Główna FORUM Wasza twórczość opowiadanie w świecie Achromatopsji

Temat zawiera 3 odpowiedzi, i ma 2 odpowiedzi, ostatnio zaktualizowany przez  kirej 4 miesięcy, 1 tydzień temu.

Oglądasz 4 wpisy - 1 z 4 (wszystkich: 4)
  • Autor
    Wpisy
  • #5056

    kirej
    Uczestnik

    Jakiś czas temu podjałem sie napisania opowiadania osadzonego w warszawie, które byłoby w pełni spójne z opisem miasta z „Achromatopsji”. Uprzedzam, ze jest dość długie, ale w moim mniemaniu dopracowane i ciekawe. Liczę jednak przede wszystkim na wasze opinie i komentarze.

    (przy czytaniu znajomość achromatopsji jest wskazana, choć nie obowiązkowa)

    *nie wiem jak na nowym forum wstawić zdjęcie w temacie, jak odkryję dodam mapę*

     

    #5057

    kirej
    Uczestnik

    REPERKUSJA

    Zgodnie z zaleceniem Docenta, notował będę każdy zauważony szczegół stacji i zachowania ludzkiego. Papieru mało, więc myśli będę ujmował skrótowo. Dziś wyruszamy z Politechniki; ja, jeden ze znanych mi Strażników Akademickich i żołnierz wiadomego pochodzenia. W dalszych meldunkach nie będę zamieszczał personaliów nikogo z nas jak również życzliwych nam osób, na wypadek przechwycenia meldunków.

    Stacje opuścili gdy zegar wskazywał godzinę 14, zaraz po krótkiej odprawie prowadzonej przez Docenta i kilku mrukliwych mężczyzn, którzy kazali tytułować się Komisarzami i w zastępstwie za tragicznie zmarłego Rektora pomagali rządzić stacją z ramienia Ratusza. Na przedzie szedł Żołnierz z Arsenału, który przedstawił się jako Piła, teraz pozbawiony munduru, który na Politechnice zamienił na prostą szarą bluzę i narzuconą na nią kurtkę przeciwdeszczową w maskujących kolorach. Podobnie wyglądał Paweł; Strażnik Akademicki. Obydwaj nawykli do mundurów wybrali stroje paramilitarne, tylko ostatni z wyprawy, politechnik Kostek, ubrał się całkowicie zwyczajnie. Jego odzienie w wypłowiałych kolorach, buty na sportowej podeszwie wypchane szmatami i szyty już w tunelach plecak sprawiały, że niczym nie wyróżniałby się na dowolnej stacji. Może poza bogatym Ratuszem, albo dresiarskim Wawrzyszewem.

    Glany  Żołnierza stukały o beton, co jakiś czas wydając pluskający i mlaszczący odgłos, gdy natrafiły na kałużę błota. Pierwszy z idących nazywał się chyba Janek, choć Kostek nie miał co do tego pewności. Dwaj pozostali zwracali się do niego pseudonimem, tak jak delegowany z Ratusza sobie życzył. Teraz świecił na boki mdło błyskającą latarką i bez słowa prowadził ich w stronę stacji Pole Mokotowskie.

    Teren od którego wzięła nazwę, a na granicy którego się znajdowała, był teraz dokładnie nad ich głowami: na Poli, jak zwali ją dawni studenci, krążyły plotki o tym jak teraz wygląda ten ogromny park. Chyba nawet Paweł, choć należał do Straży kilka lat, nie miał do końca pewności co znajduje się na powierzchni w okolicy stacji. Szperacze wychodzili na górę w towarzystwie najlepszych, ciężkozbrojnych strażników. Tylko dlatego wracali.

    Co do samej stacji, też niewiele było wiadomo. Nawet gdy była jeszcze zamieszkana, uczeni z Politechniki nie utrzymywali z nią ścisłych stosunków. A tunel pod Polem, podmokły i nawiedzany przez promieniowanie , był uważany za bardzo niebezpieczny. Zresztą czego ludzie ze śródmieścia mieliby szukać na południu?

    Przed nimi coś zakwiczało, Piła błyskawicznie uniósł drugą rękę, tak że równolegle do snopa światła z latarki wodził teraz lufą pistoletu.

    – Stójcie! – Lata ćwiczeń w wojskach Ratusza dały o sobie znać: choć nawykły do dłuższej broni, teraz złożył się do strzału i wypalił. Daleko w ciemności rozległ się kolejny kwik, a potem pisk. Koniec. Cisza.

    Ruszyli dalej, krok za krokiem. Żołnierz przyśpieszał, jego towarzysze wręcz przeciwnie, starali trzymać się z tyłu. Paweł dzierżył w dłoni metalową pałkę, podobną do tych używanych przez Strażników na co dzień.

    Piła schylił się i podniósł coś na wysokość oczu: wyglądało to jakby kłębek szmat wisiał na grubym sznurku, jednak w blasku latarki Konstanty zobaczył, że jest to małe stworzenie podobne do szczura, głowę miało jednak bardziej jak wiewiórka i wyposażoną w duże zęby, z kłami jednoznacznie wskazującymi na drapieżny charakter. Żołnierz podsunął mu mutanta:

    – Coś nam o tym powiesz, profesorze?

    – Nie jestem biologiem, ledwo skończyłem gimnazjum, więc profesorem tym bardziej nie jestem.

    Żołnierz wzruszył ramionami i wyrzucił stworzenie za siebie.

    – Dla mnie wszyscy politechnicy jeden w drugiego tacy sami wyedukowani.

    Kiedy ruszyli dalej, Kostek zaczął zastanawiać się ile już idą tym przeklętym tunelem; przecież kiedyś, gdy jeszcze jako nastolatek jeździł tędy do szkoły, droga miedzy stacjami nie zajmowała nawet kilku minut.

    Jakby w odpowiedzi na jego myśli tunel nagle się urwał i po lewej stronie zamajaczyło światło. W ledwie widocznym blasku, przyzwyczajone do ciemności oczy wędrowców rejestrowały kolejne szczegóły otoczenia. Znaleźli się jakby w ogromnej pieczarze, której sklepienie ginęło w mroku, kiedy Piła skierował latarkę w górę, zobaczyli poczerniały od popiołu sufit, wygięty jak wnętrze beczki. Na wyspie peronu, którą mieli teraz po lewej stronie, walały się jakieś graty, w większości sczerniałe od ognia, jakieś rury i kratownice. Z zalegającej na ziemi warstwy drobnych śmieci zmieszanych z popiołem unosił się zapach spalenizny, jakby pożar został dopiero co ugaszony.

    Paweł pierwszy otrząsnął się z przytłaczającego wrażenia, jakie wywarła na nich stacja, i na rękach podciągnął się na krawędź peronu. W jego ślady poszedł Piła, a Konstanty musiał podstawić sobie jakąś skrzynkę, bo z plecakiem nie był w stanie wciągnąć się na górę.

    Dogonił towarzyszy już po drugiej stronie, gdzie usłyszał ich głosy:

    -… Z politechniki, mamy towar do wymiany, na Wilanowskiej.

    – Aż tam? – w odpowiedzi rozległ się cichy, zgrzytający głos. Jego właściciel nie czekając na odpowiedź zaniósł się kaszlem.

    – Nie inaczej. A wy? Czym się zajmujecie? – to wciąż Żołnierz mówił, i wciąż zachowywał wyższą pozycję, względem rozmówcy znajdującego się poniżej, na torowisku. Obok niego na platformie stała dziwna lampa, zrobiona z jakiegoś szklanego słoja, oświetlała przede wszystkim bury płaszcz, jakim okrywał całe ciało, poza głową i zwisającą mu na szyi dziwną maską. Nagle za nim coś się poruszyło; Kostek dopiero teraz zauważył drugą postać, różniącą się od pierwszego mężczyzny tylko kapturem zakrywającym głowę. Spod kaptura bielała maska, której czarne, okrągłe wizjery nadawały wyrazu wyszczerzonej czaszki. Taką samą maskę miał na szyi kaszlący rozmówca Piły.

    – Jesteście grabarzami? – wyrwało się Pawłowi pytanie, wzbudzone widocznie taką samą obserwacją jakiej dokonał Konstanty. Na dźwięk tego pytania druga postać ptasim ruchem zwróciła na nich oczy i głosem stłumionym przez maskę powiedziała krótko:

    – Tak.

    – Niewielu wie, że tu działamy, zwykle mamy kontakt tylko z przedstawicielami zarządu stacji, a i to najczęściej w tunelu, poza stacją. Panowie są kimś takim? – inteligentnie błysnął okiem, chwilę przed tym, jak kolejna fala kaszlu zgięła go w pół.

    – Kim jesteśmy to nasza sprawa. A ja nie śmiem już dłużej zatrzymywać tak ważnych jak wy person. – Kostek zabrał głos po raz pierwszy, i teraz ukłonił się teatralnie, nie spuszczając oka z Piły. Ten poprawnie odczytał jego znak, i bez słowa popchnął Pawła w stronę południowego krańca stacji. Konstanty wysunął się przed nich, tak że to Żołnierz zamykał pochód. Szybko opuścili krąg światła rzucany przez małą latarnię grabarzy, którzy wspięli się na peron.

    Gdy trzej podróżnicy znikali w lewym tunelu, do którego poprowadził ich Piła, szybko pozostawiając za sobą mały świetlik, wydobywający z mroku dwie postacie w białych jak kość maskach.

    ***

    Piła pozwolił im zatrzymać się dopiero przy wnęce w ścianie tunelu, która jak okazało kryła metalowe drzwi. Wyjaśniło się czemu wybrał lewą nitkę tunelu; położenie tej kryjówki musiało być mu znane. Pomajstrował coś przy zamku i w sobie tylko znany sposób otworzył drzwi. Gdy Kostek je mijał, zauważył że brakowało na nich klamki albo zamka, który był zaspawany, więc system zamykający musiał się kryć we framudze. Dzięki temu bardzo trudno byłoby wyważyć wejście. Gdyby ktoś w ogóle je znalazł.

    Zaraz za drzwiami zaczynał się krótki korytarzyk, w którym ledwie dało się manewrować z plecakiem, Piła nie poprowadził ich jednak wgłąb, tylko skręcił w prawo, gdzie znajdowała się mała nisza, prowadząca do klitki. Kiedy weszli do środka wszyscy trzej i każdy położył na ziemi plecak, zostało jeszcze akurat tyle miejsca by na środku postawić prosty palnik turystyczny, zasilany gazem z butli produkowanych na Politechnice. Musieli podkurczać nogi by nie przypalić czubków butów, ale już chwilę później na ogniu grzała się konserwa. Dopiero wtedy Piła powiedział:

    – To co widzieliście to nie jest element naszej misji. Dostałem informacje na temat tego odcinka dopiero przed wyjazdem i… – nie dokończył, bo przerwał mu Kostek:

    – Ja też dostałem informacje. Ale nic nie było o tych tutaj. Nie wiem czy widziałeś, ale na tej drezynie z dziwną platformą, mieli sterty czarnych worków z czaszką.

    – Zakładam, że domyślasz się co tam jest. – Piła zwracał się wprost do Politechnika. Wtedy siedzący obok Paweł, do tej pory zajęty pilnowaniem konserwy i nie wdający się w rozmowę nagle rzekł:

    – Dżuma. Zaraza. Zarodniki trupów. – podniósł wzrok. – to zabiło całą stację, do dziś sprzątają stamtąd zwęglone szczątki.

    Opuścił znowu głowę, ale towarzysze dojrzeli w jego oczach łzy. Przerywając milczenie Piła wstał, spojrzał na wyjęty z kieszeni na piersi zegarek i oznajmił:

    – Tutaj nocujemy. Już grubo po wieczorynce. – zawiedziony brakiem reakcji spojrzał na towarzyszy, a potem oddalił się do korytarzyka. Doszedł ich stamtąd dźwięk otwieranych drzwi, a potem szczęk zamka. Widzieli jednak, że Żołnierz nie  poszedł z powrotem do tunelu, tylko w prawo, dalej w głąb dziwnych pomieszczeń.

    Droga z Politechniki minęła bez przeszkód, w tunelu poziom wody znośny, nie sięga nigdzie wyżej niż na dwa centymetry. Napotkaliśmy małego mutanta, rozmiar około jednej dłoni. Zabity strzałem, choć nie wykazywał agresji. Stacja Pole mokotowskie ciemna, napotkaliśmy jedynie dwóch ludzi legitymujących się zawodem grabarzy. Nocujemy w tunelu, bo już wieczór. Miejsce sprawdzone i bezpieczne.

    ***

    Nie zauważyli kiedy Piła wrócił, by obudzić ich rankiem. Gdy Konstanty otworzył oczy, wszystkie ich rzeczy były już spakowane, co oznaczało, że żołnierz jakiś już czas kręcił się bezszelestnie po malutkim pomieszczeniu. Teraz poderwawszy ich na nogi zarządził powrót do tunelu. Drzwi do kryjówki, tak jak wczoraj, nie zabezpieczył po zamknięciu, co sugerowało, że blokują się same.

    Po kilkunastu krokach nakazał im zwolnić, na pytające spojrzenie Pawła odpowiedział:

    – Gdybyśmy pojawili się na stacji z samego rana, wzbudziłoby to podejrzenia. Handlarze i karawany nie chodzą tunelami, gdy na górze trwa noc, w tym czasie czekają na stacjach. Musimy udawać, że idziemy już od dawna, i ostatni postój zrobiliśmy jeszcze na Politechnice, skąd ruszyliśmy dziś rano. Tak będziemy mówić, gdyby nas ktoś pytał.

    To logiczne wyjaśnienie wygoniło Kostkowi z głowy dalsze pytania, jego myśli wróciły więc na wczorajszy tor, czyli temat opuszczonej stacji. Gdy tak rozmyślał, zbliżył się do niego Paweł; szli teraz koło siebie, a Piła prowadził trzy kroki przed nimi co najmniej.

    – Pytałeś wczoraj o Pole. – powiedział beznamiętnie Strażnik, ni to pytając, ni stwierdzając. – Powiem Ci więc coś, o czym niewielu wie.  – zerknął lękliwie w przód, na Żołnierza.

    – Tak? – zachęcił go politechnik.

    – Grabarze wychodzą na górę. Na Pole. Tam nie jest nawet w połowie tak strasznie jak mówią ludzie. Ale mówią tak, żeby żaden zbieracz na własną rękę nie postanowił go zwiedzić.

    – Czyli co tam jest? – Kostkowi mocniej zabiło serce; okazuje się że Strażnik wiedział więcej niż mogłoby się wydawać.

    – Był tam kiedyś basen. Znaczy bardziej takie jeziorko chyba. Obmurowane na brzegach, nie wiem do końca, widziałem to tylko raz. I to jezioro jest w połowie pełne takich worków z czaszką jakie mieli grabarze. Podobno nawet śnieg ich nie przykrywa. – zatrzymał się i spojrzał Konstantemu w oczy. W jego spojrzeniu znów było znać jakiś dojmujący smutek. –Trupy. Wszędzie trupy.

    – Dlatego na Polu nie ma nawet mutantów. Zabiła je ta sama zaraza co stację, wyniesiona w ciałach mieszkańców pod niebo. – Piła powiedział to jak gdyby nigdy nic, jak fakt ogólnie znany. Spojrzał na nich przelotnie przez ramię, i ruszył dalej. Podążyli za nim, by już po chwili dotrzeć do muru z betonowych podkładów, przegradzającego tunel w poprzek.

    Gdy byli od niej jakieś trzy metry, zapłonął ukryty za metalową kratką halogen i całkowicie ich oślepił. Z drugiej strony bariery rozległ się głos:

    – Stacja Racławicka, czym mogę służyć?

    – Handlarze, idziemy z Centrum, na Wilanowską.

    – Nic do oclenia? Żadnych kwitów ani towarów do magazynu?

    – Nic. – teraz to Paweł odpowiedział.

    – Zapraszam więc w nasze skromne progi. – reflektor zgasł, i ukazał się im młody chłopak, wychylający się zza muru. – Musicie przejść górą, nie będę was prowadził do wejścia towarowego.

    Po tych słowach cofnął się, pozwalając trójce przybyszów przedostać się przez barierę. Sięgała im powyżej pasa, a po drugiej stronie krył się przykręcony do stojaka karabin. Amunicji w skrzynce obok było niewiele, ale na samej stacji z pewnością jej nie brakowało: Racławicka stanowiła w końcu magazyn dla całej linii metra. Chłopak wycofał się do małej wnęki, by zwolnić im przejście. Nie wypuszczał jednak z dłoni metalowego drąga, którym w każdej chwili mógłby któregoś z nich uderzyć. Za nim, na prostym drewnianym krzesełku z ułamanym oparciem siedział stary Wietnamczyk pijący herbatę. Gdy przechodzili uniósł czujne ciemne oczy, w  mroku koło niego odblask lampy zawadził o ostry kant jakiejś broni.

    Choć strażnicy odprowadzali ich nieufnym wzrokiem, Kostkowi nader dziwne wydało się, że ich obsada jest tak nieliczna, i że żaden z nich nie kontroluje ich poczynań na terenie stacji. Przecież jeśli każdy może tu tak po prostu wejść, to mógłby ukraść bezcenne…

    – Chryste… – wyrwało się stojącemu obok Pile. Wszyscy trzej zamarli w miejscu gdzie tunel dojazdowy łączył się z halą stacji. By rzec najprościej: jedynym co różniło tę stację od sąsiedniej, były wciąż czerwieniące się ściany zatorowe, i mniej zakopcony sufit. Gdyby nie to że na peronie zalegały porozbijane skrzynie, a nie zwęglone resztki dobytku, Konstanty byłby pewien, że rankiem pomyli strony, i wrócili z powrotem na Pole Mokotowskie.

    – Gdzie się wszystko podziało? – Paweł jak w gorączce wskoczył na peron i zaczął wodzić wokół wzrokiem. Nieopodal ktoś pochylał się nad jedną z nielicznych ocalałych skrzyń. Słysząc zadane w przestrzeń pytanie podniósł wzrok na Strażnika:

    – Przyszło wojsko i wzięło.

    – Nic nie widzieliśmy! To musiała być ogromna karawana! – politechnik nie hamował już wzbierających w nim uczuć. Nie potrafił jeszcze powiedzieć czy jest to zawód, rozpacz, czy może złość, wywołana tak odmiennym od znanego mu obrazem tej rajskiej stacji.

    – Przyszli z góry. Wcześniej kilku kazało nam odplombować wrota, na całą szerokość otworzyli i cały dzień brali. Mundury. Buty i karabiny. Konserwy i bandaże. – nagle uniósł coś, co błysnęło w świetle jego latarki turystycznej. – Tak się spieszyli, że jeszcze co nieco zostało. – rzucił znaleziony przedmiot Pawłowi.

    – Trzymajcie biedacy. Widzę, żeście długo tu po coś szli. Leków nie ma, ale jak poszukacie, to może coś wam w oko wpadnie. – po tych słowach uniósł wypchany po brzegi worek i oddalił się. Kostek spojrzał na to co obracał w dłoni Paweł: długi zabójczy nabój zamrugał do niego refleksem światła.

    – Tak, dzwonię z aparatu  na Racławickiej. Tak, pokój obsługi magazynu. Wszystko stąd wynoszą, zaraz zwinął też tę linię i odepną telefon. Przekażę im. Na Racławickiej pusto, zresztą to z pewnością pan wie. Nie, tylko kilka osób. Tak, jeszcze dziś idziemy na Wierzbno. Rozumiem. Tak. Tak.

    ***

    Na Wierzbno dotarli w pośpiechu; całą drogę w tunelu Piła popędzał ich prawie do biegu. Konstanty też zresztą czuł, że coś jest nie tak. Mimowolnie zerkał przez ramię, przez co o mało nie potknął się kilka razy. Paweł co jakiś czas szeptał, że słyszy jak coś za nimi idzie. Tylko za pierwszym razem przystanęli i nasłuchiwali chwilę, potem woleli się nie zatrzymywać. Czy to dlatego, że nie słyszeli nic, czy może właśnie bali się coś usłyszeć? Kostek wolał się nie zastanawiać, wybawieniem okazało się dopiero wejście na stację.

    Tutaj w tunelu przywitała ich prawdziwa ściana. Nie jakiś murek jak na Racławickiej, ale mur zbudowany z bóg wie skąd przyniesionych cegieł. Ktoś nawet zadał sobie trud by szczelnie wypełnić odstępy między krawędzią ściany i tunelu.

    Gdy odczekali chwilę by nabrać oddechu po ostatnim odcinku, który prawie przebiegli, Piła podszedł do prostych drewnianych drzwi i załomotał w nie pięścią. Gdzieś musiał się kryć wizjer, bo drzwi otwarto im bez słowa. Jak się okazało prowadziły do małego przedsionka, co tłumaczyło czemu są jedynie drewniane. Z tego pomieszczenia dało się wyjść tylko przez drugie, tym razem stalowe odrzwia. Z góry patrzyła na nich samotna żarówka, a ze ścian podłużne otwory strzelnicze, ułożone tak, że dwóch strzelców mogło by pokryć ogniem cale pomieszczenie, nie narażając się przy tym na rykoszety.

    – Panowie bez broni? – Nie wiadomo skąd odezwał się kobiecy głos. – Zamknijcie drzwi, bo przeciąg się robi. Zapraszam.

    Nie czekała widocznie na odpowiedz albo ich lustracja przebiegła pomyślnie, bo drugie drzwi otwarły się. Tym razem stał za nimi mały chłopiec, który po ich przejściu z wielkim mozołem docisnął je na powrót do framugi i zasunął ciężką sztabą.

    Tak oto weszli na teren sierocińca.

    ***

    Zakwaterowali nas w małym pomieszczeniu koło lazaretu,  miejsca mają tutaj mało, ale za trzy naboje, które znaleźliśmy na Racławickiej, zgodzili się nas przenocować. Z tego co się orientuje na peronie znajduje się stołówka i szpital, prócz tego mały magazyn i biblioteka. Na prawym torowisku (w stronę centrum)znajduje się piętrowy akademik, z pokojami dla starszych dzieci. Prócz tego jest tunel. Prowadzi do schronu, gdzie jest druga część sierocińca. Całością rządzą siostry i pielęgniarki. Przewodzi Anna. Nie wiem co z tych informacji się przyda, ale wczoraj oszczędziłem papieru na Racławickiej, więc mogłem się rozpisać. Teraz jesteśmy na Wilanowskiej. Ogromny tu tłok. Dzień targowy, więc wmieszaliśmy się w tłum. Są tu też ludzie spoza metra; wszyscy handlują z jakimiś Galernikami, z Galerii znaczy się. Tak właśnie mówią: „z Galerii”. Są też inni, poznać ich można po tym że biedniejsi, chudsi. Każą im nosić takie przepustki przy sobie, przy zejściu na stację płaci się za wstęp na jeden dzień z góry. Nie wpuszczają ich też do części mieszkalnej, nas puścili, bośmy z tuneli. Każdego takiego z góry sprawdzają licznikiem, czy nie świeci. Uzupełnię meldunek wieczorem, teraz idę szukać naszego łącznika.

    Gdzieś za nim rozległo się głośne „kurwa!”. Od razu poznał głos krzyczącego; Paweł darł się w niebogłosy, a krzyk niósł się pod sklepieniem stacji, aż na galerię, na której Kostek przysiadł, by napisać raport. Dawniej była tu szklana barierka, teraz miejscami tylko zabezpieczono krawędź siatką rozpiętą miedzy ocalałymi słupkami.

    Po przeciwnej stronie, na galeryjce gdzie kiedyś wisiały obrazy, ludzie rozłożyli gęsto swoje kramy i stragany. Podobnie na połowie peronu od tej strony, tyle że na dolnym poziomie stacji były one bogatsze, i mniej było tam przybyszów, a więcej miejscowych, doświadczonych handlarzy. Druga połowa peronu, południowa, oddzielona centralnymi schodami prowadzącymi na poziom -1, czyli galeryjkę, a dawniej również na górę do tramwajów, stanowiła część mieszkalną i administracyjną.

    Tam właśnie trzech rosłych strażników, w pomalowanych na czerwono pancerzach, ciągnęło Pawła. Mężczyzna opierał się i szarpał, ale dwóch stróżów porządku trzymało go pod ramiona, a trzeci bił go jego własną pałką. Po chwili zamilkł, czy stracił przytomność, czy zamknięto go za jakimiś drzwiami, tego Konstanty nie widział ze swojego miejsca. Nie dał po sobie poznać, że ma cokolwiek wspólnego z tym człowiekiem, i wykazał takie samo nim zainteresowanie jak okoliczni handlarze. Czyli znikome. Nie pierwszy i tym bardziej nie ostatni złodziej albo kanciarz na tym wiecznym targowisku.

    Mimo pozornego spokoju, serce politechnika biło jak szalone. Jeszcze rankiem stracili z Pawłem z oczu Piłę, który poszedł szukać ich zaufanego człowieka. Ustalili, że rozdzielą się by znaleźć Żołnierza, i teraz tak się to skończyło. Czuł, że skoro złapali Pawła, i prawdopodobnie Piłę, to kwestią czasu jest jak…

    – Jesteś pielgrzymem? – odezwał się cichy głos nad jego głową. Zamarł, i nim uniósł wzrok by upewnić się że nieznajomy zwraca się do niego, ten już zajął miejsce obok. Wskazał na książkę leżącą na kolanach Kostka. Biblia w czerwonych okładkach. W środku kryło się kilkanaście czystych i dwie zapisane kartki. W odgięciu oprawy wciśnięty był ogryzek ołówka. – Widzę przecież, że czytasz. Z daleka idziesz?

    – Tak? – zaryzykował Konstanty. – Tak, jestem pielgrzymem. – uściślił dobitniej, by nieznajomy nie znalazł w jego głosie niepewności.

    – Nie musisz mówić skąd wezwała cię wiara. Kościołowi wszystko jedno. A ja na tej stacji jestem kościołem. Stąd już bliska droga, i łatwa, jedynie na końcu jej czeka cię próba. – mężczyzna, na oko już pięćdziesięcioletni, zdecydowanie lubił mówić i słuchać przy tym własnego głosu: – Ja sam tylko raz do roku odbywam pielgrzymkę, resztę czasu mieszkam tu i chodzę po okolicy, kierując owieczki na właściwą drogę. Spotykałem już żółtych i czarnych, białych i czerwonych. Nieważne skąd jesteś, kościół cię przyjmie.

    – A zbawieni Boga oglądać będą? – zaryzykował znowu Kostek. Nieznajomy przerwał, i spojrzał na niego z podziwem.

    – Widzę, że brat wiele studiował księgę. Dobrze. Pielgrzymka rusza jutro, ale jeśli nie ma brat miejsca, może nocować w naszej kaplicy. – nagły awans na „brata” tak go zdziwił, że tylko skinął głową.

    ***

    Po Pile, Żołnierzu z Arsenału, została Konstantemu tylko jedna rzecz: porysowany policyjny glock z niepełnym magazynkiem. Dostał go od towarzysza tuż przed tym, jak tamten oświadczył, że idzie szukać agenta Ratusza. Potem zniknął w tłumie. Politechnik wierzył, że żaden z nich; ani Piła ani Strażnik Akademicki, nie powie zbyt szybko o jego udziale w całej akcji. Zresztą, kto by pomyślał, że razem z dwoma przedstawicielami sił zbrojno-wywiadowczych mocarstw jakimi były Politechnika i Ratusz, wysłano jeszcze jednego, nic nie znaczącego i nic nie umiejącego. W sumie to balast.

    – Ale jak widać bardziej opłacało się pójść na dno jako balast, niż zostać zgarniętym z powierzchni.

    – Coś mówiłeś? – Na brzmiący w ciemności głoś Kostek natychmiast schował pistolet do kieszeni, i odrzekł:

    – Nie, tylko się modlę. – przyjąwszy to oczywiste i logiczne wytłumaczenie, pytający na powrót położył się na posłaniu. Dalej za nim leżało jeszcze kilka osób, między nimi ich cały dobytek, jaki zabierali na tą drogę. Prócz tego w pomieszczeniu był jeszcze wymalowany na ścianie rysunek budynku o trzech kopułach. Kiedy nieznajomy, który okazał się nosić imię Tomasz, przyprowadził tutaj Kostka, kończyło się właśnie nabożeństwo. W świetle świec obejrzał pomieszczenie, i znajdujących się w nim ludzi, potem bąknął „Amen”. Swoją drogą jedyne słowo z całej niby-mszy jakie zrozumiał. Całą resztę odbierał jako jakiś dziwny bełkot, składający się ze słów w wielu językach, i cytatów zdecydowanie nie tylko z biblii.

    Idąc za przykładem współpielgrzyma położył się na posłaniu i zacisnąwszy palce na ukrytym pod kocem pistolecie zamknął oczy. I zapadł się w ciemność.

    ***

    Moi towarzysze przepadli. Prawdopodobnie aresztowani, nie wiem czy żyją, działam dalej sam. Dziś nocowałem w kaplicy, to gdzieś na torach odstawczych za Wilanowską, nie orientuję się w tym labiryncie. Przyłączyłem się do pielgrzymki prowadzonej przez niejakiego Ezechiasza. Dziwne imię, ale nikt na to nie  zwraca uwagi. Jeden w drugiego takie same pseudo religijne świry. Nie rozumiem ich wierzeń prawie wcale, a nie mogę pytać, żeby się nie zdemaskować. Nie potrafię stwierdzić, czy coś łączy ich z władzami Nowego Watykanu.  Wiem tylko, że nazywają się po prostu Kościołem bądź Kościołem Żywym. Teraz udaję, że czytam biblię, tylko wtedy zostawiają mnie w spokoju, mają szacunek dla tej książki. Dotarliśmy już do Służewa, będę musiał spróbować jakoś im uciec i wysłać ten oraz poprzedni meldunek.

    Była ich w sumie ósemka; wyróżniał się tylko przewodnik, Ezechiasz. Reszta kobiet i mężczyzn była ubrana jak zwykli mieszkańcy metra, tylko prowadzący wyróżniał się długim do samej ziemi szytym z kilku kawałków materiału płaszczem. Teraz rozmawiał po cichu z kilkorgiem z pielgrzymów, pozostali rozsiedli się wokół małego piecyka, z którego rurą odprowadzano spaliny gdzieś do góry. Kawałek peronu na którym się znajdowali, z jednej strony oddzielała krawędź torowiska i schody, a z drugiej płócienno-drewniana ściana części mieszkalnej. Bo na Służewie mieszkało dużo osób, wszyscy mieli wprawdzie obszarpane ubrania, nie mieli światła elektrycznego prawie nigdzie, a co dopiero na peronie. Wodę musieli sobie filtrować każdy sam… Ale było ich bardzo dużo. Może nawet tak wielu ludzi, jak na Wilanowskiej. Ale to właśnie zatłoczenie i upchnięcie takiej ilości mieszkańców na małej stacji robiło na Konstantym wrażenie. Teraz z nieskrywanym zainteresowaniem słuchał rozmowy dwóch tubylców, siedzących przy tym samym piecyku co pielgrzymi.

    -… I on mówi, że wtedy mu wyskoczył. Ogromny taki, że cieniem cały kanał zasłonił, i jeszcze się musiał schylać.

    – Jakby naprawdę był taki wielki, to przecie by nie przechodził z kanałów do tunelu. A Fifi mówił, że ostrzelali go na wschodniej rogatce. I z pięciu chłopa to potwierdziło.

    – E, tam. Nikt tego przejścia nie widział, to skąd mają wiedzieć, że dla kuraka za małe? Przecież naszymi klapami nie chodzi i drabinami, ślady by były. – starszy, brodaty mężczyzna pociągnął szczodrze z blaszanej butelki.

    – A gdzie on niby mieszka? Na górze i schodzi jak zgłodnieje? Czy gdzieś przy tunelu handlowym? Jak myślisz?

    – Może rację masz z tym tunelem. Żeby z góry co dzień schodził to jakieś bajdurzenie, zauważylibyśmy od razu wyrwę w kanałach. Musiał przyjść z daleka, i to przyjść pod ziemią, kanałem ze wschodu albo zachodu.

    – A kurierski?

    – Nie żartuj, ma metr średnicy, człowiek zwykły ledwie wejdzie. – Kostek słuchał jak oniemiały; na Politechnice kanały uważano za wylęgarnie najgorszych mutantów, tylko w okolicach stacji Centrum z wykorzystaniem kanałów stworzono obejście zawalonego odcinka. Teraz wyrwało mu się:

    – O czym panowie mówią? – obydwaj unieśli głowy jak sparzeni. Dwie pary czujnych oczu zmierzyły go wzrokiem, wyłowiwszy z kręgu wokół pieca. Obaj mężczyźni oczy mieli bardzo podobne, możliwe że dwaj bracia lub ojciec i syn. Starszy bez słowa wstał. Młodszy wziął pozostawioną przez niego butelkę i również oddalił się bez słowa. Kostek patrzył za nimi tylko chwilę, bo na zwolnionym miejscu siadła zaraz kobieta. Odziana w duży fartuch z dwu warstw płótna, zachlapany i przypalony na brzegu, w ręku miała wiadro pełne jakichś cherlawych korzonków. Gdy tylko siadła zabrała się do przycinania i obierania ich, zaraz potem rzekła:

    – Pan pytał chłopców o naszą bestyjkę, a? Ja panu opowiem, oni nieufni wobec obcych, ale ja widzę że panu dobrze z oczu patrza. Ale, ale. Widzę że pan głodny, i taki cherlawy. Ja panu dam najpierw jeść to mnie pan posłucha. – to mówiąc znikła na chwilę, zastawiając wiadro. Po chwili wróciła, wynurzając się z jednego z przejść wychodzących ze ściany, za którą znajdowały się mieszkania. Przejść takich były trzy i każdego mniej lub bardziej jawnie pilnował jeden uzbrojony mężczyzna. Prócz tych trzech, w ścianie nie było żadnych innych otworów, nawet okien. Kobieta podała Konstantemu talerz jeszcze parującej paciaji.

    – Łyżkę ma? Dobrze. Łyżka to podstawa przeżycia. – zaśmiała się na własny żart, a potem na powrót zajęła się obieraniem i sortowaniem zawartości wiadra. Kostek zjadł najpierw zachłannie kilka łyżek, dla samego ciepła strawy, która okazała się prawie bez smaku, ale pożywna. Przerwał na chwilę i już chciał spytać o coś kobietę, gdy ta odezwała się sama:

    – Bazyliszek. – oniemiał. Kilkoro innych pielgrzymów również ukradkiem zaczęło słuchać. – Jakiś czas temu się tu przypałętał. I się tera ima jak smród. Spytasz kędy? Ano pod samym progiem. Ni wiemy dokładnie gdzie. Jak nam zaczęli znikać ludzie ze ścieków, tośmy na początku myśleli że to Muszkieterzy. Tacy nasi sąsiedzi, co to proch umieją robić swoimi sposobami. Ale po tym właśnie poznaliśmy, że jak już były truchła, to ni śladu kul. Ale częściej to w ogóle ani widu ani słychu.  A potem zszedł też do tunelu. – wyjęła pokraczną bulwę z pojemnika, podniosła do światła, a potem odłożyła na bok. – Atakował posterunek. Wtedy wyszło, że to żadne ludzie, że to potwór, a? Niewielu co go widziało żyje. Ja na szczęście nigdy nie muszę się na południe pałętać, bo trzeba ci wiedzieć że on tylko tam się szwęda. W południowym tunelu i kanałach. Ktoś niby gada, że widział go na górze, w zamarzniętej dolince, ale to same banialuki se myślę. Nic tak wielkiego nie wyszłoby żadną z naszych dziur, a nowe od razu byśmy wynaleźli. – smarknęła i kontynuowała; teraz słuchali jej wszyscy pielgrzymi razem z przewodnikiem: -Skąd przyszedł, a? Nie wiem. Tego nie wie nikt na pewno. Jedni mówią, że tunelem od strony Galerii przypełzł, ale ja nie wierzę, bo znam takich co tam chodzą, i to najbezpieczniejszy rynsztok na całym Mokotowie i Ursynowie. A reszta gada, że może z drugiej strony, od Sadyby, a?. O, to już może być prędzej. Tam jest też wielka szkoła. Ale nie taka zwykła, jedyna, specjalna. Znałam takich uczonych co stamtąd są. Dzięki nim mamy te tu. – uniosła jedną z dziwnych roślin. – Ale zwierzęta też tam mieli, może On też od nich wyszedł. Choć ja mam inną myśl, wyście są religijni, to zrozumiecie. Bo ja sobie czasem myślę, żeśmy są jak ta Sodoma i Gomora, co to je bóg zniszczył. Tak jak zburzył świat na wierzchu, to teraz chce zniszczyć ten cośmy zrobili na dole. Coś mi się widzi, że bóg się na nas złości za tę wojnę.

    – Głupie gadanie! – nagle głośnym zdaniem przerwał Ezechiasz. – To zwykły mutant, jakich wiele! żadna kara Boża, sama mówiłaś kobieto, że pewnie z tej szkoły przyszedł. A wy, zbierajcie się, musimy zdążyć na transport na Ursynów.

    Nie tego spodziewał się Kostek i pozostali pielgrzymi. Tylko przewodnik wiedział jak wygląda tu sytuacja. Politechnik, ze skąpych danych jakie dostał wraz z zadaniem zdobycia lepszych, nie wiedział prawie nic o metrze za Wilanowską. Jak to ujęli Docent i Komisarze: „tunele i stacje na południu szybko się zmieniają, tak jak ludzie tam”. Teraz miał przed sobą dowód, jak szybko.

    Gdzieś ponad nimi znajdowały się rozlane po dnie dolinki bagniste stawy, w jakie w tym miejscu zamieniał się potok Służewiecki. Umowna, dawna granica między Mokotowem i Ursynowem. W tunelach wyglądało to prawie tak samo, jak na górze: żeby przedostać się ze Służewa na Ursynów, trzeba było przekroczyć rzekę. Kilkaset metrów od stacji zaczynała się woda, a cały odcinek tunelu ociekał wilgocią, przesączającą się z powierzchni. Jak wyjaśnił po krótce przewodnik, to stacja działała jak ogromny piec, roztapiając wodę i śnieg w okolicznych kanałach, z których ta, spływała niżej, do tunelu. Idąc do malutkiej tamy, do której od drugiej strony przywiązana była lina promu, minęli kilka ręcznie wykutych odnóg tunelu. Jak domyślał się Kostek, prowadziły do kanałów albo innych przejść o jakich mówiła gospodyni na stacji.

    Przewodnik zadzwonił dzwonkiem wiszącym koło tamy. Gdzieś w oddali, za parą unoszącą się z wody, rozległ się przytłumiony mechaniczny warkot. Czekali wszystkiego może dwie minuty, kiedy z mgły wyłoniła się spora tratwa. Dobiła do krawędzi tamy stanowiącej jednocześnie pomost dla wsiadających. Na łódce siedział jeden człowiek, na małym krzesełku przyśrubowanym do pokładu. Lewą, pokaleczoną rękę trzymał na dźwigni sterującej pracą malutkiego silniczka, druga ręka wisiała mu bezwładnie wzdłuż boku. Teraz zgasił mechanizm, i koło nawijające linę stanęło. Wyciągną sprawną dłoń. I rzekł:

    – Zapłata. – na to Ezechiasz odwrócił się do pielgrzymki, z już przygotowanym woreczkiem na którego dnie coś brzęczało. Konstanty miał nieodparte skojarzenie ze zbierającym na tacę księdzem, mimo to sam grzecznie wrzucił mały słoiczek racji żywnościowych. Następnie przewodnik wspiął się na podest i wręczył zawiniątko sterującemu promem. Ten wyciągnął dłoń, lecz nie zajrzał do środka, za to cały czas patrzył Ezechiaszowi głęboko w oczy, jakby to z nich czytał wartość zapłaty.

    – Starczy. Pakujcie się.

     Tunel pod dolinką jest zalany, lewą odnogą kursuje prom, w prawej z wodą jeszcze gorzej. Jeśli obawy panów są słuszne, to tunel ten ma strategiczne znaczenie, ze względu na swoją przepustowość. Ale mi udało się przeprawić, za tak małą cenę dostałem się na teren Koalicji. Wciąż nie miałem sposobności odłączyć się od tej szalonej pielgrzymki. Pracuje nad tym. Na Służewie dużo mówi się o mutancie. Bazyliszku. Poluje w okolicznych kanałach i nawet tunelu metra. Nikt nie umiał dokładnie powiedzieć jaki to rodzaj potwora. Dowiedziałem się za to wiele o kanałach, ze sposobu w jaki o nich mówią, wydaje się że używa się ich tu na co dzień, jako drogi transportu albo i miejsca zamieszkania. Kolejna wzmianka o tej Galerii, do niej prowadzi kanał na zachód. Teraz siedzimy w poczekalni, ale chyba nie jesteśmy pierwszą pielgrzymką jaka tu przychodzi, więc traktują nas praktycznie jak swoich. Przeszukali nas pobieżnie, schowałem wtedy meldunki lecz okazało się, że niepotrzebnie, bo nawet nie ruszyli mojej biblii. Z informacji które mam, wiem że stąd już nie poślę tych meldunków z powrotem. Jeśli nie ja je zaniosę nikt ich nie dostarczy. Będę się teraz starał znaleźć naszego człowieka na Stokłosach, niewykluczone że to jemu przekażę te kartki, i pchnę go na północ z informacjami.

    Ezechiasz niewiele się odzywał, najwięcej mówił podczas modlitw, których Kostek nauczył się już na pamięć: teraz nie miał już wątpliwości, że stanowią jakiś wielojęzykowy bełkot, z dodatkiem rymów, by łatwiej było śpiewać. Mówił więc ojcze nasz, a w odpowiednich miejscach zastępował słowa tymi, które mówił Przewodnik. Tak przetrwał poranną modlitwę, po której wyruszyli dalej. Opuścili pomieszczenie, które okazało się zwykłym obozem tranzytowym, gdzie wraz z nimi czekało jeszcze kilku handlarzy spieszących do serca Koalicji. Lewy tunel w stronę Ursynowa był wręcz zatłoczony. Ani na chwilę nie tracili z oczu wędrujących przed nimi, a światła latarek idących z tył, rzucały na beton ich cienie.

    Konstanty ściskał w dłoni biblię. To ona, wraz z jednym z cytatów, była jego środkiem wywoławczym, w kontakcie z agentami Ratusza. Bardzo wygodne, gdyby nie to, że teraz przysporzyła mu kłopotu w postaci pielgrzymki. Ale starał się robić dobrą minę do złej gry, i udawać, że jest natchnionym biblistą cały czas studiującym Księgę. Jedyne co wiedział o agencie na Stokłosach, to że jest bibliotekarzem. Lecz co do tego czy jest to jego zawód, czy tylko tak go zwą nie miał już pewności, bo informacje pochodziły sprzed jakiegoś czasu już. W związku z ostatnimi poczynaniami Ratusza, i całej Nowej Koalicji, ogromna rzesza opuściła metro. Wśród nich znaleźli się tez oczywiście mieszkańcy Koalicji Radom, a wśród nich kilku z najbardziej zaufanych agentów z Arsenału. By nie budzić podejrzeń porzucili Ursynów, a niewykluczone że również metro.

    – Zamknięte wszystkie wyjścia na głucho.

    – A tu? – gdzieś przed nimi rozmawiały dwa nierozróżnialne cienie.

    – Na Stokłosach jedno wejście otwarte, ale obok w przejściu pod ulicą siedzi jakaś duża szkarada. Zarząd stacji nie ma tyle amunicji, żeby się go pozbyć, czekają i kalkulują że w końcu zdechnie. Ale ja wiem swoje. Zadomowił się i teraz ma ciągły dostęp do żarcia, jedyny sposób żeby teraz umarł, to z przejedzenia…

    – Toś mnie pocieszył. To może lepiej Imielinem pójdziemy? Słyszałem, że tam aż do Rosoła są w miarę spokojne tereny. – dwaj rozmawiający musieli należeć do zbieraczy. Kostek słyszał, że tutaj więcej osób wychodzi na górę na własną rękę.  W śródmieściu nikt nie ryzykował, tutaj na szali życie stawiał każdy.

    – Uu, ciężko. Oficjalnie wyjścia zamknięte, są tylko tunele do Urzędu miasta, ale stamtąd nie idzie wyjść na zewnątrz, cały zamurowany. Jest jeszcze takie małe, tajne wyjście. Klapka w sumie, przy starym kinie. Ale niebezpiecznie tam bywa, nie ma widoczności i nigdy nie wiesz co czeka na zewnątrz. – mężczyzna zerknął przez ramie, i widząc wpatrzone w siebie oczy zasłuchanego w ich rozmowie Kostka, zamilkł. Mylnie musiał wziąć go za konkurencyjnego zbieracza, starającego się podsłuchać lokalizacje ich najlepszych miejscówek. Doszedłszy do takiego wniosku, popędził towarzysza, i zniknęli w głębi tunelu.

    Ostatni odcinek podróży minął pielgrzymom  w ciszy, bo przed nimi, zamiast innych podróżujących, było już w oddali widać światło stacji.

    Już przed wylotem, jeszcze w tunelu, pojawiły się stragany. Przyczepione do ścian, zmontowane z niepotrzebnych albo łatwo dostępnych materiałów, jakichś plastikowych wiecznych skrzynek, biurowych stolików albo położonych na płasko drzwi od szafki. Przewodnik pielgrzymki nie pozwalał się zatrzymać, więc Kostek tylko w przelocie omiótł wzrokiem rozłożone w kiepskim świetle towary.

    Nie było tu takiej różnorodności jak na Wilanowskiej: w tunelu rozłożyli się głownie handlarze drobiazgów. Każdy kram miał swoją specjalizację: na jednym pyszniły się na przykład popsute radia i komórki, rzeczy dla zwykłego człowieka nieprzydatne lecz na Politechnice warte fortunę. Inne pełne były książek i papieru. Dopiero na stacji znajdowały się prawdziwe sklepy: na krawędzi peronu w rzędzie za siatką stały kolorowe butelki pełne wszelakich napojów, zarówno zabytkowych jak i powojennej produkcji. Całe sterty mięs: świeżych z hodowli i puszkowanych, wypełniały skrzynie pilnowane przez zbrojną ochronę. Torowisko było odcięte od wyspy peronu kratą, zaczynającą się zaraz przy krawędzi; jedyne w niej wyrwy stanowiły okienka przez które prowadzić można było handel. Mniej więcej w połowie długości stacji znajdowała się też stalowa drabinka, podobna do tych jakie montowano w basenach, która prowadziła na peron, czyli do części mieszkalnej.

    Przy tej właśnie drabince zatrzymała się pielgrzymka. Dwie idące z nimi kobiety głośno kłóciły się o butelkę wody, mężczyźni rozmawiali o czymś po cichu, a Konstanty jak zwykle zajął miejsce w oddaleniu od nich, i obserwował Ezechiasza, który prowadził szeptaną rozmowę z pochylającym się do niego z peronu strażnikiem.

    Patrząc na niego, Konstanty przypomniał sobie Straż Akademicką, choćby samego Pawła. Ten tutaj w niczym nie był podobny: jego mundur stanowiła wymalowana na piersi duża litera K, w ręce trzymał prostą pałkę, najpopularniejszą broń w powojennej Warszawie, gdzie na setkę ludzi przypadało ledwie kilka sztuk broni. Z opowieści Uczonych, Kostek wiedział, że większość broni w mieście i tak pochodzi z posterunków policji i jednostek wojskowych, które w chwili upadku bomb znajdowały się w mieście. Teraz karabiny i pistolety, nie mówiąc o bardziej wyszukanych narzędziach zniszczenia, były przede wszystkim w rękach stacyjnych rządów. A wszystkie te rządy, w rękach Ratusza, który w Arsenale trzymał chyba najsilniejszą w metrze armię.

    Trzy myśli przyszły mu naraz do głowy: Ratusz jawił mu się teraz jak człowiek o dwóch twarzach: jedna, polityczna to Ratusz właśnie, ale nie mająca racji bytu, bez drugiej, zbrojnej. Arsenału.

    Druga myśl kiełkowała już w jego głowie od dawna, dokładnie od chwili gdy Docent poinformował go o misji jaką miał niezwłocznie odbyć. Podczas odprawy, z ust Komisarzy, dowiedział się wiele o przeszłej i obecnej polityce Stolicy, więcej może nawet niż wiedzieli Piła i Paweł. Z przekazywanych mu informacji zrozumiał, że po tym co stało się z Nową Koalicją, a co było utrzymane w tajemnicy nawet przed nim, Ratusz na poważnie obawia się zbrojnej konfrontacji z Koalicją. Co więcej, komisarze nie kryli, że ta niepokorna, zawsze niezależna od władz śródmieścia społeczność, stanowiła dla ich osłabionych sił równego przeciwnika.

    No i myśl trzecia: od czasu ucieczki, bo inaczej tego nie mógł określić, z Wilanowskiej, nie zastanawiał się nad losem swoich towarzyszy. Zadziwiając nawet siebie, spokojnie przyjął możliwość ich śmierci lub tortur. Z drugiej strony, nie martwił się w ogóle rozpoznaniem przez straż Koalicji; ani Paweł ani Żołnierz pod groźbą śmierci mogli podać jedynie jego zewnętrzy wygląd, żaden z nich jednak nie wiedział o fakcie najważniejszym, a co za tym idzie fakt ten pozostawał ukryty przed Koalicją. Jeśli już rozpoczęli poszukiwania, będą wypatrywać samotnego wędrowca podającego się za handlarza, a nie członka zorganizowanej pielgrzymki, w niczym nie odróżniającego się od pozostałych.

    Takie myśli kłębiły mu się w głowie, gdy razem z resztą pielgrzymów wszedł za Ezechiaszem w labirynt wąskich alejek pobudowanych z dykty i blach, nad którymi przebiegały po kładkach i przeskakiwały dzieci. O wiele weselsze i głośniejsze od tych na Wierzbnie.

    – Siądźmy tutaj, bracia i siostry. Utargowałem ze strażnikami wolny kąt dla nas. – To mówiąc pokazał im przestrzeń pod kolumną, z jednej strony odgrodzoną klatką pełną jakichś małych popiskujących zwierzątek, a z drugiej tylnymi drzwiami czyjegoś mieszkania, które widocznie były od dawna nieużywane, bo blokowała je dodatkowo sterta skrzyń.

    Gdy rozłożyli się do ubogiego posiłku, okazało się ze klatka pełna jest szczurów, do tego tak wygłodniałych, że wszystkie przygniatając się wzajemnie napierały na pręty klatki, by tylko znaleźć się bliżej jedzenia.

    – Poczekamy tu do wieczora, jeśli nie znajdziemy lepszego miejsca gdzieś indziej na peronie, tu będziemy nocować. – przewodnik usadowił się wygodnie podparty kilkoma plecakami, dając do zrozumienia, że zamierza już teraz odpocząć. Widząc to Kostek wstał, i bąknął:

    – Pójdę się rozejrzeć. Po stacji. Nigdy tu nie byłem. – jeden z siedzących spojrzał na niego, i niespodziewanie rzekł:

    – Ja też, chętnie pójdę z tobą. – podniósł się błyskawicznie i stając koło politechnika wyciągnął doń rękę. – Stachu jestem.

    Był to chyba drugi z pielgrzymów z jakim Konstanty zamienił więcej niż dwa słowa, a teraz jeszcze dowiedział się nawet jak tamten ma na imię. Jak się okazało Stachowi również doskwierało milczenie, jakie panowało wśród podróżnych, czemu dał upust już od razu, gdy oddalili się od zaimprowizowanego obozowiska.

    – … Rozumiesz, ja z Pola kiedyś, potem jakiś czas na Wierzbnie pracowałem jako magazynier, bo z Racławickiej mnie wywalili. Tam w sierocińcu mają nawet prawdziwą kaplice, gdzie indziej to nas pałkami wyganiają, tylko tam i w Koalicji jest taka wolność wyznaniowa. Na północy to w ogóle Watykan ma monopol. Ich wiara jest szalona, chronią to co stare zamiast się zmieniać. Konserwy pierdolone.  – nie dawał nawet dojść do słowa rozmówcy, co Kostkowi nawet pasowało. Nie musiał wiele mówić o sobie, a i słuchać specjalnie nie było potrzeba. Mógł bez problemu rozglądać się za Bibliotekarzem. Kimkolwiek on był. Swoją biblię starał się trzymać na widoku, by charakterystyczna czerwona okładka była łatwa do zauważenia.

    – I rozumiesz, ten gość, mówił że przyjechał gdzieś spod Częstochowy. A w ogóle, to że jest z Sosnowca. No i ja mu nie wierzyłem, ale on mi wyciąga mapę, całą taką pobazgraną, chociaż w folii, pogiętą niemiłosiernie, i mi zaczyna opowiadać. Łapa, ten co z nami idzie, też tam zresztą był, to może ci potwierdzić. Gość jako żywo mówił, że po zagładzie, znaczy się jakieś dziesięć lat wstecz od teraz, przyjechał tutaj hamerem! Wiesz co to? – spojrzał na towarzysza, który obdarzył go w odpowiedzi pytającym spojrzeniem. Kilka minut już kręcili się przy krawędzi torowiska spacerując najdłuższą prostą alejką na stacji, wzdłuż której po obydwu stronach, a czasem nawet w poprzek prowadzony był handel wszelkimi różnościami.

    – No hamer, to był taki wóz, samochód znaczy, wojsko takie miało. Na górze w mieście jest kilka takich, to wiedziałem o czym on mówi, bo kilka razy wychodziłem. No ale ten jego, to był z Niemiec sprowadzony, specjalny cywilny, całkiem biały kiedyś. On sam go pomalował podobno w szare maskowanie, bo tam na górze wszystko w pyle i popiele jednakowo szare. Kolory tylko tu na dole zostały. I on tym wozem w każdym razie do nas przyjechał, do metra celowo. Mówił, że na północnym wyjeździe od siebie z miasta musiał na początku kluczyć, że dużo tam bomb spadło, że całe kilometry kwadratowe zaoranego betonu musieli omijać. Bo nie wiem czy mówiłem, ale on jeszcze kilka osób zabrał? Ale tylko on dotrwał, bo tamtych po drodze coś dorwało, on został w środku bo kierowca… No ale potem, jak już wyjechał z Częstochowy, to stwierdził, żeby zahaczyć o Łódź, bo to miasto takie duże, to może i tam ktoś się ostał. Bo w tej Częstochowie to podobno bieda, kilku ludzi na krzyż w paru schronach, ledwie kontakt mają, to nie dziw że chciał do metra.

    Tutaj przerwał na chwilę, by dogonić Kostka, od którego oddzieliło go kilkunastu mężczyzn niosących skrzynie. Na każde pudło potrzeba ich było dwóch; nieśli je aż do wyjścia ze stacji, gdzie układano je na podstawionych tam wózkach. Konstanty z początku myślał, że może niosą amunicje, bo połowę tragarzy stanowili strażnicy, dodatkowo kilku kolejnych obstawiało cały pochód. Gdy jednak mijały go kolejne skrzynie, ani razu nie usłyszał brzęknięcia, tak charakterystycznego dla metalowych pocisków. Stracił więc zainteresowanie konwojem, i poczekawszy niechętnie na Stacha ruszył dalej.

    – No i w tej Łodzi to mu jedną koleżankę zżarli. Dokładnie tak! Zatrzymali się w takim schronie, tamci ich gościnnie przyjęli, tylko jedzenia mało, a w nocy jak się na nich nie rzucą. Wszystkich chcieli we śnie pozabijać, jeden mały dzieciak na szczęście nie spał i pozostałych darciem mordy obudził. Ale jedną dziewczynę tamci zdążyli do rzeźni zabrać i pokroić. Wtedy się okazało że jedzenia trochę jest, tylko w ludzkich kształtach, i to na hakach w chłodni. Wtedy kierowca zarządził wyjazd stamtąd i uciekali podobno aż się kurzyło spod kół. Więc w Łodzi wiele nie zwiedził, szczególnie że na Piotrkowską nie dotarli, bo za głośno licznik tykał. Dalej to kawałek A-dwójką pojechali, to nówka przed wojną była, ale gdzieś tam po drodze rąbnęła dziwna bomba. Dokładnie tak to określił: dziwna bomba. U nas w mieście też takie zresztą były; dziura po niej mała, tam akurat w środku autostrady, dookoła drzewa powykręcane, jakby zapomniały w którą stronę rosnąć. Bardzo blisko gorąc jak w płomieniach. A w okolicy, pełno dziwnych stworów. Nie tyle co u nas, w mieście, ale tam też ich pełno było. I akurat jak tam robili postój, i wszyscy wysiedli, to się na nich rzuciły. Kierowca sam jeden przeżył bo był w środku, paskudy mało hamera nie wywaliły, więc zapuścił motor i bez przerw dojechał aż do Grodziska. – zauważywszy w końcu znudzenie na twarzy słuchacza, Stach zamilkł na chwilę, by potem dokończyć:

    – Tam się już bał zatrzymać, tak blisko do celu, i tylko wypytał napotkanych ludzi o najlepszy dojazd do miasta. Jak mu powiedzieli jakie bagno jest w centrum, to stwierdził, że objedzie S-dwójką. I tak to wjechał do Warszawy przez Puławską, tam dalej minął dawny kordon wojskowy i prosto jechał aż do Wilanowskiej. Tam gdzieś stoi podobno jego wóz, a może go sprzedał, nie wiem. Ja go spotkałem na Wierzbnie, bo tam kible czyścił. To jak z nim pracowałem akurat mi opowiedział.

    Teraz dopiero gadatliwy pielgrzym rozejrzał się, gdzie doprowadził go Kostek: stali u wylotu tunelu, nie miał do końca pewności którego, a obok nich, na końcu wąskiej kładki przytulonej do ściany znajdowały się ruchliwe schody. Jak można się było domyślić, było to zejście na niższy, techniczny poziom stacji.

    – Jeśli byłbyś łaskaw, muszę pójść odwiedzić przyjaciela. Nasze obozowisko jest dokładnie na drugim końcu, o tam. – politechnik wskazał ręką mniej więcej wzdłuż peronu. Odczekał aż niechciany towarzysz się oddali, by następnie zejść schodami poniżej poziomu tunelu. Podczas gdy Stach gadał, on zdążył spytać kilkoro napotkanych mieszkańców, głównie kobiet, o literata zwanego Bibliotekarzem. Jego przypuszczenia okazały się słuszne, i o ile określenie literat wywoływało śmiech, o tyle pseudonim bibliotekarz był powszechnie znany. Kolejne napotkane osoby wskazały mu właśnie tą drogę; na dół, do równie ciasnego, lecz dodatkowo niskiego labiryntu korytarzy i małych klitek. W jednej z nich odnalazł nareszcie siwobrodego, łysego mężczyznę, o jasnych inteligentnych oczach i posturze wojownika, siedzącego przy małym stoliku.

    – Ciebie zwą Bibliotekarz? – rzekł niezbyt głośno wyciągając przed siebie oprawioną w czerwień biblię. Starał się nie zwracać zbytniej uwagi, bo pomieszczenie zajmowane przez mężczyznę miało tylko dwie solidne ściany, podczas gdy trzecią stanowiła kotara z wojskowego brezentu, a czwartej, stanowiącej wejście, nie było wcale.

    – Niewykluczone. Z kim mam przyjemność? – głos siedzącego był o wiele starszy niż jego twarz; pierwsze zmarszczki mimo siwych włosów pojawiały się dopiero nieśmiało wokół oczu. Głos natomiast brzmiał, jakby należał do człowieka co najmniej osiemdziesięcioletniego.

    – Kostek jestem. Rodzina mówiła, że może mi pan udzielić pomocy. – starał się jak najbardziej trzymać określonej frazy, którą dostał zapisaną na małej karteczce wciśniętej do książki. Po jego oświadczeniu, Bibliotekarz obserwował go uważnie przez dłuższą chwilę. Potem bez słowa odsłonił kotarę, która okazała się ukrywać za sobą ścianę wraz z drzwiami. Otworzył je i gestem zaprosił Konstantego do środka.

    Meldunek ten piszę z kwatery zaufanego człowieka, tego o którym informacje od Was otrzymałem. Posiada on czynny kanał, którym wyśle ten oraz poprzednie sprawozdania. Wybaczcie prosty ton, ale muszę pisać zwięźle. Stokłosy są prawie tak ludne jak Służew, jednak bogatsze w kramy i hodowle. Pierwsza stacja na jakiej widzę tak wiele zwierząt i roślin, które nie są zbyt restrykcyjnie pilnowane. Widocznie nie ma tu wielu kradzieży jedzenia. Albo kary są odpowiednio wysokie. Straży niewiele, choć słyszałem o zlokalizowanych w okolicy koszarach. Nie ma do nich dostępu dla cywilów. Wielu ludzi mówi o wychodzeniu na powierzchnie jak o zwykłej czynności. Mają  doświadczenie w zbieractwie i walkach z pospolitymi rodzajami mutantów. Samych potworów jest tu mniej niż u nas, lecz słyszę czasem o wielkich i potężnych jakie przychodzą tu aż z południowej puszczy. Podobno tam, w lesie, są jeszcze prawdziwe drzewa. Za radą mojego gospodarza pójdę dalej z pielgrzymką, która okazuje się kierować aż na stację Natolin. Stacja jest zamknięta dla zwykłych ludzi, z nimi dam radę obejrzeć dokładnie wszystko aż do samego końca. Potem wrócę tu i prześlę kolejne meldunki. Uzupełniam zapasy papieru i ruszam dalej.

    ***

    By uniknąć towarzystwa Stacha, Konstanty starał się trzymać z pozostałymi mężczyznami wchodzącymi w skład pielgrzymki. Kobiety szły blisko Ezechiasza prowadząc z nim cichą, urywaną rozmowę, mężczyźni natomiast rozmawiali o wiele swobodniej, i na mniej poważne tematy.

    Za Stokłosami, jeszcze nim minęli na dobre odcinek gdzie łączyły się lewy z prawym torem, politechnik dowiedział się, że większość z nich jest z Wilanowskiej, prócz jednej pary, która przyszła tu aż z Dworca Gdańskiego.  Oni właśnie napomknęli o tym, że sposób w jaki wyznają wiarę nie jest mile widziany przez Watykan… Musieli ukrywać się z przynależnością do tego, czymkolwiek była ich grupa. Konstanty nie znał się na religii, która wśród uczonych stanowiła swoisty temat tabu, więc nie był w stanie wyłapać subtelnych różnic, o jakich dyskutowali pielgrzymi. Starał się przytakiwać, gdy krytykowali działalność Placu Wilsona, ale nie nazbyt skwapliwie, by nie spytali go o własne zdanie.

    Z teologicznych dyskusji wybawiło go przybycie na przedpole Imielina. Cała droga tunelem, choć bez mała kilometrowym upłynęła mu błyskawicznie, bo był on doskonale utrzymany i zadbany. Równie schludnie prezentowało się wejście na stację: duże otwierane do wnętrza dwuskrzydłowe wrota, osadzone w grubej ścianie przegradzającej tunel.

    – Czekać. – tyle usłyszeli od strażnika, który wyszedł do nich na chwilę. Zaraz potem znów zniknął za grubą stalową osłoną.

    – Czemu tu tak? Na innych stacjach nie mieli takich zapór? – z ust Stacha padło pytanie, które Konstanty sam chciał zadać. Odpowiedział Ezechiasz:

    – Koalicja, to właśnie koalicja. Każda stacja robi po swojemu wszystko, jak chce. Ale Imielin, to można powiedzieć ich stolica. Głównie dlatego, że od upadku Kabat, kontrolują całe południe dzielnicy od Ciszewskiego. To taka duża ulica, mniej więcej pomiędzy stacjami idzie w poprzek tunelu górą. Słyszałem, że jest tam taki ogromny sklep, często zbieracze tam chodzą, ale ja go tylko raz z daleka widziałem.

    – To jest tam jeszcze co zbierać? Jak wszyscy tam chodzą? – wyrwało się Kostkowi.

    – Nie wiem. Nie jestem stąd. – odpowiedział po chwili milczenia przewodnik.

    Zaraz potem wrota na stację otwarły się znów, tym razem na pełną szerokość, i ten sam strażnik zaprosił ich gestem do środka. Stacja okazała się mieć zupełnie inną budowę i wystrój, od wszystkich poprzednich, jakie mijali. Wprowadzono ich najpierw do sporego pomieszczenia, gdzie stacjonował mały oddział straży, i w którym dokonano wstępnej inspekcji przybyłych. Gdy ta przebiegła pomyślnie, wyprowadzono ich, lecz tam gdzie spodziewali się ujrzeć peron, napotkali jedynie murowany korytarz. Podążając dalej za strażnikiem, nie byli w stanie określić gdzie dokładnie się znajdują, bo stara infrastruktura została całkowicie pochłonięta i przebudowana przez mieszkańców. Całość hali stacyjnej podzielono na prawdziwe mieszkania; prawie nigdzie nie było widać prowizorycznych przegród z blachy albo siatki, tylko prawdziwe ściany, z drzwiami przyniesionymi z okolicznych bloków. Wrażenia przepychu dopełniła otwarta przestrzeń, którą z braku odniesienia nazwać można było placem, znajdująca się u zbiegu czterech korytarzy.

    Na środku posadzki stała tam metalowa donica, a w niej, w blasku białych lamp, pięła się ku górze spora roślina. Żaden z pielgrzymów nie był w stanie rozpoznać jej gatunku, lecz mimo to wszyscy oniemieli z wrażenia na jej widok. Na widok ich reakcji, prowadzący strażnik uśmiechnął się.

    – Powinniście zobaczyć jakie rosną w urzędzie. Mamy tam nawet drzewa owocowe. – ruszył dalej, a oni chcąc nie chcąc za nim. Wszyscy milczeli, bo mieli wrażenie, że znaleźli się w niebie, o jakim dawniej dane im było tylko czytać. Byli prowadzeni peryferiami stacji, więc z rzadka spotykali ludzi, ale każdy napotkany wywierał na nich coraz większe wrażenie. W większości odziani w przedwojenne stroje, często niespiesznie spacerowym krokiem dążyli w jakichś tylko sobie znanych celach lub po prostu spacerowali. Im dalej jednak szli, tym bogaty charakter stacji zmieniał się, by w końcu, po przejściu kolejnej wmurowanej w powojenną ścianę bramy, zniknąć. Znaleźli się znów tunelu, ale nie był to koniec stacji. Wzdłuż dawnego toru pobudowano tutaj niskie i ciasne klitki w których mieszkali ubożsi i zdecydowanie gorzej odziani mieszkańcy Imielina. Ta część okazała się ciągnąć dalej jeszcze niż jasna i czysta, nowoczesna jak na powojenne standardy ta, przez którą prowadził ich strażnik. Opuścił ich zaraz za drugimi wrotami, wskazał tylko mniej więcej kierunek. Gest wykonał tak jakby mówił „won!”.

    Gdy skończyły się słabo oświetlone mieszkania biedoty, szli jeszcze kawałek z pomocą latarki, gdy w oddali zaiskrzyła lampa posterunku. Jeszcze kilkanaście kroków i naprzeciw wyszła im kobieta w obwisłym mundurze wojsk powietrznych:

    – Pielgrzymi. Dziewięcioro, brak dużego bagażu. Wszystko się zgadza. – doprowadziła ich do trojga swoich towarzyszy, którzy siedzieli w płytkiej wnęce w ścianie tunelu. Jeszcze jeden strażnik majaczył dalej, na granicy światła. Kostek zastanawiał się jak to możliwe, że tak szybko dowiedzieli się o ich przejściu, kiedy zauważył przyśrubowany do metalowego stolika telefon. Prosty aparat z gołymi kablami i prowizoryczną słuchawką. Ale dobitnie świadczył o jednym: Koalicja także korzystała z systemu łączności metra. Coś co wydawało mu się dotychczas swoistą tajemnicą uczonych, okazało się być bardziej powszechne niż sądził. Musieli mieć dobrych techników, czy to znaczy że mogli podsłuchiwać rozmowy Politechniki, Racławickiej i choćby Arsenału? Nie zaszedł już w tym rozumowaniu dalej, bo kobieta-strażnik w mundurze  podała mu pasek ciemnego materiału:

    – Zawiąż sobie oczy. – rozejrzał się: jego towarzysze wszyscy mieli już zasłonięte twarze, tylko on patrzył tępo na otaczających go ludzi. Chwilę później jego świat też pogrążył się w mroku.

    ***

    Imielin jest bogaty. Lepiej oświetlony niż Poli, chyba tak dobrze jak Ratusz. Choć nie wiem, nigdy tam nie byłem. Mają rośliny, więcej jeszcze niż na Stokłosach, tutaj są po prostu ozdobą. Możliwe, że bomby organiczne naprawdę nie dotarły aż tutaj. Zaraz zresztą przekonam się na własne oczy. Czekamy na wyjście w tunelu za Natolinem, w pomieszczeniu dawnej wentylatorni szlakowej. Odprawiamy tutaj ostatnią mszę w podziemiu. Całą drogę tu kazali nam iść z zawiązanymi oczami, nie wiem co tam kryją, ale nic nie dało się podejrzeć. Choć próbowałem. Przepraszam, że się tłumaczę, ale czuje że ta stacja może mieć kluczowe znaczenie. Stanowiska straży za Imielinem, przed Natolinem, na nim też na pewno, kolejne tutaj, w tym pomieszczeniu. I słyszałem ludzi dalej w tunelu. Teraz idziemy, czas na górę.

    Pierdolony wiatr. Jebane słońce. Jedyne pocieszenie dla Kostka, stanowili pozostali Pielgrzymi, równie jak on nawykli do ciemności tuneli, a nie powierzchni. Ursynowskie popołudnie uderzyło w nich swoją pełną mocą, prawie zwalając z nóg. Gdy wyszli z nadbudówki wywietrznika, wprost na bury trawnik, tylko Ezechiasz zachował jakąkolwiek ostrożność, pozostali jak małe dzieci rozglądali się oniemieli wokół. Przewodnik dzierżył dumnie karabinek AK z krótki magazynkiem, który zaraz przed wyjściem wręczył mu strażnik. Widocznie Żywy Kościół miał jakieś układy z obsadą Natolina. Po krótkim zastanowieniu, Kostek doszedł do wniosku, że układy musiały być, i to całkiem dobre, skoro przez zamkniętą stację strażnicy przepuszczali rocznie te kilka pielgrzymek. Ezechiasz odbezpieczył swój skarb, i ruszył pierwszy. Za nim w rządku, jak młode za matką, ruszyli pozostali.

    W kieszeni płaszcza ściskał Glocka, na twarz miał nasunięty szalik a na oczy przyciemnione gogle. Podobnie wyglądał idący przed nim pielgrzym, którego nie był w stanie zidentyfikować. Za nim nie szedł już nikt. Prócz prowadzącego broni nie miał nikt, bo politechnik nie liczył swojego ukrytego atutu jaki stanowił pistolet. Z każdą chwilą na powierzchni serce biło mu coraz szybciej: oddalał się od bezpiecznych podziemi, a zbliżając się do nieznanego celu swoich towarzyszy, coraz bardziej ryzykował zdemaskowanie. Nie będzie wiedział co zrobić, jak się zachować. Nawet z samym przewodnikiem nie wiedział czy ma szansę w walce. A jeśli rzucą się na niego wszyscy? Rozważał czy nie wrócić teraz, od razu. Ale nie, widoczność była doskonała, a Ezechiasz trzymał karabin jakby doskonale umiał go używać. Wolał nie sprawdzać.

    Wyszli na jezdnie, od wyjścia z podziemi oddalili się już dobre dwieście metrów, i znaleźli się na skrzyżowaniu. Kiedy Kostek spojrzał w tył, dostrzegł w oddali wypłowiałe, żółte kółko. Na nim duże M. wejście na stacje. Czyli tam była stacja. Obrócił się w przeciwną stronę, gdzie na rogu znajdował się kiedyś park. Oniemiał. Spomiędzy czarnych pni wystrzeliwały ku szaremu niebu pnącza. W większości bezlistne, bure, ledwie z odcieniami zieleni, ale jednak rośliny pod gołym niebem. Za nim widział bloki. Jak się okazało po prawej też, i z każdej strony w jaką się obrócił.

    Został z tył. Kilka metrów podbiegł, by dogonić ostatniego w pochodzie. Przelotnie dojrzał tylko, że bloki i ulica prowadząca w bok usłana jest dziurami, mniej więcej na metr-dwa szerokimi.

    Już chciał spytać przewodnika o te dziwne zniszczenia, kiedy ten zatrzymał się i uniósł karabin do strzału. Konstantemu stanęło serce, bo w pierwszej chwili przeraził się, że to on jest celem. Jedno uderzenie serca później, gdy tylko obrócił się by spojrzeć tam, gdzie mierzyła lufa AK, przeraził się jeszcze bardziej.

    Z tego dziwnego parku, z ukrytej między trupami drzew dolinki wybiegały na ich spotkanie monstra. Było ich dokładnie pięć: wszystkie w kolorach betonu,  o figurach koślawych niczym z dziecięcych bazgrołów kredą na peronie. Najbliższy skojarzył się Konstantemu z indykami, jakie widywał w hodowlach, ale tylko dlatego, że nigdy nie widział dinozaura. To na nim Ezechiasz skoncentrował pierwszą serię, co sprawiło, że nie wystrzelił już drugiej.

    Zza większego mutanta wyskoczył drugi; mniejszy i dzięki temu zwinniejszy. Mignął dwiema parami oczu i zamiatając ziemię długimi jakby wąsami wyrastającymi mu po bokach głowy zaczął obiegać pielgrzymkę od boku. Lufa karabinu podążyła za nim, i wtedy w nieosłonięty bok przewodnika wbiła się zaostrzona głowa trzeciego mutanta. Ciężko powiedzieć, czy działały one z rozmysłem czy po prostu szarżowały na widok ofiary. Dość, że Kostek pierwszym strzałem zabił dziwne stworzenie, jakie wgryzało się w ciało Ezechiasza. Wtedy z rąk martwego przewodnika któryś najszybciej myślący pielgrzym wyrwał karabin, i dobił już rannego dwunożnego gado-ptaka. Dwa ostatnie mutanty, wolniejsze od swoich poprzedników właśnie dobiegły do miejsca zajmowanego przez pielgrzymkę. Pierwszy, o posturze lwa, lecz z wydłużonymi przednimi łapami o chwytnych pazurach, dopadł jednego z próbujących uciekać. Drugi stwór, niewiele różniący się od poprzedniego, jednak obdarzony przez naturę i radiację dodatkową parą nóg, zaszarżował na Kostka.

    Co najmniej trzy pociski wystrzelone z odległości kilku metrów, utknęły w czaszce stwora, nim bez życia w czerwonych oczach padł u stóp politechnika. Strzelec z karabinem uporał się z wąsatym stworem, lecz nie miał już amunicji. przeszukiwał teraz ciało przewodnika, z nadzieją na znalezienie kolejnego magazynka. Prócz niego przeżyło dwoje pielgrzymów. Pozostali próbowali uciekać: jeden leżał kilka metrów obok, z rozerwanym karkiem i rozdrapanymi do gołej kości plecami. Krzyki pozostałych było słychać spomiędzy budynków, przerywał je tylko ryk kolejnych zwabionych mutantów.

    – Tam. – stłumiony przez szalik dał się słyszeć głos pielgrzyma z karabinem. Wskazywał w stronę ogromnego budynku, który jakby dopiero teraz przebił się do świadomości Kostka: z przodu widać było kilkupiętrową pozostałość jakiejś przybudówki, ale zza niej wyłaniała się gigantyczna, czerwona kopuła. Gdy przeszli kilka kroków, dały się widzieć jeszcze dwie mniejsze, tak samo czerwone narośle, na poszarzałej bryle budynku.

    – Kościół nas ocali. – nie było wiadomo czy pielgrzym mówi o organizacji czy budynku. Dwoje pozostałych ocalałych ruszało za nim szybkim krokiem, pokonując pęknięcia w nawierzchni ulicy. Rozważywszy wszystkie za i przeciw, w tym stado biegających w okolicy mutantów, Konstanty podążył za nimi.

    Mieszkańców Kościoła było kilkunastu. Nie wyszli im na spotkanie wszyscy. Dokładniej mówiąc, wyszła trójka uzbrojonych w karabin, łuk i kuszę. Prócz tego wszyscy mieli maski i długie ciężkie płaszcze, miejscami osłonięte dodatkowo metalem. Czy była to ochrona przed bronią, mutantami czy promieniowaniem, tego Kostek nie wiedział. Tamci wyglądali bardzo groźnie, dopóki nie wytłumaczyli mu co zaszło, i czemu strzelali. Na wieść o śmierci Ezechiasza wszyscy trzej przeżegnali się. Później jeden z nich, ten który posługiwał się łukiem, wprowadził ich do środka. Jego dwaj towarzysze oddalili się w stronę pobojowiska.

    W przedsionku stała bariera, złożona z płyt chodnikowych, stert ziemi i kamieni ograniczonych siatką i kilku ławek kościelnych. Za tą dziwną zbieraniną siedziała kobieta w brudnym ornacie narzuconym na szarą kamizelkę, dzierżąca coś w rodzaju długiej włóczni albo bosaka, którym mogła dźgać znajdujących się przy wejściu, sama pozostając za osłoną.

    – Spokojnie Eli, ci ludzie to pielgrzymi, strzelali do poczwar. – na te słowa kobieta z ulgą wstała i oparła o kolumnę swoją broń. Widocznie nie lubiła jej używać, w przeciwieństwie do swojego towarzysza, który nie wypuszczał łuku z rąk. Nie kazał też przybyłym zostawić broni, choć jeden z pielgrzymów odłożył odziedziczone po Ezechiaszu AK. Konstanty swój pistolet schował głęboko do kieszeni, z nadzieją że pozostali nie każą mu go oddać, i z jeszcze większą nadzieją, że są w nim jeszcze naboje. Nie liczył ich gdy strzelał, i nie pamiętał czy pozostał mu choć jeden. Przecież kiedy liczył je ostatnio, magazynek nie był nawet pełen.

    Łucznik zajął miejsce Eli, i nakazał jej zaprowadzić gości do kaplicy. Kobieta z ulgą oddaliła się od kilku par wielkich, drewnianych drzwi, które łączyły ogromne i bezpieczne wnętrze, z jeszcze większym, śmiertelnie niebezpiecznym zewnętrzem. Idąc w głąb Kościoła, trajkotała coś do pozostałej trójki pielgrzymów. Kostek nie słuchał jej, bo zajęty był podziwianiem przestrzeni w jakiej się znaleźli: wysoko nad ich głowami majaczył sufit, oświetlony resztkami zachodu słońca, wpadającymi do wnętrza przez powybijane w większości okna. Gdy przyjrzał się uważniej, zrozumiał że część okien jest celowo zasłoniętych metalowymi tarczami, a te gdzie ocalały szyby wzmocniono kratami ze spawanych prętów i siatki. Dalej jego spojrzenie opadło do ogromnej, wręcz gigantycznej nawy, którą właśnie przecinali. Minęli leżący jak ogromny insekt trup żyrandola, wokół nich w skąpym świetle widać było odciśnięte na posadzce prostokąty pustych miejsc po ławkach. Drewno z nich zostało pewnie użyte w innym miejscu budowli. Dotarli w końcu do wymurowanej, ufortyfikowanej prostopadłościennej konstrukcji, z której wąskie drzwi prowadziły do mniejszych pomieszczeń. Tutaj czekali na nich pozostali członkowie Kościoła Żywego.

    Dokładnie dwadzieścia trzy osoby są tutaj teraz z nami. W tym kobiety i dzieci. Cześć mieszka na stałe. Nie dają się nabrać na czytanie biblii, gdy tylko ją wyjmę zaczynają zadawać mi teologiczne pytania. Teraz udaję, że poszedłem się odlać. Swoją drogą mają ładny, oddzielny pokój na toaletę. Bardzo dobrze zorganizowani. Nieliczne uprawy roślin są w budynku obok, tutaj tylko się modlą, jedzą i mieszkają. Pracują gdzieś poza, nie wiem dokładnie,  bo nas traktują jak gości. Była msza dziękczynna za nasze przybycie i druga żałobna z powodu śmierci pozostałych. Zginęła cześć pielgrzymki, ale to drugorzędne, teraz muszę stąd uciec. Wracać mamy dopiero za miesiąc, a ten czas poświęcimy na modlitwę i medytację tutaj. Spróbuję uciec jeszcze tej nocy, póki mnie nie podejrzewają. Uzupełniłem u nich wodę, jedzenie mam jeszcze z własnych zapasów. Pistolet i pięć naboi. Przepraszam, że zmienia się to w dziennik, ale szanse, że przeżyję są małe, a że to otrzymacie jeszcze  mniejsze. Zresztą nieważne, po co ja to piszę.

    ***

    Konstanty niewiele się zastanawiał, działał odruchowo, wybierając drogi wydające się najprostszymi. Kiedy poprzedniego dnia jeden z gospodarzy prowadził go do toalet, będących po prostu rzędem kubłów w oddzielnym pomieszczeniu, mijali okno. Tak jak inne okna na parterze, było osłonięte stalową klapą, ale znajdowało się z dala od mieszkań, i gdy wracając przyjrzał mu się, zrozumiał że prosta budowa blokady pozwala bez problemu otworzyć je do środka.

    Teraz przeciskał się na drugą stronę otworu okiennego, z którego po drugiej stronie skoczył. Upadł może z dwóch metrów, nie był w stanie stwierdzić, ale od razu zerwał się do biegu.

    Tego też nie przemyślał i łajał się za to. Wybrana droga ucieczki prowadziła dokładnie w przeciwną stronę, niż wyjście z metra, z którego skorzystali. Nie mógł obejść kościoła ani z jednej, ani z drugiej strony, bo albo naraziłby się na przejście koło kotlinki zamieszkanej przez mutanty albo wszedłby dokładnie na strzał strażnikom przy głównym wejściu. Miał tylko nadzieję, że nie ma strażnika na dachu, obserwatorów w bocznych oknach kościoła, czy jeszcze gdzie indziej.

    Mógł poczekać jeden dzień, sprawdzić, wypytać o okolicę. Może wróci? Powie że tylko wyszedł na spacer. Roześmiał się w duchu. Jakieś objawy paranoi.

    Oddalił się od ściany kościoła na sto metrów, przebył zarośnięte boiska, i wydostał się na jezdnię. Tu przystanął, i spojrzał na wejście do świątyni, które było stąd dość dobrze widać. Stał tam tylko jeden strażnik, patrzył mniej więcej na wprost, czasem w stronę skrzyżowania. Tu nie. Nie czekając na lepszą sposobność, Kostek rzucił się na drugą stronę ulicy.

    Chodnik, miejsce parkingowe, wrak samochodu za którym na sekundę przycupnął. Dwa oddechy. Potem dwie jezdnie, pas gnijącej zieleni oplecionej pnączami i następny chodnik. Rzucił się miedzy dwa długie budynki, nie oglądając się za siebie. Był pewien, że gdy tylko się wychyli, jego głowę spotka kula.

    Biegł prosto przed siebie, między niskie kilkupiętrowe bloki, obrośnięte pnączami twardymi i czarnymi jak korzenie. Niewiele było prawdziwej zieleni wśród tych roślin. Przebiegł między dwoma blokami, i wtedy po lewej coś przeraźliwie zawyło. Bardziej jak piła mechaniczna, niż żywe zwierzę.

    Akurat teraz dopadły go dziwne myśli, wspomnienia. Czy to ten moment przed śmiercią kiedy całe życie leci ci przed oczami? Niewykluczone, że leciało tak szybko, bo ile sił w nogach umykał przed pogonią.

    Tą prawdziwą i tą urojoną.

    Nienawykły pod ziemią do tak długich biegów musiał w końcu się zatrzymać. Wybrał miejsce pod ścianą samotnego bloku: wyszarpną z kieszeni pistolet, i już miał go przyłożyć do skroni, gdy zza rogu wypadł mutant. Lufa sama powędrowała na szare, pokryte tylko czerwienią liszajów cielsko. Strzelił dwa razy, mutant drgnął i zwolnił, widocznie ranny ale jeszcze żyw. Dołączył do niego drugi. Obydwa miały szczęki otwierające się na cztery strony, jak płatki mięsożernej rośliny, pędzącej na spotkanie ofiary. Trzy strzały.

    Pierwszy jakimś cudem przebił na wylot czaszkę stwora, dwa pozostałe przygwoździły jego krewniaka do ziemi. Pierwszy z mutantów jeszcze miotał się, ale nie umiał unieść ranionej głowy. Konstanty odrzucił bezużyteczną już broń i biegiem rzucił się dalej.

    Mijał dziwne budynki: niskie bloki ustąpiły na chwilę pola jeszcze niższym, ale rozleglejszym budynkom ze spadzistym dachem, z którymi sąsiadował mały domek. Wydawał się zupełnie nie na miejscu pośród szarych betonowych kolosów. Choć przez chwilę myślał, czy ten domek nie jest dobrym miejscem by przeczekać pościg, co do którego istnienia nie miał wątpliwości, postąpił jeszcze kilka kroków dalej. Wtedy, w perspektywie ulicy pojawił się znany już żółto-czerwony emblemat; wejście do metra.

    Gdy przebiegł już połowę drogi, dogoniła go myśl, że przecież na stacje Natolin go nie wpuszczą, a dobijać się nie ma sensu. Tak samo wentylator którym wyszli, był zamknięty od wewnątrz i nikt nie otworzy go poza terminem ustalonym z przebywającymi na powierzchni. Mógłby czekać, ale czy jest szansa, że ukryje się przez ten czas przed ścigającymi go mutantami?

    Dobiegł do skrzyżowania. Po lewej górowała bryła wielkiego bloku połączonego ze sklepami, dalej za nim widział budynek koło którego wyszli z podziemi. Spojrzał w prawo. Gdzieś tam daleko była stacja. Imielin. Co o niej wiedział?

    Zastanowił się, i wtedy niedawno zasłyszana plota wypłynęła na powierzchnię umysłu niczym martwa ryba. Jest tam wejście, nie do końca legalne i oficjalne. Używane przez zbieraczy. Niewykluczone, że prowadzi do tunelu albo na biedniejszą cześć stacji. STOP. Przyhamował swoje rozentuzjazmowane myśli i nadzieje. Czuł, ze nie jest dobrze z jego głową jeśli stoi na środku alei i gada sam do siebie. Ale tym zajmie się potem, teraz musi dostać się na sąsiednią stację. Całe szczęście miał w tym, że nie sposób było zgubić drogi. To jedno wiedział o Ursynowie; wszystkie te stacje leżały pod jedną i tą samą ulicą.

    Pobiegł, tam gdzie wedle jego odczuć znajdował się Imielin, nieświadom, że jego bytność na Natolinie została zauważona.

    ***

    -Konstanty Krasicki. – chwilę zajęło mu przypomnienie sobie, skąd ktokolwiek zna jego imię. Chwilę później dotarło do niego, że przecież sam się przedstawił kiedy go znosili. Uniósł głowę: przed nim, za prostym metalowym stołem ze zdartym blatem, siedział mężczyzna. Trzydzieści parę lat, a może byli rówieśnikami? Czarne włosy i jeszcze ciemniejsza broda. Ukryte w niej usta rozchyliły się, i nieznajomy odezwał się znowu:

    – Konstanty Krasicki? – tym razem pytanie było jasno zaakcentowane. Gdy Kostek kiwnął głową, pytający kontynuował. – widzę, że dopiero teraz nadajesz się do czegokolwiek. Byłeś w stanie podobnym do upojenia alkoholowego, do tego mdlałeś i bełkotałeś. Medycy mówią, że masz jakieś problemy z psychiką. Ale mi tam wszystko jedno.

    To mówiąc rzucił na blat oprawioną w czerwień biblię. Na wierzchu okładki leżały niewysłane meldunki. Sprawa była jasna. Zdemaskowali go, i chyba nawet nie musieli się bardzo trudzić, bo nie czuł ani jednego siniaka, który wskazywałby na tortury.

    – Jak… – nie dokończył, bo zeschnięte gardło odmówiło mu posłuszeństwa.

    – Zauważyli cię stróże z Natolina. Powiadomili nas, a myśmy przechwycili cię w połowie drogi. Ledwo już szedłeś. Potem przewieźliśmy cię tu. Od tego czasu trzy dni jesteś jak niemy. – dziwny mężczyzna mówił to wszystko jakby ze skrywaną wesołością, zupełnie jakby fakt, że mówi do obcego szpiega, nie stanowił dla niego przeszkody w odnajdywaniu jakieś dziwnej radości w rozmowie.

    – Czy byłem przesłuchiwany? Rozmawiałem już z panem? – politechnik spytał wprost, z rosnącym przerażeniem.

    – Nie, ale z twoich pism wysnuliśmy chyba jasne wnioski. Dziwi mnie tylko, dlaczego wysłano kogoś takiego jak Ty? Rozumiem doświadczonego strażnika albo wojskowego, ale czy wy tam już naprawdę nie macie nikogo lepszego żeby tu do nas przychodzić? Nasi ludzie u was, to pierwsza klasa, i w dowództwie Arsenału i zarządzie politechniki. Nawet jacyś skośni dla nas robią.

    – Strażnik i wojskowy zatrzymali się na Wilanowskiej, ja doszedłem najdalej, to świadczy, że lepszy był zwykły człowiek, niż wyszkoleni zawodowcy.

    Na te słowa ciemnowłosy roześmiał się. Jego radość wydawała się naprawdę szczera, i jeśli postanowił grać dobrego policjanta, to jego zdolności aktorskie były na wyśmienitym poziomie.

    – Doszedłeś tu i co? Jesteś na najdalszym południu. Dzikim zachodzie naszej stolicy. A przepraszam; stolycy. A ja to w ogóle wiesz, naprawdę z Radomia jestem. A tak się złożyło, że widzisz, jestem teraz szefem wywiadu. Niezła heca co? Widzę, że nie do końca rozumiesz. Rozjaśnię Ci to, w te kilka minut jakie nam zostało. – to mówiąc zerknął na prosty, lecz gustowny zegarek, jaki przed wojną mógł kosztować całkiem sporo. Nim Kostek dojrzał która dokładnie była godzina, mężczyzna wstał i ruszył do wyjścia. Zatrzymał się przy drzwiach i poprawiwszy długą skurzaną kurtę, ozdobioną tylko naszywką Koalicji, spojrzał w tył na swojego rozmówce.

    – Chodź. Nie myśl sobie, że cię skuję czy coś. Nie stanowisz dla nas zagrożenia. – to mówiąc wyszedł na korytarz, a Kostek podążył za nim. Szef wywiadu wyprowadził politechnika wąskim korytarzem wprost do tunelu. Pomieszczenie w którym rozmawiali okazało się jakąś pozostałością części technicznej stacji, która zaczynała się kilkanaście metrów dalej.

    – Wybór miejsca był kwestią pierwszorzędną. Rozumiesz, plan maksimum zakładał nową granicę na Racławickiej. Potem myśleliśmy, że może Pole też weźmiemy dla siebie, ale w końcu, żeby uniknąć klapy, uznaliśmy że Magazyn zostawimy sobie. Te parę miesięcy temu, zabraliście stamtąd wszystko co dało się zabrać, teraz to pustka a nie dobro wspólne. – czarnowłosy poprowadził Kostka na skraj świateł, rzucanych w tunel ze stacji.

    W świetle rozpalonych na peronie ognisk i wszechobecnych reflektorów, Kostek rozpoznał miejsce, które nie tak dawno mijał. W gęstym świetle, zasilanych z generatora stojącego pośrodku stacji lamp, czerwienią błyszczały ściany zatorowe stacji. Sufit nie ginął już w mroku jak poprzednio, lecz wzbijał się pod niego gwar zgromadzonego wojska. Przewodnik poprowadził go dalej, i wtedy uderzyła go jedna rzecz: żołnierzy było w gruncie rzeczy bardzo niewielu. Kręcili się też wśród nich cywile, zajmujący się oczyszczaniem peronu i przenoszeniem jakichś nowych, nieuszkodzonych skrzyń.

    – Łatwo wam pewnie tutaj poszło, ale takimi siłami nie macie szans pójść dalej. – nie mógł się powstrzymać od uśmiechu. Jak okazało się, to nie oni przecenili przeciwnika, ale on siebie. Kątem oka zauważył, że szef wywiadu też się uśmiecha. Nie powiedział jednak nic. Obydwaj doszli do północnego krańca stacji, gdzie kilku mężczyzn kończyło właśnie rozbieranie bariery, która kilka dni wcześniej broniła wejścia. Radomiak po raz kolejny spojrzał na zegarek.

    – Dwie minuty! – krzyknął w tył, tak by stojący najbliżej go usłyszeli. Wiadomość rozniosła się błyskawicznie po całym peronie, i już po chwili ludzie zaczęli ustawiać się w chaotycznej formacji przy ujściach północnych tuneli. Wtedy mężczyzna znowu odezwał się do Konstantego:

    – Możesz wciąż mieć mylne pojęcie o tym co ma tutaj miejsce, więc postaram się jak najkrócej to ująć. Nie jesteśmy jak Ratusz, by w bezsensownej walce poświęcać setki naszych dusz, bo to prowadzi jedynie do dalszego rozlewu krwi. My go zatrzymamy. Tę stację zdobyliśmy bez jednego wystrzału; nie zginął nikt. Każdy z obsady dostał możliwość ucieczki na północ, puki to jeszcze możliwe. Część wybrała. Daliśmy im czas by dotarli do Pola, a może i dalej i przekazali wieść. Mógłbym dać komuś z nich twoje meldunki, ale nie zdadzą się już na nic. Dziesięć minut temu uprzedziliśmy telefonicznie śródmieście o tym co planujemy. To już zagranie czysto psychologiczne. Dobitnie pokażemy im że przegrali.

    Gdy wyrzekł te słowa, jego zegarek wskazał siedemnastą. Wtedy stojący obok niepozorny chłopak zetknął końce dwóch przewodów. Naraz w głębi tunelu rozległ się ogromny huk, a sekundę później na stację z obu północnych wjazdów wlała się, niczym dwa widmowe wagony metra, fala pyłu i dymu.

    Gdzieś pomiędzy stacjami właśnie zawaliła się jedyna bezpieczna droga na północ.

    #5129

    Mont real man
    Uczestnik

    Opowiadanie na 4+
    Bardzo dobre, nie widzę, żadnych nieścisłości, ale jest kilka drobnych usterek:
    -Początek jest trochę niespójny, trudno się zorientować kto jest kim. Nie jestem pewien czy ich liczba nagle się nie zmienia z jakiegoś powodu, za dużo imion, za mało opisu postaci… Tak mi się zdaje, że na początku panuje lekki chaos, widać go też trochę w opisach. Myślę, że musiałeś zrobić sobie dłuższą przerwę między początkiem, a dalszą częścią, bo widać zmianę stylu.
    -Pojawiają się gdzieniegdzie literówki, jeden niejasny skrót „Poli”, który zbyt skojarzył mi się bardziej z Polis niż Politechniką.
    -Trochę dziwne, że Pielgrzymi nie zorientowali się, że to nie Biblia, grubość lekko mówiąc by się nie zgadzała.
    Ogólnie bardzo dobre opowiadanie. Wrzucisz kolejne? 😉

    #5137

    kirej
    Uczestnik

    między początkiem i resztą nie robiłem żadnej przerwy, całość ogólnie napisałem dość szybko i tylko na kilka „posiedzeń”. Co do Poli, to ten skrót wydał mi się jasny i oczywisty, bo samemu zdaża mi się go używać na codzień. Może nie dość jasno to opisałem, ale książka którą ma bohater to naprawde Biblia, tyle że z ukrytymi między kartkami jego raportami. Co do kolejnych opowiadań, to będe dalej starał sie wpisać jakoś w historię z Achromatopsji

Oglądasz 4 wpisy - 1 z 4 (wszystkich: 4)

Musisz się zalogować by odpowiedzieć w tym temacie.