztą idziemy po coś ciekawego- wtrącił się wujek odchodząc
    Tym razem nie jestem w tyle sam, tym razem wraz z ojcem dogoniliśmy wujka
    Dziwne, oni dobrze wiedzą gdzie idą a do teraz nic mi nie powiedzieli, co dziwniejsze dopiero teraz się nad tym zastanawiam
    -Dokąd my w ogóle idziemy- spytałem
    -Co?- powiedzieli ojciec i wujek hurem
    -Gdzie idziemy- powtórzyłem powoli
    Ojciec i wujek tylko na siebie spojrzeli
    -Ja nie wiem- powiedział ojciec
    -Ja też- powiedział wujek po czym się zaśmiał
    -Ta, jasne, od razu widać że kłamiecie- powiedziałem
    -Michał, co z ciebie za aktor, do niczego się nie nadajesz- zaśmiał się ojciec do wujaszka
    -Co ja poradzę, sytuacja taka a nie inna, ty sam nie potrafisz być poważny, może mu powiedzmy i tyle- powiedział wujek
    – khm- zakaszlałem na siłę- ja tu jestem, wszystko słyszę- powiedziałem z zdenerwowaniem w głosie
    -Sorry młody, opisu nie zrozumiesz, może trochę… Dobra, idziemy do straży, więcej nie powiem- odpowiedział ojciec
    -Gdzie? Do straży? Co to?
    -Nic nie powiem- powiedział jednak ojciec
    -Straż pożarna młody- powiedział wujek
    -Co?- dalej nie rozumiałem
    -Gdy coś się pali to jadą, jechali gasić pożar- odpowiedział
    -Co? Gaszą ogniska?
    -Nie młody, pożary, takie ogniska ale większe, dużo większe i… niekontrolowane- odpowiedział
    -Dobra, trochę rozumiem, pilnują
    – tak jakby- powiedział ojciec
    -Ha, a jednak, coś powiedziałeś- zaśmiał się wujek
    -A co mam siedzieć cicho?- odpowiedział ojciec
    -No ponoć miałeś- znów zaśmiał się wujek
    -Jak chcesz siedzę już cicho, nawet w przypadku śmierci nie będę wołać o pomoc
    -Ta jasne, gdyby coś ci się działo samym piskiem przegonił byś przeciwnika- dogryzł mu wujek
    Ojciec tylko się na niego spojrzał, tak jakby chciał zrobić mu na złość nic nie powiedział. Nie odzywał się przez długi czas
    Trasa była krótka, a mimo że droga była szeroka szliśmy powoli, patrząc w każde oczodoły martwych budynków, ojciec i wujek wiedzieli już że coś tu jest, że horda pso-podobnych mutantów nie wygoniła innych z miasta, nie wiedzieli że to ten sam mutant którego poznałem przy muzeum, ja wiedziałem, ja zdążyłem się przyjrzeć, ja zdążyłem go dotknąć, zdążyłem go polubić…
    Mutant, stworzenie znanego pochodzenia nie zawsze znanego przodka, niby straszny, lecz nie zawsze, niby wiecznie głodny i pełen żądzy krwi, a ja nadal żyje,
    niby monstrum, a jednak wciąż taki człowieczy. Nieznany a paradoksalnie łatwy do zrozumienia, straszny a jednak coś do niego ciągnie, może nie jest zły, może odtrącony, odrzucony. Kiedyś porzucone wilki samotnie trzymały się osad ludzkich, bywały wtedy oswajane. Ale nie, to nie jest oswojenie, owe trwa kilka pokoleń, a on, on już był, był taki, od razu
    Ojciec skręcił bez słowa, rzeczywiście się nie odzywał, zmiana kierunku nie zdziwiła wujka, po prostu poszedł z nim, odwrócił się tylko
    -Dalej młody, musimy się pożegnać- powiedział nie zwalniając tępa
    Za zakrętem od razu było widać gdzie idziemy, nie wiem tylko po co
    Zwalony most… Tędy przecież nie przejdziemy, ale może nie musimy
    Ojciec podszedł na kraniec tego co z mostu zostało, usiadł na nim w taki sposób że nogi zwisały mu w dół, w przepaść, tam gdzie jeszcze leżały ciała martwych, stratowanych przez pobratymców mutantów
    Ojciec mimo promieniowania i odoru ciał zdjął maskę przeciwgazową, położył ją obok i wziął głęboki wdech po czym zakaszlał, z kieszeni wyciągnął małe zdjęcie, takie jak w dokumentach naszej byłej podziemnej społeczności lecz te było kolorowe. Rozejrzał się po okolicy, tam gdzie pojawiała się rzeka oraz tam gdzie znikała, splunął w przepaść
    -Jeszcze nie teraz, ludzie nie są gotowi, budujemy za mało mostów a za dużo murów- zaszeptał pod nosem
    Spojrzał jeszcze raz w przepaść pochylając się niebezpieczne mocno, zdjęcie schował do kieszeni, wstał i założył maskę
    -Przyjrzyj się młody, kto wie, może to właśnie tu jest eden, a my wcale nie szukamy raju tylko jesteśmy z niego wygnani- powiedział ojciec
    Nie zrozumiałem, eden? Wygnani? O co chodzi
    Wujek stał za plecami trzymając w rękach karton rozmiarów obuwia, nie wnikałem, zauważyłem tylko że w kartonie jest mała dziurka, owy karton w jakiś sposób cieszy wujka, co on tam ma, raczej nie złapał jakiegoś małego mutanta, nawet te rozmiarów szczura bez problemu odgryzają palec, to coś innego, chyba nie ważne
    Karton trzyma kilka sekund tak jakby w nas celował po czym się zaśmiał i ostrożnie wsadził pudełko do plecaka, wyciągnął drugie i tym razem celował na wschód gdzie pojawiała się rzeka i zaczynało wychodzić słońce
    Palące oczy lecz piękne, mimo bólu nie dało się przestać na nie patrzeć, kula światła naświetlała siatkówkę oka wywołując przebarwienia widzianego świata, gdy efekt zaczynał zanikać wzrok znów wędrował w kierunku słońca, światło załamywane przez atmosferę barwiło niebo na róż i pomarańcz a stopniowe przejście między tymi barwami było prawie niewidoczne
    -Piękne- powiedział ojciec- piękne… teraz gdy atmosfera jest wypalona, nocą będziesz mógł zobaczyć zorze- powiedział ojciec
    -Co? Co to- spytałem
    -E… zjonizowany gaz, ale nie chodzi o strukturę, chodzi o wygląd, rozświetlone powietrze poruszające się niczym nici podobne do chmur, tańczące na niebie światełka, nie są częste, lecz jako wieloletni stalker widziałem już takie- powiedział ojciec- Michał, pokaż mu
    Wujaszek znów zdjął plecak i wygrzebał z niego kartkę, czarno-białą fotografię, rozmazaną ale dało się ją zrozumieć, te samo miejsce co teraz… most, już zniszczony, ojciec stoi na nim tak jak teraz z tym że na zdjęciu wpatruje się w niebo, na niebie, takie jakby falę, długie, wyróżniające się z ciemnego nocnego nieba, zdjęcie rozmazane jakby robione w ruchu, to dodaje uroku zjawisku na niebie, na zdjęciu ojciec jest młodszy, o wiele, postura podobna do mojej aktualnej, wychudzony, ledwo unoszący ciężar wyposażenia, mimo że na tamten czas mizerne, maska bo to podstawa i jakiś skórzany płaszcz owinięty taśmą izolacyjną do kabli elektrycznych, lecz w mowie skrępowanego ciała widać to samo co w aktualnej posturze ojca, i mimo że nie da się tego opisać słowami, zdjęcie przedstawia to dosłownie, coś jakby złudzenie wolności, złudzenie szczęścia, złudzenie, wszystko to przeminęło, ludzie być może już nigdy nie będą wolni, nawet lepiej, bezmyślne kreatury bardziej zadbają o planetę, mieliśmy wszystko, zrobiliśmy wszystko, odkryliśmy prawie nic, i nie zrobiliśmy nic w kierunku by chronić Ziemię, proste słowa ojca mówią wszystko choć nie mówią nic „budujemy za dużo murów a za mało mostów” ludzie się nie zjednoczą, musimy skończyć z wojnami albo wojny skończą z nami, może już skończyły a nawet tego nie wiemy, wojny są wywołane przez człowieka, więc można powiedzieć że to ludzie spowodowali wyginięcie ludzi
    Wymordowanie całego gatunku, spowoduje oczyszczenie planety, w dzisiejszych czasach można przetrwać będąc zjednoczonym z innymi ludźmi, może za 20 lat to właśnie te ludy zjednoczone odbudują nasz kraj, lecz wątpię, bardziej prawdopodobne jest to że społeczności będą toczyły wojny, mimo że i tak wszyscy dawno już przegraliśmy, ludzkość przegrała, nie ważne kto wygra, i tak już przegrała
    Wtem z rozmyślań wyrwał mnie metaliczny zgrzyt, ojciec wraz z końcówką pozostałego mostu runął w dół, jedyne 40 centymetrów… tyle starczyło by osunął się wraz z asfaltem, mówił prawdę, podczas spadania nie krzyczał, albo przynajmniej mój umysł nie przyjął tego do świadomości, 2 sekundy trwały wieczność, puste, ciche i pozbawione wszelkich emocji i zrozumienia sekundy, dopiero po 2 sekundach zareagowaliśmy, nie było najgorzej, reakcja nie została wywołana przez nasze odruchy, tylko przez ojca
    -Kurwa!- krzyknął ojciec
    Nie widziałem go, ale po dźwięku wydawało się że jest blisko, wujek pierwszy rzucił się w stronę skąd dobiegały okrzyki ojca, o dziwo wszystko robił spokojnie
    -Hehe- zaśmiał się wujaszek czołgając się w stronę urwiska- zabawy na lodzie nic ciebie nie nauczyły, co?- spytał się wujaszek- nie martw się jakoś ciebie wyciągniemy- dokończył wciąż czołgając się w stronę ojca
    -Ta, pośpiesz się może trochę, wydaje mi się że nie wszystkie martwe tu mutanty są… martwe- powiedział ojciec teraz już spokojniejszym tonem
    Wujek doczołgał się do skraju tego co zostało z mostu i spojrzał w dół
    -O… widzę trzymasz się tu jakoś- zaśmiał się wujek
    -No co a innego mi pozostaje-powiedział ojciec z radością w głosie-tylko trochę mi zimno w dłonie od tego pręta, może założę sobie rękawiczki-zaśmiał się
    -Wiesz… chyba jeszcze gdzieś znajdę te moje bez palczaste, ale spokojnie, palce ci uratujemy- dokończył wujek
    W ich głosie nie było słychać strachu, mimo że ojciec wisiał nad przepaścią, i może nawet gdyby nie zabiłby go upadek, na pewno rozszarpały by go niedobitki z byłej już hordy mutantów, a jednak, nawet nie tyle co spokój, co może nawet radość, jedno było pewne, dobrze wiedzieli że ojciec z tego wyjdzie, i nawet jak stałem te 3 metry od leżącego wujka i nic nie widziałem, z rozmowy łatwo było wywnioskować że będzie dobrze
    Ojciec czegoś się złapał, a głos nie dobiegał z dystansu większego niż 5 metrów
    -Będzie dobrze- powiedział wujek- podać ci rękę czy może jednak linę?- zapytał wujek- a może jednak sam se tu wejdziesz?- dokończył ten
    -Eh… tak to z tobą jest, co? Dobra jak chcesz… wejdę sam, daleko przecież nie mam- odpowiedział ojciec próbując zachować powagę, choć mu to nie wychodziło
    -Ej ej ej- zaoponował wujek- jak taki jesteś poważny to dajesz, wchodź sam- zaśmiał się wujek odczołgując się w tył w moim kierunku
    -Świetnie- powiedział ojciec z dołu- niech już ci będzie- zaczął wspinać się ojciec
    Oczywiście najpierw widać było czubek głowy, ale na tym etapie nastąpiła pauza, szybkie wybicie, metaliczny stukot… jakby ojcu coś poprzewracało się w plecaku i brzuchem znajdował się już na asfalcie, zgrabne uniesienie nóg i jeszcze zgrabniejszy przewrót na bok i ojciec znajdował się już cały na drodze, nie wstając przeczołgał się jakieś 2 metry i z dumą w jednym podskoku wyprostował się na baczność
    -Brawo- powiedział z śmiechem w głosie wujek- brawo… ale w takim razie po co my tutaj, mój mistrzu- dokończył wujek teraz już zanosząc się śmiechem
    -Jak to po co, by pomagać, a po co by innego- powiedział ojciec tak samo ledwo powstrzymując śmiech
    -Przecież sam sobie poradziłeś- odpowiedział wujek
    -Bo musiałem- odpowiedział krótko ojciec- jednak gdy jest się z kimś, to zawsze jest łatwiej, nawet gdy druga osoba nie pomaga, to tak naprawdę pomaga, po prostu mobilizuje, po prostu jest, nie warto umierać gdy ma się taką osobę, a ja mam takie dwie- powiedział patrząc się na mnie- jedną już straciłem, więcej już nie chcę- powiedział teraz już z prawdziwą powagą i odszedł w kierunku schodów które prowadziły na brzeg rzeki

    Strata:

    Schody były w dobrym stanie, co było wręcz niewiarygodne, zachowały się stopnie więc nie było problemu poznać że są to schody, lepsze niż drabina, o niebo lepsze, gdy idzie się równo, czuję się… równość, nikt nie idzie z przodu, nikt nie idzie z tyłu, idziemy równo, szerokość schodów na to pozwala, bez obaw można stawiać kroki, na schodach błąd nie spowoduje pionowego upadku z wysokości, takie prymitywne rozwiązanie, a jednak tak duży luksus, nie doceniamy tak prostych rzeczy, do tego momentu kiedy czegoś nie stracimy, dopiero gdy czegoś niema, widzimy że tego potrzebujemy, a gdy jest… po prostu jest
    Ojciec stracił miłość… ja straciłem matkę, lecz miłością ojca nie była tylko moja matka, ojciec kochał świat, ja nie zdążyłem go pokochać, każdy z nas coś stracił, każdy, nawet jak ktoś czegoś nie zdążył otrzymać, to już to stracił, każdy z nas stracił świat, wielki świat stworzony z metalu i szkła, ten stworzony przez człowieka
    Oraz ten równie piękny stworzony przez naturę, równie piękny, a może i piękniejszy, lecz teraz, równie dziki co metalowe szkielety miast, a może i miasto jest dziksze, jakby nie było, domy to domy, nie zmienia się budynek, zmieniają się mieszkańcy, a ci zdążyli się już zmienić, i to znacznie
    Brzeg też się na pewno zmienił, porośnięty czymś na kształt trawy, ale wyższej, grubszej, i ostrej, gdyby ktoś chciałby przez nią przejść, na pewno pociął by sobie skafander, trawa lekko falowała na wietrze, dając wrażenie że żyję, a może i jednak żyła, nie wiadomo czego można się spodziewać po nowym świecie
    Połacie trawy wdarły się na kilka metrów w ląd, porastając przy tym to co zostało z chodnika, który ciągnął się wzdłuż tego co zostało z brzegu, a nie zostało dużo, rzeka była płytka, ale szeroka, przez te 20 lat zdążyła pożreć ładny kawałek lądu, tworząc przy tym nowy obraz rzeki, nowy obraz wszystkiego
    Wszystko się zmienia, wszystko co fizyczne, na starym miejscu pozostaje tylko to co mentalne… to co psychiczne… osobowość… wracam do słów ojca bo ciężko je zrozumieć mimo że są bezpośrednie, wciąż są niekompletne, nie mają bezpośredniego odniesienia, wyrwane z kontekstu. Nie zapytam… boje się, nie wiem czego, po prostu nie chcę, nie będzie mi do dawało spokoju, ale nie zapytam, po prostu, po prostu nie, będę obserwować, słuchać, może sam coś dopowie, nie dosłownie, ale powie, wcześniej czy później
    „Ludzie nie są gotowi”… na co? Dlaczego? Dlaczego akurat to powiedział? Czy na tym małym kawałku papieru była moja matka? Czemu nigdy nie pokazywał fotografii? Żadnej… dosłownie żadnej… dobra… pocztówki, ale to nie to samo, pocztówki są jak… karty kolekcjonerskie… nic po nich nie ma, oprócz tego że można na nie popatrzeć, poza tym są martwe
    Miłe wspomnienie jakim mocarstwem była ludzkość? Czy może coś na znak tego jak bardzo zjebaliśmy
    Jedno jest pewne… na pewno zjebaliśmy. Nie boje się tych słów bo inaczej nie opisze sytuacji w jakiej znalazła się ludzkość, pewnie i o to chodziło ojcu
    Nie zmienimy się… nie zmienimy świata… pozostaje nam tylko egzystować pod ziemią, w ukryciu nie przed promieniowaniem, a sądem, mimo to jesteśmy na powierzchni… morderca wraca na miejsce zbrodni
    O ironii… jedyny sposób by poznać stary świat to książki… rzecz w tym że w tych trudno odróżnić prawdę od fantastyki… wszystko wydaje się nierealne, upadek z wysokości boli bardziej niż z pierwszego piętra, a my byliśmy wysoko, z tym że nie spadliśmy na grunt, dodatkowo spadliśmy na jakiś minusowy poziom… w dziurę… pod ziemię… i siedzimy w niej dalej, jakby przy upadku dodatkowo połamalibyśmy sobie nogi, a teraz bez nadziei na ratunek… albo nawet na to że ktoś nas dobije, czekalibyśmy na śmierć głodową… nie samotną, zbiorową… każdy połamał sobie nogi… i nikt nikomu nie może pomóc… nie potrafi… albo nawet nie chcę… chcę tylko czekać… na wolną… spokojną śmierć
    -Młody!- krzyknął ojciec- słuchasz ty mnie? Ile można gadać? Na pewno wszystko z tobą w porządku? Nie poprzewracało ci się nic w głowie po upadku- powiedział jednocześnie z złością i zmartwieniem w głosie- zaraz skręcamy z powrotem na ulicę, specjalnie nadłożyliśmy drogi byś mógł sobie popatrzeć- dokończył już z niechęcią
    -Ta…- wtrącił się wujek- bo to wcale nie było tak że chcieliśmy uniknąć spotkania z mutantami- zaśmiał się wujek
    -No nie… wcale- powiedział ironicznie ojciec też z lekką radością w głosie- jakby nie było… młody nie umie używać „ogryzka[3]„, co by było gdyby został sam na sam z mutantem- dokończył
    -No co? Pierwszy dzień i już była taka sytuacja- zaśmiał się wujek
    -I co? Strzelił? Miał chociaż broń uszykowaną? Nawet jej nie trzymał- powiedział z lekkim podenerwowaniem
    -No niby nie- odpuścił wujek
    Tymczasem ja stałem z boku i z poczuciem winy wsłuchiwałem się w rozmowę, jakby, zapomnieli o mnie
    -Teoria to za mało- dokończył ojciec- musimy wyjechać na jakieś zadupie gdzie nawet mutanty wolą nie chadzać, tylko tam bez problemu będziemy mogli zająć się praktyką- dokończył ojciec stanowczym głosem
    -Wyjechać- wtrąciłem się w rozmowę i dopiero wtedy sobie o mnie przypomnieli- jak „wyjechać”? Idąc nie minęliśmy nawet wraku który ostał się w jednym kawałku, a teraz nagle mamy pojechać?
    -Młody- powiedział ojciec z lekkim współczuciem- myślisz że owe wraki same zniknęły? Że bomba je po prostu wyparowała? Latami grabiliśmy wraki, w garażach znajdywaliśmy części, to co z aut się ostało też wykręcaliśmy, części było pod dostatkiem, problemem była wiedza, a konkret jej brak, racja, pod ziemią byli mechanicy, ale, nie wiesz jakby zareagowali, sądzę że do teraz nie rozumiesz o czym mówię… mamy auto… i to jeszcze jakie
    Pod czarną skórą maski przeciwgazowej nie było widać twarzy, ale ojciec na pewno się uśmiechał, w głosie dało się wyczuć podekscytowanie
    -Powiem ci jedno, bydlak jakich mało… a teraz może i jedyny taki… na pewno jedyny, mniejsza, mamy go
    Ojciec podszedł do mnie i położył swoją dłoń na moim ramieniu, spojrzał mi głęboko w oczy a ja w jego widziałem… nie płomyk nadziei… a pożar, dla niektórych ten wzrok mógł wydać się wzrokiem szaleńca, ale nie dla mnie
    -Monstrum na chodzie, paliwa mamy zapas taki że można przejechać połowę globu, możemy stąd uciec, rzucić to wszystko w pieruny, rozumiesz jakie to otwiera możliwości? Znaleźć miejsce wygodne do życia, pokojowo nastawionych ocalałych zabrać ze sobą, odbudujemy dawne ludzkie mocarstwa- teraz jego wzrok na prawdę był wzrokiem szaleńca- przejedziemy setki kilometrów, nasze zadupie nie mogło być jedynym miejscem które przetrwało, racja, nie byliśmy szczególnym celem, może dzięki temu zwykła dziura okazała się schronem, ale pomyśl o górach, kopalniach węgla i soli, o świętej górze… o tej… katedrze w środku góry… tam na pewno ktoś przeżył… wycieczki tam były częste… turyści na pewno ocaleli… wodę tam mieli własną… przefiltrowaną przez metry skał… tam to musi być dobra woda… pełna minerałów… żyją tam jak w niebie… na pewno- ojciec już na prawdę się rozmarzył, a wujek nawet mu nie przeszkadzał, był przyzwyczajony do marzycielskich ataków ojca- na pewno jak w niebie… nie bez powodu to święta góra… a morze… jod w powietrzu… ciekawe czy oni w ogóle wiedzą czym jest promieniowanie… albo metro w Warszawie albo te na Ukrainie… najgłębsze metro stworzone przez człowieka… najgłębsza stacja ponad sto metrów pod ziemią… a u nas… co to tam pięć metrów… co to nawet i dziesięć… u nas chłopy i baby coraz rzadziej mają dzieci, myślisz że to nie przez promieniowanie? Że tam byliśmy bezpieczni? Tam i tak rodzą się mutanty, większe lub mniejsze, ślepota jest normą a dodatkowa ręka postrzegana jest pozytywnie, brak uzębienia i siwizna lub łysina u dzieci też już nikogo nie dziwi, myślisz że ty nie jesteś mutantem, myślisz że ja albo Michał nie jesteśmy? Posiadając zwykły nowotwór możemy nazwać się mutantami, ktoś jest ślepy a ktoś widzi w ciemności, ktoś rodzi się karłem a ktoś osiąga ponad dwa metry, rodzą się bez nóg a ktoś ma dodatkową, pomijam fakt fosforyzujących białek w oczach, pamiętasz jeszcze Kryśka? Na imię Krystian a w ciemności widzi… jak kot… jak ryś… przezwiska nie biorą się znikąd… albo Marię? Dodatkowa ręka… to przez prześmiewcze powiedzenie „Bozia rączki dała”… dużo u nas było mutantów… co niektórzy nie odczuwali wpływu promieniowania a inni potrafili zmysłami określić poziom skażenia… a inni nawet się niż żywili
    Nikt z nas nie jest czysty, każdy z nas nosi w sobie błędy przeszłości, błędy nasze lub cudze, błędów się nie cofnie, blizny zostaną na zawsze, możemy naprawić tylko efekty, błędy przeszłości są jak choroby genetyczne, jak mutacje, nie wyleczymy ich, pozostaje nam tylko leczyć objawy, i powstrzymać chorobę przed postępowaniem, przed narastaniem, nie popełniać tych samych błędów dwa razy, ludzie jednak są debilni w swym geniuszu, uczymy się na błędach… ale tylko swoich, cudze błędy niczego nas nie nauczą, i oto ten debilizm, na podstawie tego… mogę sam nazwać się debilem… problem w tym że w takim przypadku każdy jest debilem… każdy… ludzie są i pozostaną potworami… większe monstra niż mutanty dziko i bez ładu i składu biegające po ruinach, kierowane jedynie podstawowymi instynktami, w sumie tak samo jak ludzie, w cale nie jesteśmy mądrzejsi od nich, myślimy na tym samym poziome, ale w inny sposób, inaczej rozpatrujemy pewne sprawy
    Ehh… ludzie się nie zmienią… gdyby ktoś odbudował ludzką potęgę… zniszczymy ją ponownie, i ponownie, i ponownie… do momentu aż zniszczymy nie tylko ludzką potęgę, a też samą ludzkość- poruszenie w głosie ojca zaczęło opadać
    Ostatecznie wypalony przemową zabrał dłoń z mojego ramienia i ślamazarnie odszedł w kierunku którym mieliśmy kontynuować marsz, wujek się nie zdziwił, wiedział że paliwo ojca wypali się wcześniej czy później, teraz bez jakichkolwiek rozmów maszerowaliśmy w kierunku zabudowań… zaczęło się od rozmowy o aucie… ojciec nawet nie dokończył, zupełnie zmienił temat i zapomniał początek… to w jego stylu, ale znowu, nie zapytam, sam kiedyś powie, on taki jest, jakby, mówi coś zupełnie nie planując tego co ma powiedzieć, potem myśli o tym w tajemnicy, i z opóźnieniem nawiązuje do starych tematów tylko po to by dokończyć
    A czasu na przemyślenia miał dużo, zwłaszcza pod ziemią, wracając z powierzchni kładł się na łóżku mówiąc że chcę odpocząć, ale nie spał, dziwne, kontrolowałem to czy śpi, ale nic nie mówiłem, jak zawsze nie pytałem, wracając do starego… ciekawość nie zawsze jest pozytywną cechą, kontrolowałem go kiedy zaśnie, nie jak syn, a jak ojciec. Nie potrafiłem spać z myślą że ojciec nie śpi, dopiero jak on zasnął, to i ja kładłem się spać, obok niego, nie jak ojciec i syn, a jak stare małżeństwo, teraz jak na to patrzę… to brzmi dziwnie, no ale co poradzić, tak było, faktu się nie oszuka, nie warto nad tym rozmyślać… wszystko przyjdzie w swoim czasie… jak zawsze

    I znowu ulice:

    Trawa zaczęła zmieniać się w zarośla niemożliwe do pokonania, akacjowe krzewy też się zmieniły, teraz porastając całą szerokość brzegu, a same przypominają pnącza najeżone kolcami
    -Tędy nie przejdziemy- powiedział wujek- na szczęście nawet nie musimy, zaplanowana trasa i tak idzie w innym kierunku, za tymi krzewami nie ma nic poza legowiskiem mutantów
    Ojciec wypalony przemową nadal nic nie mówił, zbierał myśli do kupy
    -Skręcimy tutaj i będzie dobrze- pokazał wujek palcem w kierunku  wąskiej brukowej drogi- potem zwykła asfaltowa, skręcimy, i jesteśmy na miejscu- kontynuował
    Ahh… brukowa droga, moja ulubiona, wygrzebywanie mchu spomiędzy kamieni jest prostym a zarazem przyjemnym zajęciem
    Wiem że tym razem nie będę mógł się zatrzymać, wąska droga na prawdę jest wąska, otoczona ceglanym murem na wysokość około 2 metrów. Jesteśmy tu łatwym celem, w dodatku niedaleko te gniazdo mutantów,
    a dosłownie 30 metrów od nas jakieś ruiny, nawet nie wiem czego, są w fatalnym stanie, widzę tylko próchniejące podpory… jak widać budowla rozpada się więcej niż 20 lat, kiedyś jeszcze próbowano ją ratować, teraz nie ma jej kto ratować
    Każdy zajmuje się swoimi sprawami, nikt nie przejmuje się że gdzieś na zadupiu, z dala od bezpiecznej dziury, rozpada się zabytek, bo kto by się tym przejmował, zwłaszcza w takich czasach
    -Młody rozglądaj się- powiedział wujek- w tych ruinach mieszkają ptako-podobne mutanty, w sumie bardziej nietoperze, nie są duże ale latają w stadach
    -Ale zdajesz sobie sprawę z tego że nie wiem co to „ptak” ani „nietoperz”- odpowiedziałem
    -Ehh… lata se małe gówno i tyle, z tym że groźne gówno- wtrącił się ojciec- lepiej przyśpieszmy kroku, nie jesteśmy  tu bezpieczni
    [1] „AS-WAŁ”- radziecki karabin ze zintegrowanym tłumikiem, podczas strzału słychać tylko zamek

    [2] „EMKA”, „skrót”- w tym przypadku M4A1

    [3] „ogryzek”, „skrót”- gwarowa nazwa AKS-74U, skrócona wersja kałacha

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 4 miesięcy, 1 tydzień temu przez  BINIAS.
Oglądasz 4 wpisy - 1 z 4 (wszystkich: 4)

Musisz się zalogować by odpowiedzieć w tym temacie.