Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 75 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3

Sid

 Tytuł: Re: Sid
Post: 02 sie 2015, 23:40 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
BITT2000 pisze:
Szczerze to wątpię, żeby jedna osoba pisała co roku o innych miastach ;) Prędzej już wezmą pisarza, który zna okolicę, jak P. Majka, który pisał o Krakowie, czy Schmidt o Wrocławiu.

Co do większej ilości książek - zgadzam się, żeby było więcej, ale żeby nie było takiego przesytu jak w Rosji ;) btw, fajnie by było, gdyby wydawnictwo ogłosiło jakiś konkurs na książkę z Uniwersum :) ale to chyba pozostanie w sferze marzeń... :|


Konkurs na opowiadanie przecież jest - nabór najlepszych tekstów, które trafią do drukowanej antologii w nakładzie 20 000 szt. Raz już się zdarzyło.
Konkurs na powieść to bzdura - nakład pracy jest ogromny, a żadnej gwarancji nie ma. Kto się na to porwie? ;)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 02 sie 2015, 23:53 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
JozefSwistak pisze:
BITT, zgadzam się z Tobą. Konkurs byłby o tyle dobrym rozwiązaniem, że dałbym 80% szansy na to, że zwycięska książka okazałaby się dobra. Innym dobrym aspektem tego konkursu byłoby mało chętnych, oczywiście przy założeniu, że limit stron byłby od 300 do 700.

Ogólnie temat polityki Insignis jest dość... płynny.
Pytanie bez odpowiedzi - czy brać znanego pisarza, który wyda kiepską książkę, czy nowicjusza, który napisze naprawdę dobrą?
Piszę w kontekście Pawła Majki, bo jak czytam opinie itd. na temat jego książki, to na serio odechciewa mi jej się kupować, a tylko jej brakuje mi do tymczasowo pełnej kolekcji. Do tego w sklepie książki z U2033 podobnej grubości były 5 zł tańsze... WTF??
(mam nadzieję, że Otchłań okaże się dobrą książką)


Tu nie chodzi o to, czy tekst jest dobry. Inne, ważniejsze czynniki decydują o tym, czy tytuł trafi na rynek. Inwestycja jest ogromna, a koszty muszą zwrócić się z nawiązką. To wielka machina, w której wszystkie tryby muszą współgrać ze sobą.
Kto by czytał te niezamówione kobyły po 300-700 stron?
Krakowskie Metro 2033 musiało być pierwsze w Polsce, bo to typowy syndrom naszego drobnomieszczaństwa, wszak najpierw przede wszystkim trzeba sobie solidnie dogodzić, chociażby po to, żeby wyleczyć kompleksy ;)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 03 sie 2015, 0:01 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 05 lip 2015, 18:07
Posty: 42
Niby dlaczego bzdura?

Jak ktoś pisze/już napisał, to może zawsze wysłać swój tekst i zobaczyć, czy to jest dobre, nadaje się do druku, itp.
Fakt, pisanie książki dłużej trwa niż opowiadania, ale napisanie i wydanie, to już jest coś, prawda?

Kto się na to porwie? Może niewielu, ale jak już, to wystartują ci, którym zależy na tym, żeby zobaczyć, czy ich teksty nadają się do czegokolwiek ;)

Co do czytania kobył...
Zawsze mogą czytelnicy zadecydować, co by chcieli przeczytać, a co nie ;) dopiero wydawnictwo by mogło ostatecznie zatwierdzić tę czy inną książkę.

PS. Książka powyżej 300 stron to kobyła? Toż to przeciętne wydanie książki z Uniwersum ma średnio ~500 stron (tak pi razy oko), a kobyłą nie jest ;) Za to się zgodzę, że książka powyżej 700 stron, to jest... cóż... Grubszy kawałek literatury ;)
PS.2 OT. W domu mam Bastion w wydaniu twardym, który liczy ponad 1100 stron. To już jest kobyła :D


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 03 sie 2015, 0:18 
Offline

Rejestracja: 24 lip 2015, 15:36
Posty: 23
fajnie, że dyskusja się jeszcze nie skończyła :D

"Konkurs na powieść to bzdura - nakład pracy jest ogromny, a żadnej gwarancji nie ma. Kto się na to porwie? ;)"

To może uznasz mnie za ewenement ale ja w swojej "liście spraw do załatwienia przed emeryturą", mam zapisane - "napisać książkę" - 8-)
Zawsze lubiłem czytać - i generalnie książki - i już jako dziecko chciałem zobaczyć na półce książkę, która na grzbiecie miałaby moje nazwisko :D i jakiś tytuł ;)

I piszę (po wielu latach kiedy mówiłem, mówiłem i mówiłem ale... nie pisałem) przyznaję, rozwinąłem jedno swoje opowiadanie, które miało pierwotnie iść na konkurs - niestety nie mogę zdradzić co to będzie ale miasto, które wybrałem jest jeszcze nie opisywane, a i historia którą przedstawiam sądzę, że będzie ciekawa - ale do tematu - czy wydadzą nie mam bladego pojęcia ?
Piszę też trochę wierszy - może kiedyś i nimi się pochwalę ?

Ale wierzę, że się uda ! 8-) A przy okazji spełniam postanowienie z listy ;)

A z kolegą, zgadzam się w całej rozciągłości, niewielu będzie takich jak ja, żeby napisać "bo chcę napisać" i do tego bez jakichkolwiek gwarancji na istnienie własnego tworu jako książka ......


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 03 sie 2015, 0:31 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
BITT2000 pisze:
Niby dlaczego bzdura?

Jak ktoś pisze/już napisał, to może zawsze wysłać swój tekst i zobaczyć, czy to jest dobre, nadaje się do druku, itp.
Fakt, pisanie książki dłużej trwa niż opowiadania, ale napisanie i wydanie, to już jest coś, prawda?

Kto się na to porwie? Może niewielu, ale jak już, to wystartują ci, którym zależy na tym, żeby zobaczyć, czy ich teksty nadają się do czegokolwiek ;)

Co do czytania kobył...
Zawsze mogą czytelnicy zadecydować, co by chcieli przeczytać, a co nie ;) dopiero wydawnictwo by mogło ostatecznie zatwierdzić tę czy inną książkę.

PS. Książka powyżej 300 stron to kobyła? Toż to przeciętne wydanie książki z Uniwersum ma średnio ~500 stron (tak pi razy oko), a kobyłą nie jest ;) Za to się zgodzę, że książka powyżej 700 stron, to jest... cóż... Grubszy kawałek literatury ;)
PS.2 OT. W domu mam Bastion w wydaniu twardym, który liczy ponad 1100 stron. To już jest kobyła :D


Kinga teksty mogą mieć i po 10 000 kartek a i tak będą się sprzedawały, bo King to marka.
300 stron w przypadku rekruta to kobyła bo wydawnictwa nie mają ludzi do czytania każdej nowej propozycji. Ci co czytają teksty, mają także inne obowiązki, najczęściej związane z pracą nad zaplanowanymi książkami. Zewnętrzna recenzja zaś kosztuje.
Profile tematyczne takie jak ten (nasze forum) są najlepszym źródłem i szansą dla dłuższych historii nieznanych autorów, bo jak rzesze się zachwycą, to może władni coś postanowią, albo nawet zdecydują. Inaczej, to będzie tylko bicie głową w mur. Wiem co mówię. W Polsce rynek literacki to jakaś masakra. Konkursy na krótkie historie, to także szansa na coś więcej, bo jak wydawca się zachwyci, to może i cosik więcej zaproponuje. FS tak zrobiła w przypadku konkursu na opowiadanie do stalkerskiej antologii z której ostatecznie zrezygnowała. Z morza tekstów wyłowiła jednak dwóch autorów, którym zaproponowała pracę nad czymś dłuższym. Czasem się da.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 03 sie 2015, 0:38 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Załącznik:
25 stacja 13_stadion olimpijski_wroclaw_podziemna fabryka i magazyny z czasow II wś.jpg
25 stacja 13_stadion olimpijski_wroclaw_podziemna fabryka i magazyny z czasow II wś.jpg [ 12.48 KiB | Przeglądany 3398 razy ]
Załącznik:
23 stacja 12_stabłowice_wroclaw_podziemne lotnisko z czasow II wś.jpg
23 stacja 12_stabłowice_wroclaw_podziemne lotnisko z czasow II wś.jpg [ 7.07 KiB | Przeglądany 3398 razy ]


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 04 sie 2015, 9:59 
Offline

Rejestracja: 08 wrz 2014, 20:14
Posty: 527
Alien pisze:
1.300 stron w przypadku rekruta to kobyła bo wydawnictwa nie mają ludzi do czytania każdej nowej propozycji. Ci co czytają teksty, mają także inne obowiązki, najczęściej związane z pracą nad zaplanowanymi książkami. Zewnętrzna recenzja zaś kosztuje.
2.Profile tematyczne takie jak ten (nasze forum) są najlepszym źródłem i szansą dla dłuższych historii nieznanych autorów, bo jak rzesze się zachwycą, to może władni coś postanowią, albo nawet zdecydują. Inaczej, to będzie tylko bicie głową w mur. Wiem co mówię.


ad.1
Dlatego oprócz całej powieści wysyła się konspekt,streszczenie i reprezentatywny fragment i jeśli to podchwyci, to wtedy może ktoś przeczyta całość. Jasna sprawa, że jak ktoś "bez nazwiska" wyślę tylko plik z całą powieścią, to sam sobie strzela w kolano.

ad.2
Na ankietę Insignis chyba zwraca uwagę, ale nie widzę sensu wrzucania całej powieści na forum w celu zainteresowania wydawnictwa, bo A) mało kto przy tej szacie graficznej spędzi tyle czasu, aby przeczytać 500k znaków i B) to już nie będzie nowość, bo jak gruchnie wieść, ze to zostanie wydane, to ludzie sobie przekopiują na czytniki za darmo i przeczytają jeszcze przed oficjalnym wydaniem (w internecie nic nie ginie).

Dlatego za "złoty środek" uważam konkurs i druk zwycięskich opowiadań jak w Szeptach.... Przy popularności UM2033, to jest chyba nawet lepsze niż wydanie powieści w jakimś wydawnictwie krzak, gdzie przeczyta cię najwyżej kilkaset osób lub nie daj Boże przez vanity press, gdzie, oprócz tego, ze skroją Cię na kasę, to jeszcze nikt tego nie kupi i nie przeczyta.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 04 sie 2015, 23:36 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
ad.1
Dlatego oprócz całej powieści wysyła się konspekt,streszczenie i reprezentatywny fragment i jeśli to podchwyci, to wtedy może ktoś przeczyta całość. Jasna sprawa, że jak ktoś "bez nazwiska" wyślę tylko plik z całą powieścią, to sam sobie strzela w kolano.

ad.2
Na ankietę Insignis chyba zwraca uwagę, ale nie widzę sensu wrzucania całej powieści na forum w celu zainteresowania wydawnictwa, bo A) mało kto przy tej szacie graficznej spędzi tyle czasu, aby przeczytać 500k znaków i B) to już nie będzie nowość, bo jak gruchnie wieść, ze to zostanie wydane, to ludzie sobie przekopiują na czytniki za darmo i przeczytają jeszcze przed oficjalnym wydaniem (w internecie nic nie ginie).

Dlatego za "złoty środek" uważam konkurs i druk zwycięskich opowiadań jak w Szeptach.... Przy popularności UM2033, to jest chyba nawet lepsze niż wydanie powieści w jakimś wydawnictwie krzak, gdzie przeczyta cię najwyżej kilkaset osób lub nie daj Boże przez vanity press, gdzie, oprócz tego, ze skroją Cię na kasę, to jeszcze nikt tego nie kupi i nie przeczyta.[/quote]


Streszczenie, konspekt, fragmenty tekstu to podstawa, ale ponadto: mapka, stacje, frakcje i trylion szczegółów, dotyczących głównych bohaterów. Zdjęcia i opisy obiektów występujących w tekście. Jednym słowem - świat. Dobrze skrojony, niczym garnitur na miarę. Ale to wciąż jest za mało. Szczęście trza jeszcze mieć, albo znać kogo trzeba, nie inaczej.
Ale pisać należy, i się nie poddawać, i zawsze wierzyć, że może wreszcie się uda - jeśli, rzecz jasna, kocha się to co się robi. Inaczej nic z tego nie będzie, bo pisanie to, wbrew pozorom, ciężka harówka.
Druk zwycięskich prac w takim nakładzie, to ukłon wydawcy w stronę piszących czytelników i zajebiszcza szansa na zaistnienie. Tu się akurat zgadzam z przedmówcą ;)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 05 sie 2015, 8:35 
Offline

Rejestracja: 08 wrz 2014, 20:14
Posty: 527
Alien pisze:
Ale pisać należy, i się nie poddawać, i zawsze wierzyć, że może wreszcie się uda - jeśli, rzecz jasna, kocha się to co się robi. Inaczej nic z tego nie będzie, bo pisanie to, wbrew pozorom, ciężka harówka.

Nikt nie twierdzi, że to bułka z masłem. Widać, to szczególnie w takich otwartych konkursach jak tutaj ;-)

Alien pisze:
Druk zwycięskich prac w takim nakładzie, to ukłon wydawcy w stronę piszących czytelników i zajebiszcza szansa na zaistnienie. Tu się akurat zgadzam z przedmówcą ;)

Dlatego uważam, że jeśli ktoś ma coś napisane, to aby podnieść swoje notowania u Insignis, to nie ma innego wyjścia jak zabłysnąć w konkursie. Jeśli chłopaki mają trochę oleju w głowie (a twierdzę, że mają nawet sporo), to nie pozwolą na przejęcie takiej perełki (jeśli się oczywiście ujawni) przez konkurencję. Wg. mnie sprawa kolejnych polskich powieści jest otwarta, jednak autor bez "nazwiska" musi po prostu zachwycić, wybić się dużo wyżej ponad średnią z niebanalnymi pomysłami i ponadprzeciętnym warsztatem. Może objawi się ktoś taki w tej edycji konkursu? :-D


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 06 sie 2015, 0:00 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
zrywoslaw pisze:
Alien pisze:
Ale pisać należy, i się nie poddawać, i zawsze wierzyć, że może wreszcie się uda - jeśli, rzecz jasna, kocha się to co się robi. Inaczej nic z tego nie będzie, bo pisanie to, wbrew pozorom, ciężka harówka.

Nikt nie twierdzi, że to bułka z masłem. Widać, to szczególnie w takich otwartych konkursach jak tutaj ;-)

Alien pisze:
Druk zwycięskich prac w takim nakładzie, to ukłon wydawcy w stronę piszących czytelników i zajebiszcza szansa na zaistnienie. Tu się akurat zgadzam z przedmówcą ;)

Dlatego uważam, że jeśli ktoś ma coś napisane, to aby podnieść swoje notowania u Insignis, to nie ma innego wyjścia jak zabłysnąć w konkursie. Jeśli chłopaki mają trochę oleju w głowie (a twierdzę, że mają nawet sporo), to nie pozwolą na przejęcie takiej perełki (jeśli się oczywiście ujawni) przez konkurencję. Wg. mnie sprawa kolejnych polskich powieści jest otwarta, jednak autor bez "nazwiska" musi po prostu zachwycić, wybić się dużo wyżej ponad średnią z niebanalnymi pomysłami i ponadprzeciętnym warsztatem. Może objawi się ktoś taki w tej edycji konkursu? :-D



Z tekstami tak już jest, że te, które zachwycą jednych, innym mogą się nie spodobać.
Sztuki nie da się zmierzyć ani zważyć... Cała reszta to biznes, kasa i marketing.
Każdy skończony tekst jest dla autora największą nagrodą. Żeby jeszcze z tego dobrze żyć i być sławnym, nie wystarczy dobra jakość. Trza mieć solidne plecy!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 06 sie 2015, 0:03 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Załącznik:
metro 2033 wrocław.jpg
metro 2033 wrocław.jpg [ 166.08 KiB | Przeglądany 3234 razy ]

Załącznik:
plan marszu_wroc.jpg
plan marszu_wroc.jpg [ 316.65 KiB | Przeglądany 3234 razy ]


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 06 sie 2015, 8:47 
Offline

Rejestracja: 08 wrz 2014, 20:14
Posty: 527
Alien pisze:
Żeby jeszcze z tego dobrze żyć i być sławnym, nie wystarczy dobra jakość. Trza mieć solidne plecy!


Istnieje jeszcze szansa, że docenią twoją twórczość dopiero po twoim zgonie ;-)


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 20 paź 2015, 12:40 
Offline
Emeryt
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 paź 2013, 16:06
Posty: 1062
Fragment "Sida" został zgłoszony do konkursu. Przeczytałam go, i tak mi się wydawało że gdzieś na forum już tekst widziałam, a teraz proszę, widzę że ciekawa dyskusja z dziwnymi zarzutami.
Ja tylko w gwoli wyjaśnienia. Insignis nie prosiło o tekst. Autor sam przesłał pierwszy rozdział i konspekt. Wydawnictwo stwierdziło że jest niezłe, ale niczego nie obiecywali, i autor został poinformowany że pisze na własną odpowiedzialność i ryzyko. Efekt końcowy był niezadowalający, dlatego tekst został odrzucony, i to na długo przed podpisaniem umowy z Robertem Szmidtem.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 20 paź 2015, 15:53 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 25 maja 2015, 22:13
Posty: 459
Lokalizacja: Warszawa / Sulejówek
Bardzo ciekawe. Myślę, że Pani Administrator w tym momencie rozwiała mnóstwo innych wątpliwości :)

Czy w takim wypadku Sid nie podlega temu punktowi regulaminu?

Cytuj:
Opowiadanie musi spełniać następujące warunki:
a) Musi stanowić spójną całość, niedopuszczalne są opowiadania „nieskończone” Proszę to brać po uwagę, i nie zgłaszać kilku początkowych rozdziałów powieści.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 20 paź 2015, 19:19 
Offline
Emeryt
Awatar użytkownika

Rejestracja: 08 paź 2013, 16:06
Posty: 1062
No i tak mniej więcej wygląda mój komentarz odnośnie "sida" zgłoszonego do konkursu. Widać że to nie jest opowiadanie, tylko fragment większej całości.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 24 paź 2015, 14:07 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Admin_uniwersum pisze:
No i tak mniej więcej wygląda mój komentarz odnośnie "sida" zgłoszonego do konkursu. Widać że to nie jest opowiadanie, tylko fragment większej całości.


Tytułem wyjaśnienia - "Sid" jest opowiadaniem. Debata dotycząca tego co autor miał na myśli, nie ma sensu. W opowiadaniu "Sid" jest akcja (kilka zwrotów akcji), główny bohater, poboczne postaci, opis postapokaliptycznego podziemnego miasta, strach i dowcip. Jest też finał, czyli rozszyfrowanie tajemniczego skrótu, pseudonimu głównego bohatera. Konspekt i reszta historii powstały znacznie później.
Z Robertem temat pierwszeństwa wyjaśniliśmy sobie jakiś czas temu. Temat jest zamknięty.
Odnośnie wydawcy - tłumaczenie, że opowiadanie jest ok. a całość niezadawalająca wywołuje u mnie niechęć do jakiejkolwiek współpracy na przyszłość. Tekst można było zmienić, przeredagować, poddać korekcie... Takiej woli jednak nie było. Odrzucono współpracę wprost olewając wielogodzinną ciężką, żmudną robotę autora.
Bez urazy.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 13 lis 2016, 23:54 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Morze ujrzałem oczyma wyobraźni, błękit roztaczający się aż po horyzont. Sól na języku. Szeleszczący piasek pod gołymi stopami. Szum wiatru. Mewy unoszące się i opadające w powietrzu. Bezkresność. Wielkość fal, buzujących morskich bałwanów, które napierały na brzeg, wypłukując go z piasku. Muszle i bursztyny w kształcie łez. W dali maleńki stateczek, który wypłynął z macierzystego portu. Zachód słońca. I świadomość obecności jodu. Chłód wody obmywającej stopy z piasku.
Żurnalista na promenadzie. Zaczepił mnie, kiedy zbliżyłem się niebezpiecznie blisko. Pismak z niego, nie redaktor, uświadomiłem sobie dopiero po dłuższej chwili. Przy okazji też paparazzi, który próbował pstryknąć mi słit focię. Zrobił ze mnie aferzystę, nie wybaczę mu tego. Co innego inny dziennikarzyna, którego mam w kieszeni. On to już zupełnie co innego. Pomógł mi, choć napisał nieprawdę. Ale kto się tym przejmuje, bo mi się zdaje, że chyba nikt? Ludzi plotki tylko interesują, a mniejszością nikt się nie będzie przejmował. Wyrafinowany czytelnik niemal nie istnieje. Bzdury, plotki i banialuki, to prasowy chleb powszedni. Poza tym tona kłamstw i stek wyssanych z palca bredni, które najlepiej się sprzedają. Mam z tym złe skojarzenia. Ale osobom publicznym nie wypada poprawiać czegoś, co im służy. Pańskie oko konia tuczy. Pełna inwigilacja rodem z Orwella, zapis cudzego życia. Podglądanie osób medialnych weszło ludziom w krew. Pod pozorem utrwalania świata, szpieguje się pracowników, partnerów i wrogów. Gdzie tylko nie spojrzeć, czai się niewidoczne i nieomylne oko. Strach się bać, kto to później obejrzy.
W tle gra piękna muzyka. Muzyka, która łagodzi obyczaje. Przyjemność, rozrywka, nuta miła dla zmęczonego marszem ucha. Ciemność dookoła. Tunele strachem przesiąknięte. Śmierć, rozpacz i ból, nic więcej. Nadzieja, która chyba zasnęła na dłużej. Może nawet na zawsze. Władza, pragnienie dominacji. Żądza pieniądza. Półprawdy. Politykierzy, którzy opanowali świat. Zło, egoizm i kombinowanie na potęgę. Gdzie w tym wszystkim los człowieka? Gdzie troska o godność ludzką? Brak mi słów. Czy jestem lepszy od nich wszystkich? Nie sądzę. Czcze gadanie, paplanina, nic ponadto. Chciałbym być lepszym człowiekiem, ale się nie da. Oni na to nie pozwolą. Jesteś z nimi albo przeciw. Jesteś, albo cię nie ma. Być albo nie być, chciałoby się rzec. Pasuje jak ulał. Ktoś by rzekł, że to tylko szekspirowski pusty frazes. Ja tak nie uważam.
Słupki są przecież najważniejsze, wyborcze rzecz jasna, nie uliczne. Mogłem wybrać inaczej, ale nie wybrałem. Poszedłem niewłaściwą drogą. Czasem mam ochotę ich wszystkich zabić. Wtedy mógłbym wreszcie przestać iść. Może ciemność by ustąpiła, pochłonęłoby ją światło. Świetlność nad świetlnością. Ujrzałbym jasną drogę i poszedłbym nią. Nie lękałbym się więcej. Smuga ciepłego światła otuliłaby mnie swym niewidocznym ramieniem. Bym się stał światłością.
Zapach świeżości jest ze mną. Aromat pieczonego chleba. Smak życia. Chrupka skórka, blaty i stolnice pobielone mąką. Charakterny piekarz. Młyn wszystkich ludzi.



Rozdział VI
URZĄD WOJEWÓDZKI
Ciemny tunel, który prowadził w stronę Urzędu Wojewódzkiego zdawał się nie mieć końca. Przez chwilę słychać było przyjemną muzykę dobiegającą z oddali.
- To znak, że się zbliżamy - powiedział żołdak.
Kolejarz miał już dosyć tego spaceru. Ostatkiem sił ciągnął za sobą wypchany po brzegi plecak. Nierówne podłoże sprawiało mu nie lada kłopot, a zmęczenie nie pozwalało zebrać myśli. Po następnym kroku stary runął na ziemię. Narobił tym rumoru. Całe szczęście, że upadł na swoje manele. Sid natychmiast zawrócił i odnalazł leżącego na kamieniach i pokruszonych cegłach dziadka.
- Cały jesteś?
- Chyba tak.
- Możesz iść dalej?
- Nie dam rady, Sid. Nie mam już siły.
- Pomogę ci. Słyszałeś muzykę, to już niedaleko.
- Dla mnie to przepaść.
Młodszy z nich przytulił się do tego starszego, potarł swoją maską o jego maskę, a potem odnalazł rękawicą szkła zabezpieczające oczy kolejarza i je przetarł.
- Nie martw się, dam ci linę i pociągnę cię za sobą.
- Zwariowałeś, jak chcesz to zrobić, skoro nie mamy wózka? To bez sensu.
- Oj tam, dziadek, od razu bez sensu. Spójrz na siebie, słychać cię, a nie widać. Nikt nie zauważy, że nie mamy wózka. Ważne, że będziesz się odpychał rękami.
Kolejarz zaczął się śmiać i nie mógł przestać.
- Zostaw mnie tutaj, daj umrzeć. Przynajmniej odejdę z uśmiechem na twarzy.
- Ciekawe, co ci to da, skoro nikt twojej radości i tak nie zobaczy? To dopiero jest bez sensu.
- Dobra już, dobra. Pójdę jeszcze trochę, tylko nie każ mi się więcej śmiać, bo brzuch mnie już od tego boli.
- Przecież ci nie każę, sam się śmiejesz.
Muzyka ustała, śmiechy także i zapanowała błoga cisza. Dziadek zwlókł się z betonowego podłoża i stanął na nogach, które chwiały mu się i gibały na boki. Poczłapał za żołdakiem, który zabrał ze sobą jego plecak i teraz dźwigał już oba naraz. Dobrnęli wreszcie do śluzy, która o zgrozo była zamknięta.
*
- Nie wal tak, bo ktoś usłyszy – przemówił z dziwnym akcentem, jakiś nieznany, zamaskowany osobnik.
- Nie walę, tylko muszę się tam dostać, żeby napakować kieszenie – odparł mu kompan, który zaciągał śląską gwarą.
- Tylko pamiętaj o tym, co mi obiecałeś?
- Pamiętam, pamiętam. Poparcie w kolejnym głosowaniu.
- Poparcie w zamian za fanty, trochę jedzenia, wody i fajek.
- I gorzały, zapomniałeś już?
- Nie zapomniałem, tylko pamiętaj, żeby przekonać młodego, bo on nie ma jeszcze obycia w tych sprawach. Muszę dalej rządzić, za wszelką cenę. Od tego zależy twoja pozycja i nasza przyszłość.
- Rozumiem, ale wiesz przecież, że mam kilku informatorów na utrzymaniu?
- Spław ich.
- Nie mogę tego zrobić, poza tym bez nich nie wygrasz, a domagają się grantów. Naciskają na mnie.
- Dostaną wszystko, jeśli jednak mnie nie wybiorą, to nic nie wskórają. Nic, rozumiesz? Muszą czekać.
- No nie wiem, załatw chociaż więcej żarcia, to może uda mi się ich przekonać, żeby cię poparli. Potrzebuję też tytoniu, samogonu i zapałek.
- Da się zrobić.
- A co z konkurencją?
- Wiesz przecież, domyśl się. Trzeba coś upozorować.
- Nie wiem, z tym będzie trudniej.
- Wierzę w ciebie, kiedy się ustawię, to i tobie niczego nie będzie brakowało.
- Potrzebujesz mnie, co? Jestem ci potrzebny? Beze mnie niewiele byś zrobił.
- Taka prawda, będę ci za to dozgonnie wdzięczny.
- Będę musiał ich przekupić, innych oszukać, a jeszcze innych, być może nawet zabić.
- Rób, co musisz, tak trzeba.
- Po trupach do celu, co?
Ważniejszy z nich nie odpowiedział. Rozmówca zaraz odszedł, po chwili zza winkla wyłonił się ktoś inny.
- Jakieś wskazówki? – zapytał szychę. – Podpowiedzi?
- Tylko jedna, kiedy skończy, to wtedy ty skończysz z nim. Wszelki ślad ma po nim zniknąć. Rozprawimy się z nimi wszystkimi i będziemy razem rządzić tym martwym miastem.
- Mam korumpować, oszukiwać i zastraszać? Tego chcesz, wojewodo?
- Czytasz w moich myślach, za zasługi szykuje ci się specjalna fucha. Będziesz rad, mój drogi przyjacielu. Przy mnie nie zginiesz.
Chwilę później każdy z nich poszedł w swoją stronę. W tunelu słychać było kroki, które niedługo potem ucichły. Wtedy w ciemności ktoś się poruszył, wyprostował plecy i wyszedł zza zwału ziemi, a za nim podreptał ktoś jeszcze. Sid odnalazł plecaki, przez chwilę po omacku przeszukiwał zakamarki tunelu. Kolejarz bał się odezwać. Nie zapalili latarki ani papierosa. Przemieszczali się z wolna w stronę nieodległego urzędu.
- Czas wlecze się niewyobrażenie, a wyimaginowany zegar głośno tyka w głowie - pomyślał żołdak. – Strach tam iść.
Kolejarz szepnął coś o dzieciaku, żołnierz nawet nie zareagował. Szeleścili skafandrami i stukali podeszwami podczas mozolnego marszu. Bolesne zmęczenie narosło niczym wrzód. Ciężko było oddychać, jeszcze ciężej poruszać się z takim wyposażeniem.
- Kilkadziesiąt kilogramów niezbędnych rzeczy, toż to drobnostka. Wreszcie przystanęliśmy na krótką chwilę - miauknął stary, a potem odsapnął z radości.
Sid powiedział cichym głosem:
- Co stacja, to gorzej, ale w sumie można było się tego spodziewać.
- Można było, można – dyszał wciąż staruszek. – Politykierzy jedni, psia mać. Tfu, tfu.
- Swoją demokrację będą na nowo wprowadzać, bo kapitalizm już jest – rzekł żołdak.
- Ech, Sid, co tu mówić, kiedy wstyd poruszać ten temat. Jakby nie ugryźć tego orzecha, to i tak zęby połamane. Gęby uśmiechnięte, lśniące kły wyszczerzone do ludu, a pod maską z wosku i lukru paskudna obłuda. Fałsz i to okropne jego brzmienie.
- Tapeta, dziadek, powiadasz?
- Że co? – starszy z nich nie zrozumiał.
- Oj, dziadek, dziadek. Chodziło mnie o to, że jedno gadają, a drugie robią. Zawsze tak było odkąd pamiętam. Ludzie potruli się już tą ich wyborczą kiełbasą i teraz mają po niej pieruńską sraczkę.
Kolejarzowi zaburczało w brzuchu.
- Przestań już, bo i mnie bierze - wybełkotał.
- Ja już zapomniałem, co to dobry tron, biała decha z klapą, działająca spłuczka i miękki papier.
- No, no, dość już tego. Dobrze, że za marzenia nie karzą.
- Ano tak. Trzeba by się gdzieś obmyć i ogolić, albo przynajmniej podstrzyc brodę, bo przy zakładaniu maski przeszkadza, a i włos ciągnie jak diabli.
- Och, Sid, ile bym dał za jedną, krótką kąpiel w wannie pełnej gorącej wody i piany. Nawet nie wiesz.
Żołdak zanucił:
- „Cicha woda, brzegi rwie…”
Dziadek zanucił ciąg dalszy piosenki, a potem obaj dyskretnie się zaśmiali.
- Bebechy mnie pobolewają od tego śmiechu, Sid.
- Śmichy chichy – rzucił Sid. – Lepsze to niż płacz, a z tą kąpielą, to nie przesadzaj. Dać człowiekowi palec, to zaraz dorywa się do całej ręki, a potem chce jeszcze więcej. Twoje marzenia wydają się być nie mniej realne od moich.
- Dobrze, Sid. Może lepiej już pójdźmy dalej.
- Może lepiej tak.
Przeszli może jeszcze ze sto metrów, albo coś koło tego, ciężko było stwierdzić na pewno i natknęli się na stary, pancerny właz, który był zamknięty. Zastukali w niego, ale bez rezultatu. Znowu zabębnili pięściami, a później rąbnęli jeszcze parę razy kolbą pistoletu. Usłyszeli jakiś ruch, szelest i zgrzyt. Rygle puściły po tym, kiedy ktoś zakręcił kołem. Zaskrzypiały pokryte rdzą żelazne wrota. Ktoś poświecił im latarką w oczy. Usłyszeli dźwięk przeładowywanej broni, suchy trzask, który utkwił im w głowie. Próbowali coś dostrzec w jasnym świetle, ale się nie udało. Padły jakieś głosy, zawiązała się cicha pogawędka, zalążek rozmowy, a potem we dwóch wyłonili się z mroku niczym zjawy piekielne i niepewnie wkroczyli między ludzi. Tylko, kto tu był tym złym, a kto rościł sobie prawo do tego, ażeby tytułować się mianem człowieka? Wiele myśli w głowie, o wiele za dużo, iżby to ogarnąć należycie. Wszystko pomieszało się staremu.
- Fałsz i obłuda fałszem będą zwalczane, nie inaczej – wyszeptał.
- Skąd przybywacie? – ktoś zapytał.
Już gdzieś słyszeli ten głos. Sid rozglądał się po ścianach piwnicy urzędu.
- Z Dobrzyńskiej – odparł po chwili. – Z piekła.
- Wiemy, wiemy, co to za miejsce. To nasza kolonia karna, tam wysyłamy tych niereformowalnych.
- Tam ich wysyłacie, akurat – burknął żołdak.
- Mówiłeś coś?
- Nie, nic nie mówiłem. Zmęczony jestem i pieprzę pod nosem farmazony.
- Rozumiem – odparł znajomy głos.
Kolejarz ciężko dyszał, był oparty o ścianę, obok jego nogi leżały dwa plecaki.
- Importun jeden taki się do nas przyczepił, medyk pełną gębą i konował – wyszeptał stary. – O..la Boga…
Pogranicznicy zarechotali.
- Znamy go, to nasz człowiek.
- Z pewnością – rzucił Sid.
- Mówiłeś coś?
- Nie.
- Czego tu szukacie?
Żołdak przyglądał się rdzawym, niedużym drzwiom, przez które przeszli. Miały podwójne zamknięcie w postaci podłużnych prętów uruchamiających mechanizm ryglowania. Bolce były usytuowane na górze i na dole ciężkich wrót. Masywne zawiasy podtrzymywały całą tę konstrukcję. Biały, brudny, plastikowy odpowietrznik widoczny był w prawym górnym rogu. Śluza była wmurowana w ceglaną i nieotynkowaną ścianę. Kleksy zaschniętego betonu sprawiały wrażenie, że ktoś tu coś majstrował na szybko.
- Amatorszczyzna - pomyślał Sid. - Trochę plastiku i pierdut - Odchrząknął i rzekł - Szukamy chłopaka. Chłopaka o niespotykanym głosie. Był tu taki, a może nadal jest?
- Raczej nie, nie było takiego. Zgubił się wam, czy może coś nawywijał?
- Nie twój interes – warknął żołnierz. – Jest tu, czy nie?
- Mówiłem już, że nie. Oj wy jesteście diabelsko zmęczeni. Wypoczniecie, a potem się zobaczy. Franek, zaprowadź ich do naszego hotelu…
Mężczyzna chciał pomóc przy plecakach, ale Sid go odepchnął.
- Łapy przy sobie - powiedział. - Prowadź, pójdziemy za tobą.
Niskie i wąskie przejścia pomiędzy kolejnymi pomieszczeniami utrudniały ruch z manelami na grzbiecie. Żołnierz wciąż miał spluwę w gotowości, ręka aż go świerzbiła, żeby po nią sięgnąć. Obrzyn był na swoim miejscu, ale o nim nawet nie pomyślał. Duże, kwadratowe piwnice, mniejsze i większe o czerwonych ścianach. Pokryte rdzą drzwi z aluminiowymi klamkami i znakiem „x” wytłoczonym w metalu po jednej ich stronie, oddzielające kolejne pomieszczenia. Gigantyczne podziemia, bunkry, magazyny, korytarzyki, zaułki i betonowe podłoże. Wszędzie dookoła surowa cegła i echo ich głosów.
- Słyszysz ich głosy, jak się niosą po okolicy?
Sid potrząsnął głową i potwierdził.
- Tu pusto, a tam pełno wiary. O co kaman?
- Nie wiem, ale nie wygląda to dobrze, Sid.
- Masz, napij się – żołdak wyjął wodę.
- Starczy już – stary otarł usta. – Też się napij.
- Napiję się, sucho mam w gardle, że ho-ho.
Odpoczęli chwilę w ciszy. Wsłuchiwali się w obce głosy. Komandosa zastanowiło to, że nikt dotąd nie próbował odebrać im broni? Spojrzał pod sufit, ale ten niknął w półmroku. Zapalił latarkę i poświecił nią w górę, zerknął na światełko, które odbijało się od powierzchni. Nic tam nie było. Wstał i obszedł piwnicę, nie odrywając oczu od sufitu. W rogu dostrzegł jakiś wiszący przedmiot, kiedy mu się dobrze przyjrzał, to oniemiał. Próbował zebrać myśli, po chwili wskazał przedmiot kolejarzowi, ale ten nie od razu zaskoczył, gdyż nie poznał urządzenia. Po chwili błysnęła czerwona lampka.
- Filują nas – wyszeptał żołnierz.
- Ale po co?
- Nie wiem tego, ale śmierdzi mi tu czymś.
- Łżywy jest i tyle, znaczy się fałszywy.
- Kto taki?
- Sid, no przecież wiadomo, że wojewoda, a nie Ojciec Święty.
- Luk, luk, lukają na nas, psubraty. Pewnie i mikrofony tu mają?
- Pewnikiem, ale nie wiadomo do końca. Brzękną mi stopy, boli jak diabli.
Sid opuścił wzrok.
- Teraz nie zdejmuj butów, poczekaj, bo nie wiem, o co tu chodzi. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym coraz gorsze mam przeczucie – odrzekł.
Kolejarz uderzył pięściami w uda, a potem je rozmasował.
- Stare nogi, ale jeszcze pójdą, gdzie trzeba. Bezbrzeżne podziemia przeogromnego urzędu.
- Przygotuj broń – pokazał na migi żołdak.
Dziadek niepewnie spojrzał na niego, zrobił przy tym wielkie oczy. Sid cofnął latarkę, twarz starego przestała być widoczna. Pstryknął wyłącznik, poprawił palcem żyłkę i wsunął metalowe źródło światła do specjalnej szlufki przy pasie. Wyjął parabelkę, sprawdził naboje, przeładował broń i włączył diodę, taką miko latarkę na lufie. Cienka strużka światła przecięła mrok.
- Chyba pomroczność jasna mnie dopada – powiedział stary. – Skleroza, otumanienie, dziwne drgawki i delikatne odruchy padaczkowe. Piana w ustach.
- Popraw maskę, tu może być jakiś gaz.
- Poprawiłem.
- Sprawdź osłony na oczy i filtr?
- Sprawdziłem, Sid, chyba wszystko jest na swoim miejscu.
- Dobra, to do dzieła.
- Plecaki?
Sid poświecił kolejarzowi w oczy.
- Zostaw, o tam – wskazał staremu miejsce pod grubym żelaznym stołem. – Tam je połóż i chodź za mną.
- Idę tam, poczekaj, zataszczę je. Zaczekaj chwilunię, zaraz wrócę.
Pojawiło się szuranie na podłożu, szelest i zgrzyt.
- Idziesz? – Sid świecił w stronę dziadka światełkiem i szukał starego w ciemności.
Kolejarz nie odpowiedział. Atmosfera zrobiła się gorąca. Sid wolno kroczył w stronę stołu. Miał ciarki na ciele, wydawało mu się, że nie byli tam sami. Mierzył z broni do ciemności. Panowała cisza, słyszał tylko swój spowolniony oddech pod maską. Zrobił następny krok, ciężar ciała spoczywał jeszcze na tylnej nodze, gdy coś się poruszyło przed nim, zastukało w podłoże i czmychnęło w kąt.
- Znieruchomiało tam, przykucnęło, zaczaiło się - pomyślał żołnierz.
Policzył w myślach do dziesięciu, po czym skierował spluwę w tamtą stronę. To, co wtedy dostrzegł, przyprawiło go o zawrót głowy, a na jego ciele pojawiła się gęsia skórka. Wycofał broń, wycofał się do przejścia, schował za winklem, gdzie przykucnął. Przeżegnał się kilka razy. Światełko na pistolecie skakało przedziwnie po ścianach i suficie.
- Nie ma co rozpaczać, trzeba działać - pomyślał. - Igrzyska śmierci czas zacząć.
Sid przypomniał wtedy sobie ćwiczenia z ostrą bronią, a potem misję bojową, na którą kiedyś poleciał. Świeciło wiosenne słońce, na niebie niewiele białych chmur. Przeraźliwy hałas, warkot silników i trzepoczące śmigła. Helikoptery zataczały coraz mniejsze koła, aż zawisły w powietrzu i znieruchomiały. Komandosi wypuścili czarne liny, które poleciały w stronę zielonej łąki pełnej długiej i pokładającej się na wietrze trawy. Liny zawisły metr nad ziemią. Żołnierze po kolei zsuwali się po nich na ziemię. Potem sylwetki w maskach i ciemnych strojach z bronią w ręku rozpoczęły tworzenie formacji i szturm. Innym razem, na innej misji, wynurzyli się z morza niczym Foki, amerykańskie komando i ruszyli po wybrzeżu w stronę okalających je trzcin, w których przegrupowali formację i zajęli pozycje. Wszystko trwało bardzo krótko, dla nich jednak wtedy czas jakby spowolnił i dłużyło im się niewyobrażenie. Potem gwałtowny atak, tak żeby nie dać celowi żadnych szans, bez pytań i wątpliwości, które pozostawili za sobą jeszcze pod wodą zanim wyszli z głębin i zasypali czyjeś marzenia morderczym ołowiem, pokrywając obcy im świat morzem brunatnej krwi. Zdziwienie wymalowane w oczach, krótkie serie wystrzelone z broni, w ciele otwory po pociskach i smugi czerwieni na ubraniu, oraz twarze wyścielone purpurą.
- Żadnych wątpliwości, żadnych pytań, żadnych wreszcie odpowiedzi - pomyślał Sid.
I tym razem czas dłużył mu się niemiłosiernie, identycznie jak kiedyś i tak samo, jak na dawnych misjach.
Sid wziął głęboki oddech, po czym powoli wypuścił powietrze z płuc. Luger był już dawno odbezpieczony. Mężczyzna wyprostował się i zerknął podejrzliwie zza winkla, a kiedy nikogo nie dostrzegł, wyszedł z ukrycia. Wyłonił się z mroku niczym mityczny Feniks powstający z popiołów.
- Poszedł na zatracenie - pomyślał kolejarz, którego ktoś przyciskał do podłogi i próbował dusić.
Żołdak zaatakował, przymierzył i wystrzelił. Huk wystrzału odbił się echem od ścian i powrócił. Oprawca osunął się na ziemię, a stary mógł wreszcie odetchnąć.
- Trafiony, zatopiony - rzucił Sid.
Ktoś wtedy strzelił w stronę marudera i niegroźnie ranił go w ramię, żołdak instynktownie zareagował stając bokiem. Kolejna kula nie dosięgła celu i przeleciała obok. Komandos strzelał raz po raz, jeden z pocisków utkwił w czaszce celu. Sid nie wiedział, kim byli napastnicy i jakie przesłanki nimi kierowały. Dla niego byli tylko celami, które za wszelką cenę musiał zlikwidować. Kolejarz próbował coś powiedzieć, wydusić z siebie jakikolwiek zrozumiały głos, ale nie powiodło mu się, coś bąknął, nie była to mowa raczej zawodzenie, tak jak gdyby miał afazję. Czerwone lampki błyskały pod sufitem, światełko przy spluwie penetrowało ściany, podłogę i przejścia pełne niebezpiecznych zaułków. Pełne licznych zakamarków, w których kryła się śmierć. Szmery na podłożu tuż przy ścianie, a potem przydługa cisza. Ruszył za wrogiem, sprawdzał wnęki i kolejne pomieszczenia, uderzył się w głowę w przejściu, gdzie był niski strop. Na całe szczęście miał na głowie hełm. Nagle błysnęło nikłe światło lamp sodowych, a potem buchnął jeszcze żar, który zaraz zamienił się w płomień pochodni wetkniętej do uchwytu na ścianie. Z półmroku wyszły dwie postacie, do których niebawem dołączyła trzecia. Poszli wtedy ostro na noże. Żołdak usłyszał jeszcze szum dobiegający z głośników i dostrzegł znajome diody przy suficie, które rytmicznie migotały. Wyjął swojego byczego kozika z piłką i stanął naprzeciwko dwóch Kozaków, którzy z animuszem zaatakowali. Świst długich i ostrych, jak obsydian, żołnierskich noży przeszył powietrze. Rozgorzała straszliwa walka wręcz. Okładali się rękami i nogami, próbowali ciachać wzajemnie nożami. Wszystko na nic. Sid kopnięciem bocznym ściął z nóg jednego z nich, a potem przykucnął i skręcił mu kark. Chrupnęło mocno w kręgosłupie.
- Został jeszcze jeden, ostatni, a więc jeden na jednego - pomyślał żołnierz.
Nikogo takiego nie było, szukał go jeszcze przez jakiś czas w labiryncie tuneli, ale bez rezultatu.
- Zapadł się pod ziemię, czy co?
Wrócił po kolejarza, a kiedy zauważył, że ten się nie rusza, pstryknął lampkę na spluwie, wyjął fiolkę, strzepnął ją palcem, przełamał szklaną końcówkę, na strzykawkę nałożył igłę, wsadził ją do fiolki, napełnił iniektor i zapodał przyjacielowi adrenalinę. Wbił staremu igłę prosto w serce. Dziadek otworzył oczy i zacharczał. Po chwili w pomieszczeniu zawrzało, pojawiło się wielu ludzi w maskach, którzy otoczyli kordonem obu mężczyzn. Klepali Sida po plecach i po masce, głośno ze sobą dyskutowali. Chwalili żołdaka. Ktoś złapał za jego plecak, ktoś inny objął żołnierza ramieniem i dotknął obrzyna, a potem poprowadzili piechura prosto w ciemność. Inni zgromadzeni w koło porwali starego z ziemi i gdzieś ponieśli.
- Zostaw mnie, nie dotykaj, bo ci łapy pourzynam.
- Nie bój nic, my przyjaciele.
Sid nie dowierzał, szarpał się wciąż, ale oni niemal przygnietli go własnym ciężarem.
- Zostaw ten nóż, rozumiesz? Nie tykaj mojego pasa. Nie ruszaj niczego. W cholerę z tym wszystkim. Gadam, jak do ściany – rzucał się Sid.
- Nie bój nic, nie bój. My…
- My przyjaciele, ja wiem – wtrącił żołdak.
- Właśnie, a więc przyjacielu, skąd przybywasz i dokąd zmierzasz?
- Gdzie stary? Gdzie mój towarzysz?
- Spoko, wszystko git. Jest w dobrych rękach – odparł niewysoki napastnik.
Sid nerwowo rozglądał się na boki, wciąż próbował się wyrwać.
- Zapewne, już wam uwierzyłem.
- No. No to git. Nic nie bój, włos mu z głowy nie spadnie, ale na tym koniec. Teraz pogadamy o tobie, tylko o tobie.
- Ty, o co ci biega? Daj mi spokój. Nie po drodze mi z wami. Szukam chłopca, widzieliście tu takiego?
Zakapturzone i zamaskowane postacie zachichotały.
- Patrzcie go, marzyciel.
- No, marzyciel. Marzy mu się chłopiec.
- No, marzy się, marzy. A kto by nie marzył teraz o chłopcu, kto? Doktorek, co nieco podeśle, podeśle – polemizowali ze sobą, kiedy żołnierz milczał.
Żołdak nie bardzo rozumiał, o co im chodziło.
- Zgubił się nam i teraz go szukamy, przyjaciela, znaczy się. Przyjaciela, jeśli kurna wiecie, kto to taki. Jeśli wiecie – gadał sam do siebie.
-Wiemy, wiemy. Lubimy przyjaciół, lubimy chłopców, prawda Tobiasz?
- No, lubimy. Lubimy… ich zjadać.
Żołdak odepchnął oprawcę, pchnął też na ziemię drugiego ciemiężyciela.
- Posrało was? Nie będziemy gadać w ten sposób – wściekł się nie na żarty.
- Dobra już, dobra, nie będziemy – pokajali się.
- Tak, Tobiasz. Nie będziemy.
Popychali żołnierza, kiedy szli, a on wciąż próbował się uwolnić. Bał się sięgnąć po broń, ponieważ bał się o dziadka.
- Czego chcecie? – zapytał.
- My? Niczego. To on kazał nam was przyprowadzić. Przyprowadzić ciebie, to przede wszystkim. Tak nam powiedział.
- Kto taki?
- Wojewoda, nikt inny. On się skumał z ważniejszymi od siebie - z tymi, którzy rządzą tym miastem.
- No – potwierdził drugi z nich. - Nagrodę nam wypłaci, żeśmy cię całego przyprowadzili. Oj wypłaci.
Żołdak z niechęcią przyglądał się paplającym bez ładu i składu tajemniczym osobnikom. Pojawiła się też kolejna zamaskowana postać.
- Daj wywiad, daj wywiad – mówiła do żołnierza. – Daj mi coś, co się sprzeda.
- Czego? – warknął Sid.
- Powiedz, po co tu przyszedłeś? Albo nie mów, ja wiem, po co. Jesteś wybrańcem, ocalisz nas. Ocalisz też miasto. Napiszę o tym, a to się sprzeda. Będzie bomba i cały nakład pójdzie.
- Co ty pleciesz? Macie tu gazetę? – zdziwił się żołdak.
- Macie, macie. Ciężko było się dostać, ale mam już tę pracę. To rzetelny miesięcznik. Piszemy w nim tylko prawdę, ha,ha.
- Kto pisze?
- No, my, władza. Wojewoda coś powie, wodniak wtrąci, sędzia zostawi wiadomość, kardynał pouczy, kustosz pocieszy, doktor opowie o badaniach, wielki kupiec wytłumaczy, szachista zaszachuje, tylko rektor wciąż jest nieugięty i nie chce gadać. Mówił, że głosimy nieprawdę i że oszukujemy społeczeństwo.
- Szachistę sobie odpuść – wtrącił żołdak. – Odpuść go sobie, tak będzie lepiej.
- Jak to?
- Tak to, był i nie ma. Zniknął, wyparował, a co za różnica?
- Ssz – zasyczał podejrzany redaktor. – A niech to, będzie trzeba szukać kolejnych do reklam.
- Ej, panie pismak, do jakich reklam? Jaka gazeta? O co tu chodzi, do jasnej cholery?
- To ty nie wiesz? Gazetę założył wojewoda, żeby docierać z informacją do żyjących w tunelach ludzi. Potem powstał pomysł zarabiania na tym. No wiesz - kupno, sprzedaż i wymiana. Takie tam różne rzeczy, jak biznes. Tak chyba się to kiedyś nazywało? Płacą za reklamy towarem, a my polecamy ten towar, że niby dobry, bezpieczny i nieszkodliwy.
- Kłamiecie i oszukujecie! – rzucił Sid.
- Oj tam, takie mocne słowa. Zaraz oszukujemy. Piszemy tylko to, co oni chcą przeczytać. Mówimy o tym, czego chcą słuchać.
- Fałszujecie prawdę.
- To tylko słowa. Daj wywiad, będziesz sławny.
- Nie chcę być sławny, odwal ty się!
- No daj wywiad, potwierdź, co chcę usłyszeć. Potwierdź.
Sid odepchnął zakłamanego żurnalistę, który się przewrócił.
- Idź precz – rzucił w jego stronę.
Strażnicy podeptali leżącego na mokrym podłożu dziennikarza.
- Nachalny jak diabli, pcha się i pcha się. Za nic ma to, co człowiek mówi. Tylko swoje i swoje – komentowali swój postępek.
Sid nie odpowiedział. Poszli dalej, mijali po drodze jakieś zaciemnione sylwetki siedzące na kamieniu, oparte plecami o ściany, które miały spuszczone głowy. Żołdak poświecił latarką. Niektóre z postaci miały założone na głowy stare maski z długimi rurami, a inne jakieś kaski, hełmy, czy też kaptury. Ich oczy były nieobecne, a twarze pozbawione mimiki. Żołnierz dostrzegł na ich skórze rany, poparzenia, wykwity i krosty. Bez wątpienia ludzie ci poważnie chorowali. Zerknął jeszcze na ceglane ściany i betonowy sufit. Na języku poczuł smak metalu. Pojawiły się trupy, które ktoś gdzieś wynosił. Weszli do ciemnego pomieszczenia, padły ciosy i słychać było okrzyki, oraz odgłosy cierpienia.
- Źzż - wywołujące ciarki na ciele.
Po jakimś czasie ktoś wyszedł zza winkla. Tym kimś był Sid.
Urząd Wojewódzki miał kilka pięter i składał się z długich korytarzy, krętych schodów i wielu pomieszczeń oraz pokoi. Żołdak rozpoczął zwiedzanie. Wydostał się z krętych podziemi i ruszył schodami prosto na górę. Sprawdzał kolejne pokoje, na niektórych drzwiach wciąż jeszcze wisiały stare numery. Wyobraził wtedy sobie petentów stojących przed drzwiami, którzy czekali na wejście. Obszedł całe pierwsze piętro, gdzie odnalazł sypialnie, stołówkę, biura, toalety i pokoje mieszkalne. Część z nich była zamknięta, pozostałe pootwierane. Do tych drugich mógł zajrzeć. Natknął się na dzieci, których zrobiło mu się żal. Udawał miejscowego, kiedy mijał po drodze podejrzanych osobników. Ci nie zwracali na niego uwagi, gdyż ubrał pożyczony od jednego ze strażników prochowiec z nazwą urzędu. Widział ludzi wojewody, może nawet samego przywódcę, ale nie mógł go rozpoznać. Słyszał jęki torturowanych, które dobiegały zza drzwi. Słyszał stękanie szczytujących kobiet i mężczyzn. Słyszał też płacz dzieci. Budynek był dobrze zabezpieczony przed pyłem radioaktywnym. Marmur i granit w zasięgu wzroku, a poniżej lastryko. Popękane schody, ściany pomazane atramentem i czarną farbą drukarską. Pogięte poręcze z metalu. Kurhany nocy. Żadnych gaśnic, kubłów na śmieci i ławek przed drzwiami. Trafił do sali konferencyjnej, gdzie zobaczył pracujących przy taśmach produkcyjnych ludzi. Nie mógł się temu nadziwić. To wszystko wyglądało mu, jak państwo w państwie. Odkaził wódką ranę, zmienił opatrunek, a potem sobie zakurzył. Kilka mocnych machów dodało mu otuchy i rozluźniło spięte ciało. Nie był to tytoń. Poprawił maskę, założył kaptur i złapał za plecak. Kilka rzeczy ubyło z niego i stał się lżejszy. Nie miał czasu sprawdzić, co takiego ukradli. Zabrał to, co było. Usłyszał jakieś hałasy, krzyki, echo uderzeń i niewyraźny głos. Poczuł w ustach smak krwi, a zaraz potem pieruński posmak żelaza. Zobaczył sylwetki skradające się przy ścianie. Bez namysłu wycofał się i zbiegł po schodach na sam dół, a tam długim korytarzem trafił w obręb zejścia do piwnicy. Zobaczył wielkie okna zabite deskami i mocno zniszczone drzwi wejściowe od budynku. Usłyszał kroki na schodach, uderzenia butów o podłogę. Próbował biec, ale buty ślizgały mu się na podłożu. Ciężko oddychał. Wyjął parabelkę, ale nie było w niej magazynka. Noża też nie było na swoim miejscu. Obrzyn miał w plecaku, albo tak mu się tylko zdawało. Stęknął pod jego ciężarem i potruchtał w stronę zejścia do podziemi. Zaskrzypiały drzwi. Trafił na schody, którymi zbiegł na dół. Po drodze dopadła go absolutna ciemność i w mig utracił pole widzenia. Beton i cegły, osnute półmrokiem zastąpiła mglista czerń. Wtopił się w nią i zatracił. Zniknął im z oczu.
Wiele myśli naraz w głowie, o wiele za dużo, jak na niego samego. Tępy ból pod czaszką. Nie mógł nad tym myślowym bałaganem w żaden sposób zapanować. Objął maskę obiema rękami na wysokości uszu i przycisnął. Puścił po chwili, natłok i galimatias nie ustąpiły.
- W cholerę z tym - powiedział.
Namacał zapasowe naboje, napełnił magazynek i załadował go do swojej giwery. Zważył nóż w rękawicy.
- Ciężki - pomyślał.
Uśmiechnął się pod nosem, od razu zapomniał o tym, co było. Teraz było teraz, nowe zadanie, kolejna misja. Poprawił linę zamocowaną do plecaka, golnął głębszego, schował manierkę do specjalnej przegródki w plecaku i powstał. Poprawił skafander i maskę, ubrał hełm, zarzucił plecak na ramię i ubrał go. Wyjął broń i odbezpieczył, pstryknął włącznik światełka na lufie. Dioda zadziałała z opóźnieniem. Podążył za znikomym światłem.
Odnalazł miejsce, gdzie rozdzielili się z kolejarzem. Nie był tego miejsca do końca pewny, ale tak mu się zdawało.
- Ani śladu starego - pomyślał. - W urzędzie go nie było, w piwnicy też go nie ma? Może już nie żyje?
Poświecił na długi tunel prowadzący w stronę przychodni. Był pusty. Poszedł do kolejnego łącznika, tam odnalazł właz do następnego kanału.
- To zapewne przejście prowadzące w stronę dawnego placu Grunwaldzkiego, o którym opowiadał dziadek - pomyślał.
Tunel biegnący pod Odrą powinien kończyć się pod bunkrem na rogu ulic Ładnej i Miłej.
- Bunkry, schrony, zejścia do podziemnego miasta miały tworzyć na mapie Wrocławia coś na wzór trapezu - jak mawiał stary. - Chyba, że coś pokręciłem, bo to całkiem możliwe.
Sid nie poszedł w tamtą stronę. Z podziemi urzędu wychodził jeszcze jeden kanał, najkrótszy ze wszystkich trzech, który prowadził do pobliskiego muzeum.
- Muzeum Narodowe mogło być siedliskiem mutantów, więzieniem, ale mogło też stanowić mieszkanie wojewody - dumał żołdak. - Tak, czy siak, muszę to sprawdzić.
Przedzierał się wąskim kanałem, z obsypujących się ścian zlatywała ziemia. Drobne kamienie chrzęściły pod butami. Było wilgotno, bliskość rzeki i możliwe zalanie przejścia albo nawet zawalenie się i zasypanie, powodowały u żołnierza ból brzucha i zawroty głowy.
- Ciasno, jak diabli - pomyślał.
Ściany jakby ożyły, jakby się tu wszystko poruszało. Przez chwilę miał wrażenie, że pulsują i że ten organizm samoistnie oddycha. Wydawało mu się, że połknął go wieloryb. Wypatrywał Ahaba, ale go nie było.
- Moby Dick, Moby Dick - powtórzył pod nosem.
Zdjął plecak i pociągnął go za sobą, wciąż wpatrywał się w parującą i jaśniejącą ciemność - biało-niebieską i mglistą, jak mu się zdawało. Mierzył z broni, wpatrując się w klaustrofobiczną pustkę. Szedł powoli i ciągnął tobół. Żadnych robali, ludzi i szczurów, nikogo i niczego. Nawet mutantów tam nie było, tylko jeden trup minięty jakiś czas temu, który uległ już częściowemu rozkładowi. Zapewne jakiś śmiałek, albo ryzykant, co to poszukiwał lepszego świata. Poszukiwał i odnalazł, bo tam, gdzie poszedł, mogło być już tylko lepiej. Męczarnia, nic więcej, a może by tam pójść razem z nim, żeby nie czuł się samotny? Nie, to bez sensu. Przecież tam jest teraz niezły korek, taki jak na Piłsudskiego w godzinach szczytu dawno temu.
Żołdak dotarł do śluzy. Próbował ją pchnąć, ale nie drgnęła. Zastukał spluwą, nikt nie odpowiedział. Zaklął pod nosem.
- Kto to zamknął, do jasnej ciasnej?
Rozejrzał się na boki, przypatrywał się ledwo widocznym ścianom okropnego tunelu. Niedaleko był kolejny właz, do którego poszedł. Bez namysłu pchnął ciężkie wrota. Coś zazgrzytało, a potem zaskrzypiało. Wsadził rękę z bronią do środka i rozejrzał się na tyle, ile mógł. Czuł ciarki na plecach. Ustawił plecak obok przejścia, przekroczył je, rozejrzał się po kanale i sięgnął po tobołek. Chwilę później szedł już rozszerzającym się tunelem. Usłyszał szczury, a na ścianach dojrzał jakieś robactwo.
- To dobry znak - pomyślał. - To cholernie dobry znak. Tylko czy kolejarz tam będzie?
Muzeum Narodowe nie wyglądało już tak jak dawniej. Nie było w nim prawie żadnych eksponatów. Pozostały tylko te, które mogły się do czegoś przydać. Reszta została zniszczona, spalona, albo przehandlowana. Na piętrach mieszkali ludzie, którzy nie zwracali na niego większej uwagi. On też specjalnie im się nie przyglądał. Kiedy zobaczył, że nie byli uzbrojeni, szybko schował swoją spluwę. Jego ręka jednak cały czas krążyła blisko pasa, tak na wszelki wypadek. Był tam prowizoryczny szpital, piekarnia, szklarnie i magazyny, których ktoś pilnował. Ciągle krążył, to na piętra, to na dół po korytarzach i schodach. Nikt nie zaciekawił się nieproszonym gościem. Podłoga była popękana i brudna. Ściany zadymione od pochodni, pozbawione farby oraz tynku, z licznymi dziurami i odpryskami, prawdopodobnie od ostrzału. Sufitu Sid nie mógł dojrzeć. Ostatnie piętro było obstawione przez ubranych na czarno i uzbrojonych po zęby najemników, których żołdak rozpoznał. Kogoś mu przypominali.
- Kwatera wojewody i jego mocodawców - pomyślał żołnierz i zawrócił.
Ciężko mu się szło, bo był piekielnie zmęczony. W pobliżu szpitala usiadł na chwilę, lecz ten krótki moment zamienił się w niekończącą się chwileczkę, która wedle jego mniemania była i tak o wiele za krótka. Gadał sam do siebie, gaworzył bez sensu, bez ładu i składu żadnego, ot tak po prostu. Przymknął oczy i zapadł w drzemkę. Słyszał głosy, które zlewały się ze sobą, tworząc szum. Wydawało mu się, że jest na plaży, że siedzi na piachu i wpatruje się w statki, które płyną w oddali. Morze Bałtyckie, wielki błękit, szybujące mewy, zapach jodu, bursztyny i muszle, zimna woda obmywająca skostniałe stopy. Jawa to, czy sen? Usłyszał znajomy głos, ledwo słyszalną mowę, jakże charakterystyczną. Usłyszał kolejarza, który powrócił do niego we śnie. Lecz głos ten przybierał na sile i był coraz wyraźniejszy, jakby dziadek zbliżał się do niego, jakby był gdzieś tutaj obok.
- To nie mogła być prawda, przecież to było niemożliwe. Jego nie ma, on nie żyje - wymamrotał żołdak przez sen.
- Kto nie żyje? - usłyszał, a potem poczuł szarpnięcie za ramię, i jeszcze jedno, i ostatnie jeszcze. - To nie może być sen, nie może… Otworzył załzawione oczy.
- Kto nie żyje? – zapytał kolejarz, który stał nad Sidem.
Żołnierz wpatrywał się w ciemną sylwetkę, znajomo mu wyglądającą, a kiedy ten ktoś pochylił się jeszcze nad nim, to dojrzał znajome oczy, których nieopisaną wręcz radość odczytał przez słone łzy.
- To ty? – wydukał. – Chyba zwariowałem, jak nic oszalałem. Odejdź zjawo nieczysta.
- To ja, co ty stary? Też się cieszę, że cię widzę. I vice versa.
- Znalazłem cię…
- Chyba żartujesz – powiedział stary i usiadł obok Sida. – To ja ciebie znalazłem, a raczej wpadłeś w moje ręce.
- Orzesz ty jeden – odparł żołnierz.
Kolejarz poklepał druha po hełmie. Słychać było pacnięcia palcami o kevlarowe pokrycie kasku.
- Rzesz ty, cieszę się, że jesteś i też nie wierzę, bo niby jak to wytłumaczyć? Gdzie cię poprowadzili?
- Nie pamiętam, mam mętlik w głowie, tyle się działo – odparł staremu.
- Mnie przyciągnęli tutaj, pomyślałem, że koniec ze mną, ale oni mieli wobec mojej osoby zupełnie inne plany.
- Mówiłem ci już, że na śmierć trzeba sobie zasłużyć.
- Mówiłeś, mówiłeś, Sid. Oni mnie do roboty zaprzęgli, to tu, to tam, sprzątać kazali, tyrać przy piecach i w magazynach za okruch chleba. Sid, oni, skurczybyki jedne całkiem niezły chleb tu produkują. Rozumiesz, kiedyś była tu sztuka najprawdziwsza, stara muzealna sztuka, a teraz mamy do czynienia ze sztuką najnowszą, która uderza w zmysły i idzie prosto do brzucha. Sid, skąd oni mają ziarno, to ja nie wiem, ale młyn jest i mąka, jakiej już dawno nie widziałem, bo tylko puszki i takie tam, jak ty mówisz. Wsadziłem nos w mąkę i wciągam ją przez nozdrza, znaczy się raczę się jej zapachem, a oni mnie przez łeb, że to marnotrawstwo i jak jeszcze raz, to mi głowę, no wiesz? Zż, o tak, i przez szyję. Poza tym mówili, że to nie ten proszek, żeby go w ten sposób wciągać, no wiesz?
- Wiem, wiem, stary.
- No, właśnie, jak mówiłem. Sid, kiedyś tu obrazy wisiały i ludzie karmili swe zmysły ich widokiem, a teraz chleby tu leżą i karmią się nimi ci, co tu urzędują. Jakie to życie potrafi być przewrotne.
- No, potrafi być, racja. Dziadek, jak dobrze cię widzieć, cholernie dobrze.
Kolejarz wyjął z plecaka żołdaka wodę i napoił towarzysza. Sid ciężko przełykał. Stary zaproponował mu gorzałę, ale nie chciał. Połknął tylko jakąś pigułkę i poprosił dziadka o papierosa, a kiedy ten mu go podał i odpalił, Sid zaciągnął się kilka razy z rzędu i zakaszlał.
- Szlug to szlug, prawdziwe wredne cholerstwo.
- No – zaśmiał się kolejarz. - Tentacja.
Sid spojrzał na dziadka, uniósł rękę i położył ją na ramieniu nestora. Popatrzyli sobie w oczy.
- Trzeba odnaleźć chłopca - rzekł.
- Ano, co prawda, to prawda. Ale wiesz, co Sid? Te autochtony, to sprytne bestie są.
- Gadaj po mojemu, psia krew, bo czasami nie trybię, o co ci chodzi!?
- Sprytni są, znaczy się tubylcy są sprytni, nawet nie wiesz, jak bardzo?
- Pomóż mi lepiej wstać. Złap za rękę. Au, a niech to, boli, uważaj trochę, stary niedorajdo!
- Mazgaisz się, nie poznaję cię?
- Tak już lepiej – odetchnął żołdak, kiedy stanął na równych nogach. Podparł plecy o ścianę.
- Lepiej ci? – spytał stary.
- Lepiej. Poczekaj jeszcze chwilę, odsapnę trochę, tyci-tyci.
- Dobrze, poczekam. Poczekamy razem.
Sid chciał wracać pod urząd, żeby stamtąd skierować się na bunkier w okolice placu Grunwaldzkiego, ale kolejarz go od tego pomysłu odwiódł i wskazał właściwy kierunek. Żołdak specjalnie nie protestował, gdyż w tych sprawach całkowicie ufał staremu. Poszli w stronę bastionu Ceglarskiego, który był niedaleko. Wzgórze Polskie, bo tak się nazywał ten stary kompleks bunkrów i kanałów był niezamieszkały.
- Kompletna ruina - rzekł Sid, kiedy zobaczył, w co się najlepszego wpakował.
- Zmitrężyli to, nic dodać, nic ująć - oznajmił kolejarz.
Niektóre przejścia były zasypane, co poniektóre pomieszczenia nie nadawały się do użytku. Przedostali się przez wymarłą strefę pełną gruzu, ziemi i śmieci, pamiętających jeszcze stare dobre czasy. Musieli nawet na krótko wyjść na powierzchnię, gdyż główna droga była zatarasowana, gdzie ujrzeli jeszcze gorsze obrazy. Szary dym na horyzoncie, srebrzyste niebo i mglistość w powietrzu. Obrazy końca wszystkiego. Zaszyli się z powrotem pod ziemią i poszli prosto pod halę Targową. Nierówne kroki w mrocznym tunelu, sapanie dwójki dzielnych piechurów, pot na czole, zmęczenie w wiotkich nogach, strach i niepewność w głowie. Szczurze piski nieopodal. Zgrzyty gdzieś w ciemności. Ciężki oddech pod maską, wyczuwalne bicie serc. Samotny marsz dobiegł końca, zastąpiła go wspólna wędrówka. Nie w samotności, więc problem teraz tkwił, przynajmniej z tym jednym, najgorszym sobie na razie poradzili. Kolejarz coś powiedział, a potem ponownie poruszył ustami, ale dźwięk zanikał.
- Rewerberacja - pomyślał stary. - Tylko to i glamza pod butami, nic więcej.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 14 lis 2016, 18:03 
Offline
Awatar użytkownika

Rejestracja: 03 lip 2013, 12:12
Posty: 310
Lokalizacja: Konstancin-Jeziorna
Alien pisze:
Odrzucono współpracę wprost olewając wielogodzinną ciężką, żmudną robotę autora.
Bez urazy.


O, stary. Jest moc :D


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 16 sty 2018, 1:25 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Ludzie zapomnieli już jak to jest nie mieć prądu. Otaczają się urządzeniami elektrycznymi, które zapewniają im poczucie bezpieczeństwa. Dają światło, ciepło i rozrywkę. Ale to nie będzie trwać wiecznie.
Miliony metrów przewodów i kabli, teraz nikomu już niepotrzebnych. Ciemno na każdym kroku i zimno jak cholera. Nie słychać już pralek, lodówek i odkurzaczy. Nie grają telewizory, a radio milczy. Listonosz nie przynosi rachunków. Świat prądem stał, a teraz dostał energetycznej czkawki, potknął się o własne nogi głupoty i runął na pysk pozbawiony watów. Wiatr przemian pozrywał wszystkie linie światłości. Ciemność widzę, oj widzę ciemność, chciałoby się rzec. Pomroczność jasna. Choćbym szedł ciemnym tunelem, zła się nie ulęknę, bo wiara będzie ze mną. Idę przez świat w pojedynkę i niosę ten żar w sobie. I nie jest mi już tak smutno, i widzę przez to lepiej. Dostrzegam to, czego dostrzec przez całe życie nie mogłem. Kiedy zapada zmrok nareszcie otwierają mi się oczy na świat i na drugiego człowieka. Na niego przede wszystkim.
Ropa naftowa, bez której dawny świat w mig upadłby na kolana. Wróciłby tam, gdzie był przed odkryciem jej złóż. Czarne złoto, wedle większości. Czarne zło, według mnie. Złoża gazu wydobywanego na potęgę. Szantaż paliwowy, breja polityczna i łupkowy szał. Węglowe sztolnie. Wojny. Walka o władzę i szmal. Złoża śmierci. Tyle było kiedyś, nic już z tego nie pozostało. Głód i śmierć widzę na każdym niemal kroku, milczenie dostrzegam w zastygłych twarzach bez wyrazu. Idę, gdzie poniosą nogi. Szukam w hebanowej ciemności ocalenia. Tak sobie myślę, że to nawet dobrze. Człowiek dotknął wreszcie dna, poczuł je na sobie. Już nie zabija dzieci prowadząc samochody po pijaku. Teraz jest zdany tylko na siebie. Ale wcale nie jest lepiej, bo człowiek z natury nie jest dobry. Teraz zło, które starał się ukrywać, wylazło z niego niczym obcy. I pożera to coś ostatki człowieczeństwa. Karmi się ludzkim lękiem. Szczególnie zasmakowało w dzieciach. Patrzeć już na to wszystko nie mogę. Czasami najchętniej przerwałbym swoją męczarnię raz na zawsze.
Tygrysy uciekły z ogrodu zoologicznego, taki komunikat śni mi się co noc. Widziałem we śnie, jak przemierzały wymarłe połacie miasta i jak przeczesywały podwórza w poszukiwania ludzkiego mięsa. Słyszałem ich przeraźliwy ryk w ciemności. To tak, jakby wejść do ich klatki w środku nocy. Najpierw czuje się ich zwierzęcy zapach, aromat strachu dociera dopiero po chwili. Już czułem ich języki na swojej twarzy, ich wielkie zęby zagłębiające się w moim ciele. Moja głowa znalazła się w tygrysiej paszczy. Czy żelazne szczęki zmiażdżą mi ją w oka mgnieniu? Uciec nie sposób. Pozostaje tylko modlitwa.
„Gdy grzech dojrzeje, przynosi śmierć”. (Jk 1:15)
Idę mrocznym tunelem, idę w stronę odległego światła. To ledwie prześwit, maleńka iskra na końcu długiego korytarza.
„Ja jestem drogą i prawdą, i życiem”. (J 14:6)
Wybrałem drogę słowa bożego i poszedłem nią na zatracenie. Jakże się wtedy rozczarowałem. Bycie kapłanem byłoby dla mnie nobilitujące. Wiara nie zawsze jednak idzie w parze z rozumem i ze zrozumieniem. Świat jest pełen wad, ludzie przesiąkli już nimi na dobre. Porzuciłem misję, złamałem śluby. Oni tam są i niszczą innych ludzi. Dzieci są molestowane, na to się już nie godzę. Nie po drodze mi z nimi. To klika, która czuje się zbyt pewnie. Hermetyczna grupa, społeczność, której wydaje się, że stoi ponad prawem. Zrzuciłem z siebie sutannę i wzułem kamasze. Poznać swoje drugie ja, bezcenne.
„Oto Człowiek”. (J 19:5)
Oto prawda o nim samym. Wszak wyjątek potwierdza regułę. Żeby uczyć bliźniego moralności, na sam pierw samemu trzeba być moralnym. Nie inaczej.
Dzieła sztuki to skarby najprawdziwsze, które wymagają opieki, niczym dziecko. Tak jak ono przynoszą chlubę i radość. Można na nie patrzeć z prawdziwą przyjemnością. Bycie artystą, twórcą, to rola iście rodzicielska. Bezcenne obrazy nie raz już fałszowano, żeby pozyskać marne dukaty. Ich los jest zatem w naszych rękach. Pozwólmy kolejnym pokoleniom nacieszyć się nimi, wszak są dobrem wspólnym. Tak samo Ziemia nim jest!
Zostawić przyjaciela na pewną śmierć na polu walki, żeby uchronić siebie, to jak porzucić własne dziecko w mrocznym tunelu pełnym zjaw. Błysk oczu w podziemiach, blask kocich źrenic w dali i zapach śmierci. Odgłosy nocnego żerowania. Dzikie, zmutowane koty dopadły kolejnego zagubionego śmiałka. I ten okropny ludzki krzyk, a potem już tylko długa cisza.


Rozdział VII
KATEDRA
Kilka godzin zajęło im dotarcie do hali Targowej. W końcowej fazie marszu, tunel się rozszerzał, do momentu aż pojawiły się kolejne rozgałęziania i wtedy musieli wybrać właściwą nitkę, trafne połączenie, które w rezultacie nie okaże się ślepą drogą i szlakiem donikąd. Poszli na wprost. Sid zastanawiał się nad tym, czy dobrze robią penetrując centralne podziemia.
- Wiesz, co? – zagadnął do starego. – Męczy mnie to, czy dobrze robimy.
- Co takiego?
- No, bo szwendamy się tutaj, chodzimy z miejsca na miejsce, a może on jest zupełnie gdzie indziej?
- Całkiem możliwe.
- I mówisz to z takim spokojem?
- Och, Sid, przecież wiesz. Znasz moje zdanie w tej sprawie.
- Znam.
- No widzisz. Też się martwię – dodał stary i poprawił bambetle.
- Wiem, ale…
- Ale, wciąż tylko ale… Sid, mnie też wszystko nurtuje i boli - nogi, ręce, palce i paznokcie.
Żołdak tupnął butem, pojedynczy rozbryzg wystrzelił z podłogi. Breja zachlapała starego.
- No i masz za swoje. Przepraszam, dziadek.
- Powiem ci tak, Sid. Sprawdzimy halę, potem uderzymy na kościoły i katedrę i jeśli tam go nie będzie, pójdziemy w stronę Rynku. Po drodze mamy plac Nowy Targ, potem uniwerek – coś mi się widzi, że to ważna stacja - ewentualnie jeszcze plac Solny i klub sportowy, Gwardię. To wszystko, tylko tyle i aż tyle.
- Dobra, niech będzie. Dobra nasza, idziemy dalej.
- Nie pal tylko światła, Sid.
- Postaram się o tym pamiętać.
Nie dalej, jak pięć minut później, mlecznobiała dioda rozbłysła słabym światłem.
- Ja swoje, a on swoje. I dojdź tu człowieku do porozumienia, nie da się i tyle. Basta, basta, basta.
- Spójrz na sklepienie, widzę jakiś ruch, o tam?
Kolejarz przyglądał się nikłym półcieniom.
- To robactwo.
- Duże, jak na robaki, nie uważasz? Chyba jednak trochę za duże…
- Może i tak. Może to jakieś zmutowane robactwo?
Żołdak przyglądał się temu w milczeniu.
- Cholera wie – ryknął. – Może wygarnę do nich z broni, co?
- Nie, zostaw, niech sobie żyją.
Poszli dalej. Słyszeli szelesty na ścianach i przy podłodze, skapującą zewsząd wodę. Przy włazie do hali wisiały jakieś przewody.
- Energetyka, się wie.
Kolejarz potwierdził skinieniem głowy.
- Dawne czasy. Elektrownie, gazownie, cudeńka najprzedniejsze. Nawet wiatraki kręciły się, jak się patrzy. Łupki były, tyle się działo, Sid.
- No – potwierdził żołnierz. – A na świecie platformy, gdzie wydobywano ropę naftową na potęgę. Czarne złoto, tak jak węgiel. A potem pierdut… i po sprawie. Wszystko na nic.
Usłyszeli zgrzyt przy włazie.
- Cicho – pokazał na migi Sid. Dziadek zrozumiał sugestię.
Przysłuchiwali się skrobaniu i piskom, które po pewnym czasie ucichły.
- Szczurza gadka – oznajmił stary.
- Gadka szmatka – dodał żołdak. – Przeciskamy się.
- Poczekaj, a jak tam za…
Kolejarz nie zdążył już dokończyć swojej wypowiedzi, gdyż młodszy od niego mężczyzna pchnął blaszane podwoje, które zaterkotały, a w ich środku coś jeszcze zagrzechotało.
- Pierun jasny, by to strzelił, jakie niestworzone dźwięki wydobywają się z tego kawałka żelastwa. Popatrz, aż rdza się sypie z tych wierzei.
Sid patrzył i nasłuchiwał. Zaraz potem przełożył nogę przez właz. Syknął tylko, ponieważ po drugiej stronie stanął na czymś, czego się tam nie spodziewał.
- Co tam? Co się stało? – dopytywał cichaczem stary.
- Nic, tylko jakieś gówno tu jest, które leży tam. Szczurze, czy jakieś inne, nie wiem. Cholera jasna by to wzięła.
Dziadek zaterkotał przezabawnym głosem, który był ni to śmiechem, ni warkotem, ni czymkolwiek.
- Cicho tam, mnie do śmiechu wcale nie jest.
- Wiem, przepraszam. To było ode mnie silniejsze, po prostu.
Przeszli przez śluzę, starali się uważać na stertę fekaliów. Lochy hali były spore, a piwnice kręte i ciasne. Na ścianach kamienie i cegły, ponad głowami betonowy strop, a na podłożu ziemia wymieszana z kamieniem i starą, spękaną wylewką. Wilgoć prawie wszędzie, gdzie tylko okiem sięgnąć. Jakiś szum, jakby głuche echo pracujących pomp, czy coś podobnego.
- Słyszysz, Sid?
Mężczyzna nie odpowiedział. Przygotował broń i czekał.
- Ktoś kogoś zabił – wyszeptał dziadek. – Zabił kogoś, może zabić i nas.
- Wiem, będziemy uważać. Chodź za mną.
- Może lepiej nie, może lepiej poczekamy?
- Idziemy, już.
- Jak tak, to tak. Dobra, idziemy. Jeszcze niedawno był z ciebie abulik, a teraz proszę, husaria z niego wychodzi. „Drzewka” położone, zatknięte w tok, wysunięte przed siebie i do ataku. Bij, zabij!
- Chodź już, nie gadaj tyle, dziadek.
- No przecie idę.
- Idziesz, ale więcej niż idziesz, to gadasz.
W tejże chwili ponownie usłyszeli krzyk konającego, poprzedzony uderzeniem i wystrzałem z broni palnej.
- Widzisz, trwa tu jakieś polowanie.
- Dobrze, że na nas nikt nie poluje – odrzekł żołdak.
- Skąd wiesz?
Ostrożnie stawiali nogi, uważali żeby niepotrzebnie nie hałasować. Sid chciał zapalić światełko, ale dziadek mu na to nie pozwolił. Przekonał młodszego, że nie ma takiej potrzeby i że nic złego im nie grozi.
- Importun jeden. Pełna degrengolada. Przędza by się nam tu przydała, znaczy się po nitce do kłębka, Sid.
- Poszedł chyba w siną dal.
- Nie, Sid, on tu gdzieś jest. Zaczaił się na nas.
- Pieprzysz i tyle.
- Filuterny jesteś, nie ma co, tudzież złowieszczy. Ciasne przestrzenie dookoła nas, a ty martwisz się siłą kajeńskiego pieprzu.
Żołdak zapalił lampkę na broni.
- Rzesz ty – syknął tylko stary.
Przed nimi pojawiły się niezgrabnie poruszające się sylwetki. Owłosione cielska, ohydne paszcze, stwory dwunożne, dzierżące w szpotawych łapach grube kije. Wtedy zaryczały na nich i skoczyły im do gardeł.
- Opuść głowę! – krzyknął Sid.
Padły ciosy, odgłosy uderzenia drewna o kevlar. Mężczyźni oberwali po głowach.
- Żyjesz? – zapytał żołdak, który gdzieś zgubił broń.
- Chyba tak.
Komandos złapał maszkarę za rękę i wytrącił z niej kij, a potem wyprowadził kilka szybkich ciosów, które naruszyły adwersarza. Zerknął za spluwą na podłogę, gdzie szukał wzrokiem światła lampki. Rozgorzał bój na pięści, trafiali się naprzemiennie i uderzali plecami o twarde ściany. Po jednym z ciosów żołdak zachwiał się na nogach.
- Ma siłę, cholera jedna – wydukał.
Wyjął nóż i zadał śmiertelny cios. Mutant zakwilił i zdechł.
– Maszkaron jeden, psia mać. Dawać drugiego – wyraził swoje niezadowolenie żołnierz.
- Sid, pomóż!
- Już do ciebie idę.
Mutant powalił dziadka na ziemię, próbował gryźć gdzie popadnie i drapać pazurami. Żołnierz podniósł spluwę z podłogi i poświecił w stronę kotłujących się na ziemi wojowników. Ujrzał wtedy kły bestii, która na chwilę zamarła, zaciekawiona słabym światłem. Zobaczył krwistą ślinę, wypływającą z jej owłosionego pyska i wilcze uszy oraz ślepia.
- Co to? – zapytał sam siebie, a potem podszedł bliżej i wystrzelił.
Trafiona w głowę zmora senna, jak ją określił kolejarz, zwaliła się na dziadka, przytłaczając go do tego stopnia, że ledwo łapał oddech.
- Ściągnij to ze mnie, bo się uduszę – krzyczał.
- Już ściągam, poczekaj. Już to z ciebie zdejmuję.
Dziadek nie mógł się podnieść.
- O, jezderkusie! Myślisz, że to one polowały?
- Raczej nie, myślę, że to na nie polowano.
- Tak?
- Tak, dziadku. Tak właśnie myślę.
- No dobrze, ale czym to było?
- Wilkołaki jakieś, których przodkami były wilki, które uciekły z zoo, albo efekt eksperymentów. Tak, czy siak – popromieńcy. Postapokalipsa w najlepszym wydaniu.
Kolejarz powoli zbierał się z podłogi.
- Nie wiem, możliwe. Więcej nie chciałbym ich spotkać na swojej drodze.
- Ja też nie – potwierdził Sid. – Plotki głoszą, że wtedy zwierzaki pouciekały z ogrodu zoologicznego: lwy, tygrysy, pantery, bawoły, słonie, hipopotamy, nosorożce, węże, małpy i wiele innych. Część zdechła, pozostałe odstrzelono i zjedzono. Ale niektóre z nich zdążyły poranić albo nawet zabić ludzi. Mówią, że niewielka grupa ocalała, w której skład wchodziły przede wszystkim lwy. Ściślej mówiąc lwice, kilka sztuk i jeden samiec.
- Myślisz, że założyły stado.
- Tak myślę.
- Wydaje ci się, że udało im się przetrwać.
- Nie wiem, może.
- Sid?
- No?
- A jak one zmutowały i potem spłodziły potomstwo?
- To całkiem możliwe. Zmutowane lwy, jeszcze większe i jeszcze groźniejsze.
- Jezderkusie!
Sid wyściubił nos zza winkla i obejrzał sobie wnętrze zabytkowej hali, potem wyszedł z ukrycia. Kolejarz podążał za nim krok w krok. Tak, jak piwnica pełna była zapasów pożywienia, tak wewnątrz hali stoiska świeciły pustkami. Wielkie filary pod dachem przypominały o wielkości tego miejsca. Zabytkowa konstrukcja, freski i ornamenty na zewnętrznych, ceglanych ścianach, dodawały splendoru temu miejscu w chlubnych czasach. Weszli na piętro i obeszli je dokoła, po drodze sprawdzili kolejne platformy ze schodami. Sklep zoologiczny, a za nim punkt z bielizną, butami, artykułami papierniczymi, punkt ksero, kantor, szewc, punkt krawiecki, sklepik z karmą dla zwierząt, a poniżej obszerna kwiaciarnia, stragany niegdyś zastawione najprzedniejszym towarem, owocami i warzywami, także tymi egzotycznymi, oraz sklep herbaciany pełen cudnych aromatów, oraz mięsny i ze słodyczami. Po tym wszystkim pozostały już tylko wyblakłe napisy. Sid dostrzegł ruch obok masywnych filarów, ktoś skrywał się za nimi.
- Może nawet, tych ktosiów, było tam znacznie więcej? - pomyślał. - Chyba lepiej nie sprawdzać. Ejże, wyłaź stamtąd, ale już, jeśli ci życie miłe! – krzyknął w tamtą stronę.
- Nie wychodzi – powiedział kolejarz. – A co jeśli nie wyjdzie?
- Wyjdzie, wyjdzie.
Czekali jeszcze chwilę, po czym Sid obcesowo przeładował gnata. Pstryknął diodę i poświecił po sklepieniu hali, i choć światełko ledwo zamigotało na filarach, to żołdak dobrze wiedział, że zostało zauważone.
- Kto wy? – ktoś zapytał.
Sid spojrzał na starego.
- A nie mówiłem? Wiedziałem, że tak będzie. My, ludzie, zwykli ludzie – powiedział już trochę głośniej. – A ty, kto?
- Ludzie? Na pewno ludzie?
- Tak, na pewno.
- No nie wiem.
- Gadaj, ktoś ty?
- Strażnik hali. Pracuję dla wielkiego kupca.
Kolejarz szturchnął żołnierza.
- Widzisz, to nikt groźny.
Sida spojrzenie świadczyło o tym, że nie zgadzał się ze słowami starego.
- Wyjdź, porozmawiamy - rzucił.
- No nie wiem. Ale zgoda. Ty wyjdź pierwszy.
Żołdak wyłonił się zza winkla i ominął załom. W oczach strażnika wyglądał, jak ciemny, masywny twór zwinnie sunący w jego stronę. Dojrzał rękę z bronią i przerażającą maskę na głowie, wielkie, trójkątne szkła i osłony na oczy. Tylko oczodołów nijak nie mógł dostrzec.
- Gdzie te ślepia? - zastanawiał się. - Chyba jakieś ma?
Dało się usłyszeć zgrzyt i szelest, gdzieś wysoko pod dachem. Kolejarz wspomniał wtedy nietoperze, których od dawna już nie widział. Przypomniał sobie dźwięki, które wydawały - coś jakby wkręcanie rury w rurę, taki ni to pisk, ni zgrzyt.
- Tylko bez numerów – powiedział żołdak. – Nie chcemy problemów.
- Na pewno – westchnął i złośliwie odpowiedział. – Ja też nie lubię kłopotów.
- Nikt ich nie lubi – dopowiedział dziadek. – Szukamy chłopaka z oryginalnym głosem. Widziałeś takiego, albo słyszałeś o nim?
Strażnik celował w Sida i stojącego za nim kolejarza ze strzelby.
- To wy. To wy zrobiliście porutę, tam pod urzędem i w przychodni?
Sid przemilczał słowa zamaskowanego oponenta. Mierzył mu dokładnie między oczy, ale za wszelką cenę chciał uniknąć kolejnej awantury.
- To nie my – skłamał dziadek. – Pomyliłeś nas z kimś innym.
- Nie sądzę. Po co wam ten chłopak?
- Nie twój interes – rzucił żołdak.
- Na pewno. Może i nie mój interes, ale ciekawość, rozumiecie sami.
- Opuść broń.
- Na pewno.
Sid zastanawiał się nad tym, co zrobić. Jeżeli zabije strażnika, to tylko przysporzy sobie kolejnych kłopotów i nie dowie się przy tym niczego. Nie tędy droga.
- Ja opuszczam broń.
Strażnik przyglądał się z zaciekawieniem.
- No nie wiem. Mógłbym cię teraz palnąć i byłoby po sprawie?
- Opuść broń, pogadajmy jak ludzie.
Kolejarz wyszedł z cienia Sida.
- Opuść, bądź człowiek. Pogadajmy.
- Siła złego na jednego - pomyślał ochroniarz i opuścił broń.
- To mówisz przyjacielu, żeś portier i służysz niejakiemu kupcowi, czyż tak?
- Wielkiemu kupcowi, i nie jestem portierem.
- Dobrze, niech będzie, że wielkiemu i że nie jesteś. Kim jest twój szef?
Strażnik spojrzał na kolejarza, któremu dobrze z oczu patrzyło. Sam też się uśmiechnął i odpowiedział przyjemnym głosem.
- To jeden z zarządców miasta.
- Szycha, znaczy się. Ktoś ważny.
- No.
Stary wyjął gorzałę i nalał do metalowego kubka.
- Masz, napij się. Ciężko pracujesz, należy ci się.
Oczy strażnika najpierw błysnęły, a potem stały się zimne.
- Chcecie mnie otruć?
- No, co ty, nic z tych rzeczy. To wóda – wyjaśnił stary.
- Ty pierwszy się napij.
Kolejarz odchylił maskę i skosztował palącego w gardziel napitku.
- Dobre, jak diabli. Mąci we łbie. Masz, teraz ty. Należy ci się.
Strażnik dał się wreszcie namówić.
- Niezłe cholerstwo – powiedział po pierwszym łyku.
- Stop – rzekł Sid. – Starczy ci, zostaw coś dla innych.
Mężczyzna ze strzelbą z niechęcią oddał kubeczek. Stary poprawił maskę.
- Nic nie bój, tu jest czysto.
- Wiem, sprawdziłem przyrządem.
- Dobra, po fajce? – zaproponował żołdak.
Siedzieli na drewnianej ławeczce pod głównym filarem. Mężczyźni strudzeni drogą i przykrymi wydarzeniami łapali cenny oddech. Odpoczynek nie mógł trwać zbyt długo, gdyż musieli ruszać dalej.
- Gdybyśmy tak chcieli zabrać trochę zapasów z waszych piwnic?
- Nie radzę – odparł strażnik i spojrzał na żołdaka. - Są pilnowane. Nawet tego nie zauważyliście. Daleko byście z tym nie uszli.
- Pieprzysz?
- Sprawdź, jeśli nie wierzysz.
Sid zostawił ten temat w spokoju. Po jakimś czasie dali strażnikowi kilka skrętów w zamian za kilka informacji i wyruszyli dalej. Skierowali się tunelem w stronę podziemi placu Nowy Targ.
- Jakiś dziwny ten strażnik?
- Och, Sid. Teraz każdy wydaje się dziwny. Jan, tak miał na imię. Jak człowiek zna czyjeś imię, to tak, jakby znał tego kogoś jeszcze lepiej. Niby tylko imię, ale tyle mówi o człowieku. Teraz wszyscy są bezimienni, człowieka łatwo jest pozbawić godności, nawet życia. Jeśli zna się jego prywatność, to już zupełnie, co innego. Wtedy trudniej do niego strzelić. Każdy człowiek, to zamknięta w sobie historia, którą jeśli się pozna, to się go polubi. Tego człowieka się polubi, jego historię już niekoniecznie.
- Bezimienni tak jakby nie istnieli. Dlatego łatwo się ich eliminuje. Na przykład ciebie nie mógłbym zabić, dziadek.
Kolejarz zarechotał. Był to raczej terkot, niż śmiech, ale Sida to rozweseliło.
- Widzisz. Warto, więc z ludźmi rozmawiać, a nie do nich strzelać. Wtedy świat byłby o niebo lepszy.
- Wtedy, po prostu by był – zakończył żołdak.
Dotarli do podziemnego parkingu, który kiedyś mieścił się pod placem Nowy Targ. Zamiast równego, połyskującego podłoża, był popękany beton. Zamiast nowych, dużych filarów podpierających strop, były odarte i rozłupane gdzieniegdzie słupy. Barierek i linii oddzielających poszczególne stanowiska dla samochodów na podłożu oraz punktu dowodzenia od dawna już tam nie było. Za to było mnóstwo ludzi. Dosłownie ich setki, jak nie tysiące. Było ciasno. Szukanie chłopca w takiej zbitce ludzi, nie wróżyło sukcesu. Byli tam ludzie w skafandrach, dżinsach i kurtkach, dresach, oraz łachach, które kiedyś zwały się odzieniem. Byli też nadzy, którzy trzęśli się z zimna. Były kobiety i dzieci, choć tych drugich było znacznie mniej. Byli wychudzeni, pokrwawieni, brudni i zapłakani. Niektórzy z nich wstydzili się siebie i skrywali twarze. Nikt nad tym tłumem nie panował. Panował gwar, niektórzy szeptali, inni dyskutowali, albo gadali od rzeczy. Większość jednak milczała. Czasami wybuchała bójka, wtedy najczęściej ktoś ginął. Brakowało wody, a jedzenia były śladowe ilości. Tak naprawdę tyle, co kto miał i co zdołał schować przed innymi.
- I te nienaturalne twarze, smutne buzie pozbawione nadziei - myślał o tym stary. - Podobne do siebie i jakby nieludzkie, albo jakby trupie, blade, pozbawione mimiki i z mglistym spojrzeniem.
Kolejarzowi przypomniały się wtedy pogrzeby i zmarli w trumnach, ale to było jeszcze w starych czasach. Potem wspomniał jedną wielką miejską trumnę i setki truposzy napotkanych na drodze. Szkielety i czaszki, których bał się dotknąć, a kiedy się na to odważył, to misternie i z szacunkiem badał strukturę kości. Dotykał czaszki, gładził i płakał, a przez łzy z ust wydobywały mu się gorzkie słowa, i cichy lament, który kierował do Najwyższego.
- Boże, czemuś nas opuścił?
Bez chłopca poszli w stronę pobliskich kościołów. Z duszą na ramieniu, pustką w głowie i bólem pod sercem przemierzali wąskie i mroczne kanały. Kolejarz wspominał niebo, które zobaczył z perspektywy wjazdu do podziemnego parkingu. Było szare, nijakie i spopielone. Tak bardzo chciał zobaczyć na nim jakieś ptaki albo samolot, ale nic tam nie było.
- I po co dalej wędrować? - zastanawiał się. - Albatrosy wędrowne – wspomniał słowa gdzieś zasłyszane. - Przyszłość albatrosów wciąż jest niepewna.
Oczyma wyobraźni ujrzał szybujące albatrosy, które z gracją płynęły po martwym niebie. Niektóre poszukiwały pożywienia w morzu, inne kotłowały się obok statków. Zobaczył rekina tygrysiego atakującego ptaka w morzu i ciemność przed oczami. Wspomnienia zniknęły i pozostał czarny tunel, którym szedł.
Kościoły były zniszczone, ich wnętrza wyglądały, jak po pożarze, bombardowaniu albo trzęsieniu ziemi. Podziemia były pełne gruzów i ziemi, do niektórych nie sposób było dotrzeć. Nie było tam żadnych ludzi, zupełnie nikogo, albo dobrze się przed nimi maskowali. Szczurzy koncert pojawiał się i zanikał, tak samo jak robactwo pełzające po podłożu, czy też przemykające po osmolonych ścianach. Potłuczone, albo stopione witraże, resztki rzeźb i pozostałości ołtarza. Tylko tyle, i aż tyle.
- Marność nad marnościami, wszystko marność - wspomniał jeden z nich, a potem w ciszy poszli w stronę katedry.
- Cisza, nieokiełznana przestrzeń, szeleszczące kombinezony, trochę lżejsze plecaki na plecach, co tu gadać, trzeba iść – przerwał zadumę dziadek. - Pchać się w tę noc, która się nie kończy? – zastanawiał się.
- Oj tam, dziadek, czcze gadanie. Poświecę ci, będziesz spokojniejszy.
- Nie, nie trzeba, Sid.
- Poświecę ci.
- Nie, powiedziałem. Dobrze widzę.
- Skoro tak, bo ja prawie nic już nie widzę.
Tunel przebiegał pod Odrą prosto do katedry. Był dość szeroki, idąc nim mieścili się obok siebie. Usłyszeli szum, kiedy przechodzili pod rzeką. Na sklepieniu i ścianach była widoczna wilgoć. Sid zapalił latarkę, pomimo protestów dziadka. Betonowy strop i ściany były pełne szczelin i niewidocznych dla oka ubytków. Tu i ówdzie tunel pokrywały napisy, najczęściej przekleństwa, ale także modlitwy i informacje dla rodziny. Betonowe płyty były scalone ze sobą jakimś spoiwem, najprawdopodobniej betonem z domieszką czegoś, bo to coś napuchło, a potem zastygło, tworząc gdzie popadnie kubiczne rzeźby. Na ścianach były rury, pod sufitem wisiały przewody. Sid dotknął jednej z rur, która była zimna. Nie drgała, ani nic takiego, jakby nic w niej nie było.
- Chyba gazowe - bąknął stary. - Stare dobre czasy.
Pod katedrą słychać było modlitwy i dzwonki. Podziemia jaśniały od światła pochodni. Było ciepło i sucho. Żołdak natknął się na pogrążonego w modlitwie księdza, który spod opuszczonych powiek podglądał jego mozolny przemarsz przez wnętrza świątyni. Mężczyzna ubrany w sutannę trzymał w rękach różaniec z dużym krzyżem. Ciemny nalot pokrywał ceglane ściany. Tańczące płomienie rzucały nijakie półcienie na pozbawione tynku ściany. Świetlne zajączki umykały i powracały, a potem rosły w oczach i malały. Podłużny cień żołnierza sunął wraz z nim wzdłuż długiej płaszczyzny. Raz mu towarzyszył, kiedy indziej wysforowywał się mocno do przodu, rozciągał i napinał, jakby był zniecierpliwiony poszukiwaniami, które nie przynosiły żadnego rezultatu. Jakby chciał być tym pierwszym, który odkryje prawdę. Wewnątrz katedry panował spokój, a brudy były uprzątnięte. Był ołtarz, krzyż, trochę ławek i konfesjonał, w którym ktoś spowiadał. Podłoże było popękane, ale nie kurzyło się, tak jakby dopiero co ktoś je przyzwoicie wysprzątał. Do spowiedzi ustawiła się kolejka. Byli tam ludzie różnego pokroju, wieku, płci i statusu społecznego. Byli też chorzy i zniekształceni, którzy twarze ukrywali pod szalami. Kolejarz postanowił się wyspowiadać. Sid zdecydował, że w tym samym czasie zwiedzi kościół. Przechadzał się pomiędzy łukami, szedł wzdłuż bogato zdobionych ścian, po których pozostało już tylko wspomnienie. Wyszedł bocznym wyjściem na zewnątrz, gdyż główne wierzeje były zaryglowane. Obszedł katedrę i zawrócił. Obie wieże nie miały kopuł, były popękane i pełne dziur. W środku nie było wcale lepiej, witraże wyglądały pożal się Boże. Nawa główna, którą oddzielał od prezbiterium łuk tęczowy, straszyła swym obskurnym widokiem. Ceglany gotyk dominował w pełni. Elewacja wewnętrzna tejże nawy świadczyła o ostrzale, którego zaznała nie tak dawno temu. Zerkali na masywne filary, przęsła, kondygnacje, konsole, fragmenty okien, bezżebrową formę renesansowego sklepienia krzyżowego, przyścienne profile i emporę organową. Ich wzrok śledził marmurową posadzkę chóru, bogatą dekorację kamieniarską kapiteli i zworników z herbami, oraz portal łączący ambit z zakrystią.
- Kto spowiada? – zapytał kolejarz stojącego za nim, okaleczonego na twarzy mężczyznę, który dopiero przed chwilą dotarł na miejsce.
- Chyba kardynał, chyba sam kardynał – odparł. Widać było, że mówienie sprawiało mu ból.
- Jasne. Już nic nie mów. Wszystko już wiem. Jestem kolejarz, tak na mnie mówią.
- A ja kustosz.
Sid usiadł w rogu katedry, żeby nie rzucać się w oczy, ale też po to, żeby nie utracić z oczu dziadka. Wsłuchiwał się w głuchą ciszę i swój nierówny oddech. Zastanawiał się nad tym, czy chłopak, którego szukali, w ogóle jeszcze żył.
- Może lepiej byłoby zostawić go w spokoju i zawrócić, żeby poszukać drogi ucieczki z miasta, legendarnego tunelu metra, którym można by spróbować przedostać się na Zachód? – dumał żołdak. - Na Berlin, a potem jeszcze dalej. Dziadek opowiadał o dwóch nitkach metra. Jedna z nich miała prowadzić z Głównego na Brochów, a druga z Głównego przez Ołtaszyn na Bielany. Była jeszcze ponoć trzecia odnoga, która mogła biec obok wzgórza Andersa pod ulicą Ślężną w stronę Bielan. No i jeszcze osławione Powstańców Śląskich, gdzie zginęło wielu ludzi, szukających tajemniczej nitki metra. Niemcy budowali podziemne tunele na linii Bielany, Sobótka, Świdnica, Wałbrzych, oraz Kłodzko, Wałbrzych i Jelenia Góra. Gdzieś tam schowali zrabowane złoto, zabytki, cenne precjoza, a także Archiwum UB Rzeszy, które kiedyś mieściło się w barokowym pałacu w Radomierzycach pod Zgorzelcem. Teczki skrywały listy konfidentów gestapo, kompromitujące szanowanych obywateli Zachodu.
- Niech będzie pochwalony – powiedział kolejarz, kiedy klęknął w ciasnym konfesjonale.
- Na wieki wieków – odparł eklezjasta.
- Grzechy swe chciałbym wyznać, ale mam ich tyle, że wszystkich nie pamiętam.
- Jak każdy, jak wszyscy, synu.
- Tak, ojcze, jak wszyscy, teraz i zawsze i…
- I na wieki wieków – wtrącił kardynał. – Masz wybaczone, a pokutę sam sobie wyznacz. Po tych słowach dało się usłyszeć pukanie.
- Tak, wyznaczę sobie.
- Daj zapłatę.
Stary wpatrywał się w niewyraźną postać księdza, siedzącego po drugiej stronie drewnianej kratki.
- Myślałem, że spowiedź jest nieodpłatna?
- No, bo jest, wybaczenie grzechów masz gratis. Datek przeznaczony jest na rewitalizację katedry.
- To koteria i brak kindersztuby – rzucił stary.
- Nie, to tylko lapsus –zaśmiał się duchowny.
Kolejarz wpatrywał się w ciemne oczy rozmówcy, który poprawiał ręką stojące obok niego fanty.
- Nie, to nie jest konfabulacja. Nie wierzę w to – zaprzeczył dziadek.
- Uwierz we mnie, bo istnieję – usłyszał w odpowiedzi.
- Rozbrat – bąknął stary, postawił tym na szali jedno proste słowo. – Wóz albo przewóz – dodał po chwili.
- Czarna owca z ciebie. Wiedz, że oni we mnie wierzą. Przychodzą tu tłumnie, proszą o wstawiennictwo, modlitwę i wybaczenie grzechów, a w zamian dają ofiarę. Wielbią mnie, bo wiedzą…
- Cóż takiego wiedzą? To apoteoza, nic więcej – polemizował stary.
- Nie ma zgody między nami i nie będzie. W tej sprawie myślimy zgodnie, ale mówimy inaczej – dodał klecha.
- Ja, stary kolejarz, jestem przaśny, ale nie głupi. Bierzesz mnie za kogoś innego, za kogoś, kim nie jestem i nigdy nie będę. I zimno mi w dupę, i w kolana, aż żal pomyśleć, że kiedyś nosiło się ineksprymable.
- Ja wciąż takie mam pod sutanną.
Dziadek zachichotał, czym wzbudził zainteresowanie stojącego nieopodal kustosza.
- Jest jeszcze jeden w kolejce – powiedział.
- Wiem, kustosz. Zawsze przychodzi ostatni.
- Zawsze? A gdybym przyszedł trochę później? Przecież nie mógł wiedzieć?
- On wie i ja wiem. To miasto ma oczy i spogląda nimi. Patrzy na to i owo, i pilnuje swoich sekretów. Dobrze jest mieć, dobrze jest mieć coś cennego. Coś takiego, o czym inni marzą i czego ci zazdroszczą. A ty nie pragniesz posiadać?
- Nie. Wolę być, niż posiadać. Dzielić się wolę.
Kardynał zmarszczył brwi i wziął coś do ręki.
- Wiesz, co to jest? Zgadnij?
- Zapewne coś cennego.
- Zapewne. Teraz cenna jest woda, żywność, alkohol, tytoń i broń, ona przede wszystkim. Broń i woda, a dopiero potem reszta. Ale kiedyś woda była wszędzie, lała się z kranów i ludzie nie myśleli, że kiedyś może jej zabraknąć. To, co trzymam w rękach w chwili obecnej jest niewiele warte, ale kiedyś… To obraz. Chcesz się zamienić?
- Na co?
- Na coś do jedzenia. Na cokolwiek, co da się przełknąć.
- Zwariowałeś?
- Widzisz, a jednak. Nawet skórki od chleba mi nie dasz.
- Nie za obraz, klecho. Po co mi on?
- To nie jest zwykły obraz, to Madonna pod jodłami, warta miliony złotych, Lucasa Cranacha, namalowana w 1510 roku.
- Stary jest – wtrącił stary. – Starszy ode mnie.
- Nie zaprzeczę. Zapewne nie znasz jego historii, a szkoda. Pozwól, że ci ją przybliżę. Tuż przed wybuchem, no wiesz, obraz cudem powrócił do katedry. Nie było go w mieście przez wiele lat, ale po kolei. Odnaleziono martwego niemieckiego księdza, który siedział w swoim apartamencie ze sczerniałą twarzą. Zniknął testament i obraz, który dawno temu ukradł z wrocławskiej świątyni.
- Poczekaj, bo nie kapuję. Po kolei. Kolana mnie strasznie rwą, mogę przysiąść?
- Nie, klęcz i słuchaj, a jak nie, to zabieraj się stąd.
- Dobra już, dobra, nie gorączkuj się tak. Odpuść troszkę – pokajał się ciekawski dziadek.
- Słuchaj, bo nie będę powtarzał. W latach 60. poprzedniego wieku pewna pani konserwator podważyła autentyczność obrazu. Nie zgadzał się wymiar obrazu i deska, która nie była lipowa, tylko jodłowa. Faktura obrazu także była nietypowa. Koloryt był przybrudzony, brakowało techniki przełamywania tonów laserunkami. Nie zgadzały się także uśmiechy Madonny i Dzieciątka - obojętne uśmiechy nie pasowały do oryginału. Za Marią na płótnie widać było trzy pasma gór, na przedwojennych fotografiach obrazu – cztery. Frędzle poduszeczki były nieudolnie namalowane. Zamiast inicjałów malarza na tarczy pierścienia, widniał jakiś bohomaz. Ksiądz kustosz, władze archidiecezji i niektórzy historycy sztuki podważali teorie pani konserwator. Zrobił się z tego niezły pasztet. Obraz prześwietlono i wynik mógł być tylko jeden. Była to kopia. Rodzaj drewna i technika malarska nakierowały badaczy na pewien trop, mianowicie kopia dzieła została namalowana na odwrocie oryginalnej kwatery średniowiecznego ołtarza. Ale ta wersja nie mogła wtedy powstać, gdyż przepisy cechowe zabraniały wykorzystywania obrazów kultowych, jako podłoża do innych prac. Kopia Cranacha została namalowana na początku XX wieku, prawdopodobnie tuż po wojnie. Analiza spękań farby potwierdziła tę tezę. Kuria metropolitalna próbowała wyjaśnić zagadnienie, ale nie ustaliła właściwie niczego. Lucas Cranach namalował ten obraz na prośbę członka kapituły katedralnej. Joachim Lindlau był zatem fundatorem dzieła. Praca ta do XIX wieku wisiała w katedralnej kaplicy św. Jana Ewangelisty. Następnie trafiła do skarbca. Przed wojną obraz można było oglądać po wykupieniu biletu. W 1935. roku wykonano fotografię oryginału. W czasie wojny z powodu nalotów alianckich obraz i inne cenne rzeczy wywieziono na prowincję. Z domu parafialnego w Henrykowie na Dolnym Śląsku przewieziono go potem do Kłodzka. Po zakończeniu wojny dyrektor archiwum archidiecezjalnego i kustosz skarbu katedry we Wrocławiu, niejaki Engelbert przywiózł dzieło z powrotem na Ostrów Tumski. Na miejscu przekazał malowidło Muzeum Archidiecezjalnemu, ponieważ katedra uległa zniszczeniu podczas oblężenia twierdzy przez Armię Czerwoną. W czasie ewakuacji obraz pękł w miejscu klejenia na dwie części, choć krążą legendy też o tym, że to sowiecki żołnierz przełamał dzieło na kolanie myśląc, że to tylko kopia. Wymienione muzeum powierzyło naprawę Cranacha swemu pracownikowi, księdzu Siegfriedowi Zimmerowi. Chodziło o sklejenie desek i konserwację warstwy malarskiej. I tu jest pies pogrzebany, bo obraz powrócił po renowacji do muzeum, ale nie ten, który przekazali do renowacji, tylko kopia tejże pracy.
- I nikt się nie połapał? – zapytał kolejarz.
- Czekaj, daj skończyć. Właśnie, że nikt, aż do czasu badania obrazu przez panią konserwator, co już powiedziałem na wstępie. Kuria nie była chętna do rozgłaszania teorii pani konserwator wszem wobec, wykazując zdenerwowanie i niezadowolenie z podjętych przez nią kroków. Dostojnicy nie zgłosili zaginięcia obrazu w prokuraturze ani na milicji, bojąc się uwikłania w niebezpieczną grę, która uderzyłaby w kościół. Pojawił się jednak wywiad w prasie i sprawa się wydała. Chodziły pogłoski, że Cranach trafił do Niemiec. Pod koniec 1970. roku firma antykwaryczna zaoferowała obraz muzeom w Berlinie Zachodnim - chcieli sprzedać oryginał za prawie 2. mln marek. Muzea nie zdecydowały się na zakup. Rok później oferta powtórzyła się w Szwajcarii, zainteresowany obrazem prywatny kolekcjoner zaproponował zbadanie dzieła. Sprzedawcy przystali na ten pomysł i powierzyli Cranacha do depozytu szwajcarskiego związku bankowego w Genewie, gdzie zajął się nim znawca, dr Koeplin z Bazylei, który rozpoznał rękę mistrza. Nie potwierdził jednak tego na piśmie, gdyż dobrze wiedział, że obraz skradziono z naszej katedry. Nie wiadomo, czy doszło wtedy do transakcji, badacz dzieła zgłosił to, lecz polska ambasada zignorowała całą sprawę. W 1973. roku obraz był oglądany w innym banku w Szwajcarii, należał już wtenczas do pewnego handlarza nieruchomościami, który po transakcji z handlarzem dzieł sztuki, zamienił go na inny obraz – pejzaż Rubensa – i ponad 100. tys. marek dopłaty. Biznes się nie udał, gdyż Rubens był falsyfikatem.
Dziadek zdębiał.
- Dobre, dobre – przerwał wypowiedź dostojnikowi i podniósł się z kolan, po czym klapnął obok klęcznika. – I co było dalej?
Sid w tym czasie wyjął świerszczyk z plecaka i przeglądał kolejne strony.
- Tak, więc jak mówiłem, była to kopia i sprzedawca Cranacha domagał się zwrotu swojego obrazu, lecz handlarz sztuki pozbył się go już i nic nie można było na to poradzić. Zgłosić oszustwa też nie można było, ponieważ w świetle prawa handlarz nieruchomościami był paserem. Cranach rok później pojawił się na szwajcarskim, szarym rynku sztuki. Żądano za niego ponad 3. mln marek. W 1981. roku galeria sztuki Linssen w Bonn zaproponowała kupno obrazu Niemieckiej Konferencji Biskupów za 15. mln marek, którzy to ustalili, że oferujący dzieło nie posiadali doń żadnych praw, i zgłosili ten fakt odpowiednim instytucjom, w tym polskim biskupom. Prokuratura w Monachium wszczęła formalne śledztwo. Właściciel galerii odmówił podania danych osoby, która zleciła mu pośrednictwo w sprzedaży. Urzędnicy natrafili jednak na ślad Hiszpana, który w sprawie dzieła kontaktował się z właścicielem wspomnianej galerii. Hiszpan w trakcie przesłuchania oznajmił, iż był zaledwie pośrednikiem sytuowanego mieszkańca Bawarii. Śledczy poszli tym tropem i szybko ustalili, że był nim monachijski handlarz sztuki Harald Huber, właściciel Galerii Myśliwskiej.
- I jaki z tego morał? – zapytał kolejarz.
- Na morał jeszcze nie pora. Słuchaj dalej, a jak nie chcesz, to nie słuchaj, ale wtedy się nie dowiesz.
- No dobrze już, mów dalej, tylko się streszczaj.
- Rok 1999., pracownia malarska na samej górze wieżowca. Kiedyś malował w niej Georg Kupke. Pracownia ma dwa piętra, czerwone ściany i białe meble. Dużo zieleni i kwiatów. Kolekcję figurek kotów, i obraz pędzla malarza wiszący na ścianie. Piętnaście lat wcześniej leżał tam bezładnie Georg Kupke, którego w 1984. unieruchomił wylew. Paraliż cofał się bardzo wolno, malarz tylko leżał, mógł jednak pisać. Postanowił odnowić starą znajomość z księdzem Siegfriedem Zimmerem, odpowiedź monachijskiej kurii nie pozostawiała jednak żadnych złudzeń. Radca naukowy zmarł kilka lat wcześniej w wieku 75. lat. Kupke w dalszej korespondencji z kurią informuje o tym, że Cranach znajdował się w rękach Zimmera, a teraz nierozpoznany może przepaść na amen. Kuria informuje malarza o prawdziwych losach obrazu i próbie odzyskania go po to, żeby dzieło powróciło na swoje macierzyste miejsce. Zdenerwowany Kupke pisze gdzie się da i na własną rękę próbuje odnaleźć arcydzieło, pomaga mu w tym znajomy historyk sztuki, Peter Halbrock, który uzyskuje wsparcie od niemieckiego tygodnika Stern, by móc zbadać losy obrazu i Zimmera.
Kolejarz, słuchający kardynała głośno ziewnął.
- Nudzę, nie?
- Nie, skądże, to naprawdę ciekawe – odparł stary.
- A więc Halbrock dowiedział się ciekawych rzeczy, mianowicie tego, że ksiądz Zimmer był człowiekiem majętnym. Znaleziono go martwego wiele dni po śmierci ze sczerniała twarzą. Mieszkanie było puste, nie znaleziono obrazu ani testamentu, który rzekomo istniał. Halbrock powiadomił policję, która przesłuchała malarza. Kupke opowiedział śledczym i prokuratorom tajemnice zniknięcia obrazu z wrocławskiej katedry. Malarz urodził się we Wrocławiu w 1926. roku. Przed wojną poznał Zimmera, który był jego nauczycielem religii. Ksiądz Zimmer interesował się malarstwem, kolekcjonował monety i trochę malował. Zachęcał Georga do zgłębiania tajemnic malarstwa i uczył go rysunku. Wojna przerwała naukę i przyszły malarz trafił do armii, gdzie został ranny. Po wojnie trafił do Wrocławia, gdzie malował tabliczki z polskimi nazwami wrocławskich ulic. Nocami szkicował i malował własne obrazy. W 1946. spotkał Zimmera, który pracował w polskiej kurii arcybiskupiej. Ten pomógł mu, dostarczał materiały do malowania obrazów. Kupke malował pejzaże i portrety, stworzył litografię ukazującą wypalone mury katedry. I oto pewnego sierpniowego dnia roku 1946., Zimmer zaproponował mu namalowanie kopi Cranacha, wszak miał dostęp do oryginału. Nadmienił, że jeśli kopia okaże się wystarczająco dobra, zamienią ją z pierwowzorem, który przemycą do Niemiec, żeby nie dostał się w ręce komunistów. Zimmer otrzymał dzieło do rewitalizacji, odnalazł w ruinach katedry nadpaloną deskę średniowiecznego obrazu o podobnych wymiarach do Cranacha. Drewno nie było jednak lipowe, tylko jodłowe. Postanowili malować właśnie na tym. Kupke miał książkę opisującą techniki malarskie, którą przestudiował. Zimmer w 1946. roku przeniósł obraz do swojego mieszkania i tam razem z malarzem fabrykowali kopię. Stary, zniszczony, średniowieczny obraz najpierw zagruntowali, a zarys postaci przenieśli na grunt za pomocą kalki przebitkowej. Postacie malował Kupke, tło – Zimmer. Brakowało w tym wszystkim długich, płynnych pociągnięć pędzla, cieniutkich warstw emulsji złożonej z wody i werniksów. Laserunki dawały fantastyczne efekty naturalności obrazu. Fałszerze mieszali farbę na palecie, przez co malowali krótkimi liniami. Cały czas trwały wywózki Niemców z Polski, Georg Kupke z rodziną trafili do Drezna. Kopia Cranacha nie była jeszcze gotowa. Zimmer powiedział mu, że musi jeszcze nanieść igłą krawiecką oryginalne popękania werniksu. Ksiądz Siegfried Zimmer wyjeżdżał z naszego kraju do swojej ojczyzny w 1947. roku. Wiedział przy tym, że będzie obrabowany. Na granicy celnicy zapewne zrobią swoje, po drodze wsiądą żołnierze i przeszukają wagony, poza tym pospolitych band szabrowników także nie brakowało. Będą rekwirować i rabować, co tylko się da. Jak więc przewiózł obraz? Po latach opowiedział o tym Kupkemu.
- Co zrobił, żeby ich przechytrzyć? – zapytał kolejarz. – Pewnikiem bał się jak diabli?
- Czy się bał? Pewnie bał się, ale mnie o tym nic nie wiadomo. Ale wracając do zagadki. Zimmer siedział i trzymał na kolanach obłożoną ceratą deskę, na której stał termos i szklanka z kawą, kiedy weszli celnicy. Pod sobą ukrył tobołek z osobistymi rzeczami, od którego rozpoczęli przeszukanie. W środku celowo umieścił sakiewkę ze złotymi i srebrnymi monetami, którą mu zabrali i odeszli. Zimmer z tacką na kolanach przejechał granicę. Tacą był oryginalny Cranach.
- Co się potem działo z obrazem, zanim powrócił na stare śmieci? – dopytywał kolejarz.
- Kupke rozpoczął w Dreźnie studia malarskie i ożenił się z malarką. Zimmer zamieszkał w Bernau pod Berlinem, w sowieckiej strefie okupacyjnej, gdzie został kapłanem w parafii Serca Jezusowego w Bernau i gdzie później spotkał się z Kupke, który go odwiedził. Na ścianie wisiał Cranach. Zimmer poprosił o dyskrecję. Potem przedostał się z obrazem do Niemiec Zachodnich. Wspólnicy korespondowali ze sobą w kolejnych latach. Policja ustaliła, że obraz trafił do galerii Franza Waldnera po znajomości, ponieważ obaj panowie od dawna utrzymywali ze sobą kontakt i robili interesy. Zimmer najprawdopodobniej powierzył do sprzedaży obraz, bądź sprzedał go przyjacielowi. Następnie Cranach krążył z rąk do rąk w wąskim kręgu paserów dzieł sztuki. Policja naciskała Waldnera, ale bez rezultatu. Nie było żyjących świadków, wszak ksiądz Zimmer nie mógł już niczego więcej powiedzieć. Niemieccy śledczy trafili jednak na jeszcze jeden trop. Huber, który chciał sprzedać obraz Konferencji Biskupów, przyznał się do tego, że był zaledwie pośrednikiem, a prawdziwym decydentem był ekspert sztuki, Toussant, który dał fałszywego Rubensa handlarzowi nieruchomości, w zamian otrzymując Cranacha. Toussant rzecz jasna odrzucił wszelkie zarzuty, wskazując swoją osobę, jako pośrednika. Prawdziwi właściciele obrazu przysyłają ze Szwajcarii wskazówki, powiedział. Kim są? Nie wiadomo. Śledztwo po pewnym czasie z braku dowodów zostało umorzone. Było to na krótko przed upadkiem muru berlińskiego. Kupke jednak się nie poddał, pod koniec życia zapragnął naprawić szkody, do których się przyczynił. Zależało mu na tym, żeby dzieło powróciło do wrocławskiej katedry. Poczynił nawet pewne kroki w tej sprawie, ale zlekceważono jego osobę. Madonna zamiast wisieć w katedrze, nadal spoczywała w klimatyzowanym sejfie jednego ze szwajcarskich banków, aż do roku 2012., kiedy to po wielu latach tułaczki powróciła do swojego wrocławskiego domu.
- Toż to prawdziwy kryminał, a nie tylko wybitne malarstwo – orzekł kolejarz, po czym próbował zebrać się w sobie i powstać, ale utknął na dobre w ciasnym konfesjonale. – Ani rusz, ni w lewo, ni w prawo. I po co mi to było?
- Pytasz, po co? To ci powiem, mój drogi. Ludzie przez to cacko zginęli, wielu ludzi, ale to tylko jedna strona medalu. Ja nie o tym chciałem ci opowiedzieć, ani też nie o malarstwie, choć to piękna dziedzina sztuki.
- Ja nie będę deliberować, co jest dobre, a co złe – wtrącił dziadek. - Nie za ciebie. Myślisz, że odkryłeś panaceum? Jesteś w błędzie.
- Mylić się jest rzeczą ludzką. Mogłem od razu zniszczyć ten obraz na twoich oczach, co byś wtedy poczuł? Pewnie nic.
- Pewnikiem tak, pewnikiem nic – potwierdził stary.
- To więcej niż pewne. Gdybym jednak to zrobił teraz, wziąłbyś mnie za wariata z różnych przyczyn, nieprawdaż?
- Możliwe.
- Więcej niż pewne. I dobrze.
Kolejarz wreszcie wydostał się z konfesjonału.
- Wciąż nie rozumiem, dlaczego mi to wszystko powiedziałeś? Dlaczego opowiedziałeś mi taką ciekawą kryminalną historię? Sztuka dla sztuki?
- W żadnym razie – głos kardynała dobiegał zza drewnianych ścian konfesjonału. – Ten obraz to historia. Albo inaczej, ten przedmiot posiada swoją historię, którą ci przedstawiłem. Zrobiłem to po to, żebyś zobaczył różnicę.
Suchy trzask pękającej deski przeszył najbliższe otoczenie konfesjonału.
- Zniszczyłeś go, jednak?
- Może tak, a może to tylko kawałek zwykłego drewna. A jednak dostrzegłeś różnicę. To właśnie chciałem ci pokazać, różnicę, kiedy niszczy się coś, czego się nie zna, i kiedy robi się to samo z czymś, co dobrze znamy. Chciałem ci przy tym wytłumaczyć, jak ważna jest znajomość historii.
- Wciąż nie pojmuję?
Kardynał milczał przez dłuższą chwilę.
- Teraz ludzie giną na potęgę. Człowieka łatwo jest zabić – powiedział wreszcie. – Bardzo łatwo jest to zrobić, kiedy się go nie zna. O wiele trudniej jest to jednak zrobić, kiedy dobrze zna się jego historię.
Kolejarz z wrażenia zaniemówił, chciał coś jeszcze dodać, w stylu, że człowieka można pozbawić życia, ale nie można go zabić, lecz nie mógł wydobyć z siebie głosu. Całkowicie go przytkało, czuł się, jakby na zawsze stracił głos. Wtedy usłyszał strzały, których echo niosło się po wnętrzach świątyni. Kardynał niepostrzeżenie wymknął się z konfesjonału i zniknął za zaciemnionym filarem. Kustosza nie było w zasięgu wzroku. Sid przeklął pod nosem i poderwał się z miejsca. Rozglądał się, ale nikogo podejrzanego nie dostrzegł. Wsunął gazetkę do kieszeni i powoli ruszył w stronę dziadka, który już na niego czekał. Strasznie się przy tym niecierpliwił i denerwował, co nie uszło uwadze żołnierza. Strzały powtórzyły się i żołdak natychmiast odbezpieczył broń.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 20 sty 2018, 20:15 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Załącznik:
2AAA.jpg
2AAA.jpg [ 211.21 KiB | Przeglądany 310 razy ]
Załącznik:
2AA.jpg
2AA.jpg [ 89.8 KiB | Przeglądany 310 razy ]
Załącznik:
Komentarz: S
2A.jpg
2A.jpg [ 128.34 KiB | Przeglądany 310 razy ]


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 20 sty 2018, 20:55 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Kręte i ciasne tunele, prowadzące z katedry do centrum miasta. Idziemy nimi już tak długo i nic. Jakieś tanie historyjki o bezcennych obrazach, skradzionych tuż po II wojnie światowej. Sztuka dla sztuki. Kogo to teraz interesuje? Pewnikiem nikogo.
Podziemny schron, który został przebudowany i zmieniony w parking. Nowy Targ pełen wystraszonych ludzi. Opustoszały i wyludniony plac Solny; podziemny bunkier, który świeci pustkami. Ratusz to już zupełnie co innego; to inna bajka i inny świat. Piwnica Świdnicka stała się miejscem spotkań, gdzie toczą się arcyważne obrady, mające wyłonić nowe władze miejskie. Możni Wrocławia zebrali się tam w jednym celu: każdy z nich chciał być tym pierwszym i najważniejszym. Gotowi zrobić niemal wszystko, żeby osiągnąć cel. Pociąg do władzy, nic dodać i nic ująć. Strachy na lachy, szantaż i obietnice bez pokrycia. Gwarancje nawet dawali? Na Boga, kto w takich czasach może dać komukolwiek jakiekolwiek gwarancje? Tylko wariat wariatowi chyba, nie inaczej.
Gadki szmatki, populizm i urny wyborcze. We łbach się poprzewracało. Pewnikiem tak, bo i nie inaczej. Paciepne polityki, politykierzy gadający ino bez ładu i składu żadnego. Paplanina, jakich mało. Gra w durnia, identycznie jak dawniej. Poszli my stamtąd w trymiga. Ujść z życiem jasna sprawa. Wyszli my na powierzchnię jakiś czas temu i cośmy ujrzeli? Tylko zgliszcza i mgliste, szare niebo bez słońca i bez gwiazd. Zmieszane ze sobą chmury, skrzący się brzask i sczerwieniały zachód, dzień zespolony na zawsze z nocą, i strach widoczny w naszych oczach.
Idziemy po śliskim bruku, wypatrując kropel czarnego deszczu. Lecą z góry, nie lecą. Dopiero, kiedy nikt nie patrzy, dają o sobie znać. Sczeznąć idzie, zemrzeć na amen, niech to szlag. Zdechniemy tu, albo w kanałach, żadna różnica. Niech wreszcie mnie rąbnie, a potem siebie. Koniec końców lepiej nie będzie, po co więc dłużej żyć? Dość już tego, kiedy ziemia ledwo dycha, a człowiek skrył się w tunelach głęboko pod ulicami. Żywot w mroku nikomu nie służy. To zło konieczne, piekielny świat. Czas już na nas. Najlepszy czas ażeby odejść.
Ręki nie przyłożę do takich nowych władz. Na pohybel klakierom zepsutej do szpiku kości polityki. Tylko szarość przed oczami, pojawiająca się i znikająca w mroku ludzka uczciwość. Iskra zamiast światła, żar dogasający w marnym palenisku. Idący milcząco do celu, z płomienną nadzieją w sercu, będący ślepcem nie ugnie się pod naciskiem wielo wzroku. Wiele oczu wpatrzonych w niego, kiedy podąża. Dokąd idzie, nie wiadomo. Dokąd zmierzasz przyjacielu, odpowiedz? Cisza jest dla mnie wymownym znakiem.
Ostatni bastion ludzkości, który utracił księgę ocalenia. Uczelniany bunt. Rektor wszechwiedzy. Wzdychulec. Uniwerek jest ostatnim miejscem, gdzie można jeszcze mieć nadzieję, że świat odżyje i stanie na równe nogi. Zgarbione społeczeństwo, które pręży muskuły i prostuje pochylone plecy. Lepiej jest spoglądać z góry, niż zerkać w górę. To drugie, to jakby patrzeć pod wiatr. Oczy wtedy łzawią i niewiele widać, oj tak. Odnaleźć się i zagubić we własnym świecie, stać się częścią nowego systemu. Nie iść przy tym na skróty. Podążać za głosem serca, gdyż tylko ono zna całą prawdę.
Wielka gościnność, cóż więcej powiedzieć mogę. Niemal jak u mamy. Najprawdziwsza kąpiel, niespodzianka, cudeńko. Burza mózgów i błyskotliwość myśli. Kamuflaż i wróg, który był ci przyjacielem. Wykryć szpiega nie jest rzeczą łatwą, czasami jednak wystarczy do tego przysłowiowy fart. Artefakt i wielka misja. Oni w nas wierzą, my chcemy wierzyć w ich intencje, i w to, że pragną budować, a nie burzyć. Myśli ludzkie skryte w woluminie - prawda, historia i wiele więcej… Prawda o nas samych.
Pułapek bez liku na naszej drodze i zło, które czai się za rogiem. Marsz we trzech, znowu, tak jak dawniej. Pięknie. Czymże byłby świat bez rodzin? Niczym. Rodzina przecie stanowi fundament, jest podporą wszystkiego, na czym powinien opierać się świat. Ja to wiem, niektórzy jednak zapomnieli o tym już dawno temu. Świat nigdy nie będzie lepszy, jeśli my nie będziemy tego chcieli, jeżeli będziemy akceptowali zło. Głos sprzeciwu nie pada. Strach jest silniejszy, nie pozwala na bunt. W jednej chwili świat się zachwiał, a potem popękały fundamenty. Ludzkość ujrzała źródło zagłady. Ludzie do dziś boją się o tym mówić, żeby się to nie powtórzyło. Część z nich poddała się już dawno temu, ale my wciąż walczymy, choć sił coraz mniej i chęci maleją. Węglowe tunele, czarne, jak nie wiem co? Mroczne kanały pełne wilgoci. Ziemia bez słońca. Dżdżystość, czarny deszcz. Niewygodne skafandry na ciele, maski uciskające głowy, broń w gotowości i ciężkie bambetle na plecach. Chwila odpoczynku, a potem marsz w nieznane. Cisza przeszywająca ciało na wskroś, głucha i nieprzyjemna. Szum w uszach. Metaliczny posmak na języku. Zapach żelaza. I znów je słyszymy… bądź co bądź żerujące istoty, kwilące, syczące i warczące na siebie. Krzyk ich ofiar, który po chwili zanika. Tysiące myśli, które plączą się w naszych głowach. Drżące dłonie, a w nich odbezpieczona broń. I ten strach widoczny w naszych oczach, i głos chłopca:
- Boję się, tato. Dziadku, jesteś tam jeszcze?

Rozdział VIII
UNIWERSYTET
Z katedry można było przedostać się podziemnym tunelem wprost do szóstki. Szóstką był bunkier usytuowany na rogu ulic Ładnej i Miłej. Stamtąd mogliby ruszyć prosto do trzynastki, czyli do podziemnego kompleksu stadionu Olimpijskiego, ewentualnie kierować się do siódemki na Żabią Groblę na Niskich Łąkach, bądź do czternastki na Biskupinie. Kolejarz zdecydował jednak inaczej. Powiedział towarzyszowi, że zanim wyruszą gdzieś dalej, najpierw powinni sprawdzić centrum miasta. Wydostali się z archikatedry i znaną im drogą powrócili do hali Targowej i kościołów, skąd potem trafili do podziemnego parkingu pod placem Nowy Targ i w okolicę Rynku. Sid chciał iść prosto na Uniwersytet, ale stary wskazał inną drogę.
- To później - rzekł. - Nie tędy droga.
Wydostali się z tunelu i trafili do ciasnego łącznika, którym przeszli do krótkiego kanału, mozolnie wspinając się po drabince w górę w stronę okrągłego i ciężkiego włazu od kanału. Śluza głucho stuknęła o bruk. Sid wystawił głowę, jego ciemna maska pojawiła się nad powierzchnią. Rozejrzał się dokoła i wtopił wzrok w poniszczone kamienice. Wyszedł z kanału dopiero wtedy, kiedy stwierdził, że nic im nie grozi. Wciągnął plecaki na górę, a potem czekał na dziadka, który ostatkiem sił dotarł do powierzchni. Staruszek wyglądał, jak zdezorientowany kret wynurzający się spod ziemi. Sapał i dyszał, nie mogąc złapać tchu. Usiadł na kostce brukowej. Sid trzymał broń w gotowości. Zerkał po wnękach okiennych pobliskich zabudowań, ale nie dostrzegł żadnego ruchu. Popatrzył niżej, przy murach dostrzegł przebiegające szczury. Znów spojrzał w górę. Miał nadzieję, że zobaczy na niebie jakieś ptaki, ale tylko się rozczarował. Niebo było szare, jakby spopielone. Wyglądało tak, jakby gęste deszczowe chmury na zawsze szczelnie przykryły słońce. Po chwili zrobiło się mglisto. Obeszli wymarły Rynek. W oknach zabytkowych kamienic nie było okien, mury były popękane, a ściany osmolone. Dachu w ogóle nie mogli dostrzec.
- Pewnie go nie było - pomyślał żołdak.
Tam, gdzie kiedyś była pizzeria, a za nią znana księgarnia, były teraz tylko wypalone wnętrza. Sid zerknął do środka, ale nic tam nie było. Tylko czerń. Poszli dalej, minęli dawną cukiernię, po drugiej stronie ujrzeli pozostałości po klubie muzycznym, który w nazwie miał symbol dawnego ustroju. Skręcili w lewo i dostrzegli na murze pordzewiałą tabliczkę, którą stary przetarł rękawicą.
- Wydział Kultury - odczytał ledwo widoczny napis.
Sid spojrzał na ukos od tego miejsca. Spojrzenie umiejscowił tam, gdzie był kościół Garnizonowy, którego górna połowa wieży została zburzona. Nieopodal świątyni leżała sterta gruzu. Poszli w stronę placu Solnego, po drodze minęli fundamenty szklanej fontanny.
- Tylko tyle po niej pozostało - pomyślał kolejarz.
Na rogu skweru stare logo pewnego banku dziwacznie sterczało ze ściany. Na Solnym nie było już straganów z kwiatami, jak dawniej. Przystanęli na moment i obrócili się dokoła siebie.
- Nic, tylko ruina na ruinie - pomyślał Sid. - W cholerę z tym wszystkim.
Dziadek intensywnie wciągał powietrze do płuc. Żołnierz pomyślał, że stary chyba się dusi. Chciał mu nawet pomóc, podtrzymać go, ale kolejarz powiedział, że nic takiego się nie dzieję i że tylko próbuje poczuć się w tym miejscu, tak jak kiedyś. Że znowu pragnie poczuć słodkawy zapach kwiatów. Wzruszył tym towarzysza, który powiedział mu, że to niemożliwe. Jednym krótkim zdaniem przekreślił ulotne marzenie kolejarza. Metaliczny aromat, tylko tyle wyczuwali, zapach blachy.
- Nici z piwka - pomyślał żołdak.
Odnaleźli zejście do dawnej toalety damskiej, a kiedy byli już pod ziemią, natrafili na wąskie przejście do podziemnego schronu, którego nikt nie pilnował. Weszli do środka przez otwarte drzwi, żołdak zapalił lampkę na gnacie i mogli iść dalej. Małe światełko zabawnie skakało po mrocznych ścianach i zakamarkach. Penetrowali puste przestrzenie bunkra, gdzie było gorąco, a ściany pokrywały napisy. Na podłożu kotłowały się różnorakie przedmioty i śmieci. W okresie II wojny światowej mogło tam znaleźć schronienie nawet kilkaset osób. Żołnierz przypomniał sobie opowiadanie, które przeczytał kiedyś na portalu internetowym Trzynasty Schron. Tytuł opowiadania, notabene brzmiał niemal identycznie, jak serwis w necie. Opowiadanie Trzynasty schron nawiązywało do apokalipsy, która nawiedziła Wrocław. Tytułowe miejsce było bunkrem, w którym schował się jego budowniczy. Opowiadanie spowodowało, że na ciele żołdaka pojawiła się gęsia skórka. Nie wierzył w to, że takie coś mogłoby się kiedyś naprawdę zdarzyć. Tamten tekst opowiadał o bolesnej samotności człowieka. Kolejarz wpatrywał się w mroczną poświatę. Sid dał mu zapaloną latarkę, ale dziadek ją zgasił. Cienka strużka intensywnego światła pojawiła się i zniknęła. Podziemia skrywały w sobie wiele pomieszczeń. Za każdym razem, kiedy przechodzili przez jakieś drzwi, serce podchodziło im pod gardło. Bali się, że zza winkla ktoś wyskoczy i skoczy im do oczu, jak przysłowiowy diabeł z pudełka. Ledwo coś widzieli. Kolejarz jednak sprawiał takie wrażenie, że dobrze orientuje się w terenie.
- Szpital, sanitarka, toalety, łazienka, pomieszczenia mieszkalne, kuchnia i magazyny. Wszystko opustoszałe, bez żywej duszy, ani umarlaka - oznajmił żołdak.
Bunkier miał wentylację, jakieś kable zwisały ze ścian.
- Może to wewnętrzne zasilanie? - pomyślał kolejarz. - Za dużo tych może - powiedział, czym tylko wzbudził niepokój u Sida.
Szli jeden za drugim. Jeden wypatrywał zagrożenia przed sobą, drugi pilnował pleców. Kolejarz trzymał broń, którą otrzymał od towarzysza. Był to stary pistolet z obitą rękojeścią i porysowaną lufą, w którym było zaledwie kilka pocisków. Szli w ciszy wzdłuż ścian, a kiedy musieli przeciskać się przez przesmyki i wtapiać w nocne zaułki, myśleli o najgorszym. Kolejarz próbował to zmienić. Chciał przypomnieć sobie zapach jabłek, ten posmak wydał mu się najbardziej polski. Nie wiedział, dlaczego? Tak po prostu było. Możliwym było, że brakowało mu tego cudnego i orzeźwiającego zmysły aromatu. Sid najchętniej napiłby się cydru. Noga za nogą, które niemrawo szły po niepewnym gruncie i które uginały się od zmęczenia pod naporem plecaków. Noga za nogą, żeby iść i byle dalej.
- Przed siebie, gdzie poniosą nogi - powtarzał dziadek. - Byle iść, byle dalej. Byle wciąż iść.
Powrócili na powierzchnię, niczego nie zabierając z podziemnego schronu. Poprawili maski i plecaki i rozejrzeli się na wszystkie strony. Od ulicy Ruskiej nikt nie szedł, bo nie zauważyli tam żadnego ruchu. W dali przy Nabycińskiej stał ciemny i zniszczony budynek. Nie poszli w tamtą stronę. Ruszyli w kierunku Rynku, po drodze mijając zrujnowane wnętrza redakcji miejscowej gazety. Ich oczom ukazał się ratusz. Był pozbawiony wieży oraz zegara i miał częściowo zniszczony dach, a także liczne dziury po ostrzale na bocznych ścianach. Wyglądał tak, jakby jakimś cudem przetrwał nalot i bombardowanie. Straszył swym widokiem, przywoływał wspomnienia i cisnące się na oczy łzy. Ludzie spoglądający nań pogrążeni byli w wielkim smutku. Snuli się tylko ospale w jego stronę. Wyglądało to tak, jak gdyby popadli w apatyczny stan. Minęli wypalone knajpy i kawiarnie, zerknęli też w stronę Oławskiej. Ich wzrok poszybował daleko w kierunku galerii Dominikańskiej. Potem spojrzeli na gruzy domu towarowego Feniks i na kikut połamanego pręgierza, po czym zawrócili i skierowali się do Piwnicy Świdnickiej, mieszczącej się pod ratuszem.
- Sid, to nie wygląda dobrze.
- Taa, nie wygląda. Otwieram drzwi. Ciężkie są, cholernie ciężkie.
- I co? Ruszysz je? Pomóc ci?
- Pomóż, dziadek. Może we dwóch damy radę.
- Posuń się trochę, Sid. Nie ma gdzie złapać – kolejarz macał rękawicą po zdobionym ornamentem drewnie. – Już mam, udało się.
- Dobra. Na trzy.
- Sid, znowu? Żeby nie było, tak jak kiedyś. Z tym twoim na trzy. To zawsze źle wróży.
- Wróży, nie wróży. Dawaj, ciągniemy.
Wierzeje puściły. Rozchylili ciężkie, podwójne wrota, które od środka pokryte były metalem i blachą. Bogate zdobienia drzwi zostały zniszczone. Ponad wejściem były zakratowane okiennice. Zrobili kilka kroków, pojawiły się szerokie schody. Zaczęli po nich ostrożnie schodzić. Sid trzymał gnata przed sobą, kolejarz także w ręce miał broń palną. Świecili latarkami po ścianach. Poszli na lewo i obeszli kolejne sale. Widzieli owalne betonowe, albo ceglane sufity. Czuli się tam tak, jakby poruszali się we wnętrzu ogromnej rury, albo szli tunelem metra. Wszędzie dokoła surowe cegły, bez grama tynku, trochę dalej jakaś zaprawa na powierzchni ścian i niski sufit. Popękana podłoga, gdzieniegdzie ceglana, gdzie indziej kamienista bądź betonowa. Ceglane łuki ponad głowami. Żadnych ludzi, nikogo aż do kolejnej sali. Wcześniej jednak tunel do przetaczania beczek do pobliskiego browaru. Usłyszeli głosy i zobaczyli światło pochodni, kiedy wyszli zza winkla. Na grubych stołach paliły się lampy naftowe, przy ścianach zamocowano pochodnie. Dokoła największego ze stołów na ciężkich, rzeźbionych krzesłach z metalowymi okuciami siedzieli jacyś ludzie. Otaczali ich inni, najprawdopodobniej ochrona. Sid zrobił kilka kroków, wtedy przyskoczyli do niego. Ubrani w zielonkawe skafandry i maski oraz uzbrojeni w strzelby oraz pistolety ochroniarze mierzyli do stojących naprzeciwko nich przybyszów. Sid z kolejarzem znieruchomieli.
- Zamorduję tych niedołęgów i patałachów, którzy mieli pełnić jak należy służbę przed wejściem do obiektu – powiedział któryś z siedzących. - Mogli nas tu wszystkich wystrzelać, jak kaczki. Mieli nas na widelcu, jak widać.
- Poszli pewnie do beczki i zachlali. No, bo co innego? Zniknęli i tyle, a może zostali przez tych tutaj zabici? – któryś dopowiedział.
- Nikogo nie zabiliśmy – powiedział kolejarz.
Ochroniarze szykowali się do strzału. Żołdak mierzył do nich z pistoletu. Sytuacja była patowa.
- Zostawcie ich – powiedział kardynał. – Ja ich znam.
- Jak to? – zapytał wojewoda.
Sędzia i wodniak milczeli, ich sylwetki skryte w półmroku były słabo widoczne.
- Poznałem go po głosie. Był u mnie, pogadaliśmy sobie – wyjaśnił klecha.
- Przyszedłem się wyspowiadać – powiedział kolejarz.
- Jak zwał, tak zwał. Przyszedłeś i już – warknął dostojnik kościelny.
Wojewoda powstał i ukazał swoją wielką tuszę. Był niski i gruby. Na głowie miał czerwoną maskę zdobioną namalowanymi płomieniami ognia. Patrzącym na niego wydawało się, że płoną mu uszy. Skafander zdobiły też domalowany kołnierz koszuli i krawat.
- Przyszli, to niech zostaną – rzekł. – Przydadzą się, w razie pata wskażą zwycięzcę. Potwierdzą prawidłowość głosowania.
- Jakiego głosowania? – zapytał Sid.
- Będziemy wybierać spośród nas prezydenta miasta - powiedział wodniak.
Żołdak wzdrygnął się.
- Po co ta cała szopka pod lufami karabinów?
- Ktoś musi dowodzić tym okrętem – wyjaśnił wodniak.
Sid nie mógł dojrzeć jego twarzy i oczu, słyszał tylko niski głos. Posadzili ich przy stole nieopodal i podali termosy z herbatą z grzybów. Do termosów przymocowane były rurki, które Sid z dziadkiem podłączyli do złączek w maskach. Ktoś zakręcił korbą i na obracającym się winylu zatańczyła diamentowa igła. Najpierw szelest, potem zgrzyt, a po chwili niewyraźna muzyka, która popłynęła w eterze. Rozgorzały rozmowy, Vivaldi rozbrzmiewał w ich tle.
- Co zrobiliście z tutejszymi politykierami? – zapytał stary. – Gdzie są okoliczni mieszkańcy? Dlaczego bunkier pod placem Solnym jest pusty?
Nikt nie odpowiedział na jego pytanie.
- Dlaczego milczycie? Coście im uczynili?
- Zamilcz, człowieku. Twój głos i tak niczego nie zmieni – odezwał się sędzia, kiedy powstał i wyłonił się z cienia. Stał się przez to widoczny. Był wysoki i szczupły, na twarzy miał czarną maskę, a na ciele połyskujący kombinezon, który przypominał togę. W ręce trzymał buławę.
- Będziemy głosowali – oznajmił sąsiad.
- Wojewodo wiem, że spieszno ci do władzy, ale cierpliwości. Najpierw kampania wyborcza, potem dyskusja, a na końcu urna, do której wrzucimy głosy.
Wszyscy spojrzeli na sędziego.
- Urny, wszędzie tylko urny – powiedział kardynał. – Komu one są potrzebne?
- Właśnie, komu? – wtórował mu wielki kupiec.
- O, proszę, zawiązała się koalicja – wtrącił swoje trzy grosze wodniak.
Dyskusje trwały w najlepsze. Kardynał nalegał, żeby zapytać o głos nieobecnego rektora, ale pozostali zignorowali ten pomysł.
- Rektor z kustoszem knują na uniwerku - powiedział sędzia. - Trzeba dobrać im się do skóry.
Wielki kupiec kusił dobrami, które zgromadził w magazynach w różnych częściach miasta. Gwarantował obniżenie cła na handel w mieście, które na razie nie było pobierane. Obiecał poprawę warunków żywieniowych mieszkańców. Kardynał zaproponował przyspieszenie odbudowy Wrocławia, w tym celu postawił na szali życie swoich wyznawców, których wedle jego wyliczeń było kilkadziesiąt tysięcy.
- Tylu ludzi tu nie żyje - skwitował jego wypowiedź sędzia.
On akurat dobrze wiedział, ile to żywych dusz, na co dzień przymierało w mieście głodem.
- Dam wam gwarancje bezpieczeństwa - powiedział.
- Akurat - skwitował jego słowa wodniak. - Ja wam je dam, i wodę wam dam. Ona jest przecież najważniejsza.
- Biały proszek dostaniecie - przekrzykiwał go sędzia.
- Dość - powiedział wojewoda. - Dość już tego.
Umilkli.
- Dam wam gwarancję - rzekł.
- Jakie gwarancje? - dopytywali jeden przez drugiego. - Przecież nie sposób dać jakiekolwiek gwarancje?
- Jestem politykiem, znam się na rządzeniu - odparł.
Wodniak o mało nie pobił się z sędzią, rozdzielali ich strażnicy, którzy stali za nimi. Obaj grozili sobie palcami i straszyli ukrytym wojskiem, które na ich rozkaz mogło zrównać miasto z ziemią.
- Tu już nie ma potrzeby równać czegokolwiek z ziemią - tłumaczył kardynał. - Tu i tak wszyscy żyją w tunelach i bunkrach.
Uformowały się dwa skrzydła. Za sędzią stanął wojewoda, a za wodniakiem wielki kupiec. Kardynał nie stanął za nikim, sam był sobie sterem i okrętem. Pokłóceni ze sobą rozeszli się w różnych kierunkach. Sędzia dysponował opancerzonym pojazdem, był to podrasowany i rozbudowany gazik. Miał też ponoć czołg, a nawet helikopter, ale nikt ich nie widział, więc informacje te traktowane były, jako plotki. Chroniły go też olbrzymie zmutowane owczarki. Wodniak jeździł po mieście czarnym okratowanym karawanem, którego szyby były zabezpieczone blachą. Cienkie prześwity wycięte w blasze służyły za wizjery. Tylko przednia szyba miała szeroką perspektywę. Pozostali nie posiadali pojazdów. Wielki kupiec miał, co prawda motocykl, ale rzadko z niego korzystał. Wszyscy oni mieli spore środki w postaci zapasów cennych rzeczy i znaczne poparcie wśród różnych grup społecznych zamieszkujących tereny wymarłego miasta. Ludzie, którzy próbowali przeżyć pod ziemią, dzielili się na działających w bandach, albo w pojedynkę. Wśród tych drugich byli stalkerzy. Bandy szabrowników kradły, spiskowały i mordowały niemal na każdym kroku. Wśród zdrowych ludzi byli też chorzy, napromieniowani. Trzymali się z boku, ale bez wsparcia najbliższych nie przetrwaliby. W tym pozbawionym litości świecie zdarzały się jeszcze dobrotliwe odruchy i zachowania, takie zanikające ostatki człowieczeństwa. W mieście mieszkały też mutanty, które działały w sposób trudny do przewidzenia. Funkcjonowały najczęściej w stadach i były niezwykle niebezpieczne. Miały wielką siłę i zdolności nadludzkie oraz straszny wygląd. Gra toczyła się nie tylko o sam Wrocław, ale także o Wałbrzych i jego okolice. Ogromne składy węgla kusiły jak diabli.
Sid z kolejarzem skorzystali z zamieszania i wymknęli się z Piwnicy Świdnickiej. Udali się w stronę ulicy Krupniczej, gdzie zeszli do kanału, którym doszli do podziemi klubu sportowego Gwardia, skąd mieli już tylko rzut beretem do sądu.
- Tam nie idziemy - rzekł stary. - Tam już byliśmy. - Sprawdzimy tylko Gwardię i wracamy.
W tunelu prowadzącym do klubu sportowego natknęli się na koty z psimi głowami. Ten niespotykany odgłos, który z siebie wydawały ni to syk, ni miauczenie, ani warczenie, czy też szczekanie w ciemności spowodował, że z miejsca przystanęli. Zapalili latarki i zobaczyli giętkie i gibkie owłosione grzbiety z głowami bulterierów oraz wyszczerzone kły i ślinę kapiącą na mokre podłoże. Kolejarz stał zrezygnowany, kiedy świecił na nie latarką. Sid wyjął obrzyn i bez słowa wypalił. Oberwały i żałośnie skowytały. Te, które nie zginęły, gdzieś uciekły. Poszli wtedy dalej.
Gwardia świeciła pustkami, z parkietu do siatkówki pozostały tylko wióry. Filary były popękane, można było na nich dostrzec spore dziury po pociskach.
- Ławek nie było, zapewne zostały spalone – pomyślał stary.
W szatniach leżały szkielety ludzkie. Na piętrze panował bałagan. Otwierali kolejne drzwi i sprawdzali pomieszczenia, które były puste. Żywej duszy tam nie było. Zwały śmieci i niepotrzebnych klamotów. Nic więcej. Zeszli do piwnicy. Pod prysznicami znaleźli ciała, które uległy częściowemu rozkładowi. W siłowni natknęli się na kolejne szkielety, a na zapleczu dojrzeli istne cmentarzysko. Przedostali się do dawnego klubu muzycznego, w którym nie odnaleźli niczego więcej niż to, co zastali w pomieszczeniach Gwardii. Wydostali się stamtąd i ruszyli w powrotną drogę. W tunelu natknęli się na trupy zmutowanych zwierząt. W kanałach pod Rynkiem niespodziewanie zaatakowało ich stado wielkich szczurów. Nie zdążyli zapalić światła. Walczyli z nimi gołymi rękoma. Życie uratowały im plecaki, którymi w pierwszej chwili się zasłonili. Odwrócili się i zareagowali instynktownie. Żołdak dobył noża i zatopił ostrze w ciele kudłatej pięciokilowej kuli. Pisk, który wtedy usłyszeli spowodował, że pozostałe osobniki odpuściły i uciekły. Żołnierz cisnął trupem gryzonia o ścianę, razem z kolejarzem mieli wtedy mroczki przed oczami.
- Koafiura ci się popsuła – oznajmił kolejarz, któremu wciąż drżał głos.
- Masz, zapal sobie, to przestaniesz tak dygotać i głos ci się poprawi.
- Dobry pomysł, Sid, zapalimy.
Odsunęli maski i odpalili skręty, po czym puścili dymka i powrócili do dysputy.
- Gdzie szukać chłopaka?
- Sid, nie wiem, ale mam nadzieję, że się dowiem, a wtedy i ty będziesz wiedział.
- Nie opuszcza cię pozytywne myślenie, dziadek, to dobrze.
Kolejarz znów się zaciągnął, potem jeszcze raz. Za drugim razem na dłużej przytrzymał dym w płucach.
- Kondotier – rzekł i zacharczał.
Sid pociągnął łyka z menażki, poczuł żar w ustach. Podał ją staremu, potem obaj rozsiedli się wygodnie przy ścianie tunelu.
- Kto taki? – zapytał żołdak.
- Oni wszyscy, sprzedajne gnidy, szkoda słów.
- No, szkoda gadać, dziadek. Zobacz, kto rządzi tym miastem, strach pomyśleć.
Wzięli po kolejnym łyku i zgasili pety. Potem kolejarz się odlał. Ciężko było mu się dostać do gaci, ale jakoś sobie z tym poradził. Kombinezony były niewygodne, ale wystarczająco długo je używali, żeby przywyknąć do niewygody.
- Sempiterna, ot co. To im pokazałem – zaśmiał się kolejarz. – Matuzalemowy wiek mój niech ich nie zmyli.
- Nie no, ruszasz się, jak młodzik. Ja za to, ledwo już się toczę naprzód, stary.
- Oj, Sid, labiedzisz tylko. Nic z tych rzeczy. A ci politykierzy, niedoszli politycy z prawdziwego zdarzenia, tylko sekować potrafią, nic więcej.
- No, tylko to, dziadek, ja cię nie pierdzielę.
- To pokłosie wszystkiego, co złe, Sid. Wszystkiego, co było w dawnej polityce. Najgorszy z nich jest sędzia, to dopiero ramota. Wodniaka nie mogłem rozgryźć. Pozostali są mniej groźni, tak mi się przynajmniej wydaje.
- Podobnie myślę – żołdak potwierdził słowa towarzysza.
- Wielki kupiec?! Och, a cóż to za nazwa, czy też imię? Ale jakie ma za to pakamery.
- Olać ich wszystkich, szkoda nerwów, dziadek. Musimy odnaleźć młodego.
Kolejarz pokiwał głową.
- Święte słowa, przyjacielu. Ty byś się nadał na wodza.
- Wodza?
- Tak, wodza, Sid. Takiego Piłsudskiego na ten przykład. To był prawdziwy bohater. Tu żadna demokracja się nie sprawdzi. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Może później, ale i to jest wątpliwe.
- Aha, dziadek. Może później się sprawdzi.
Po tych słowach zebrali się z ziemi i zabezpieczyli dobytek, poprawili buty, maski, skafandry i założyli na siebie niewygodne plecaki. Plecy odczuły boleśnie ich wagę. Sprawdzili broń, zapasową amunicję oraz źródło światła. Potem poszli dalej. Kolejny krok i następny po nim. Ciężko im się szło, bardzo ciężko, pomimo tego, że wcześniej długo odpoczywali. Byli bardzo zmęczeni, tak bardzo, że nie mieli ochoty dłużej żyć. Zmęczenie psychiczne było najgorsze, gdyż odbierało także siły fizyczne. Ich umysły nie mogły zaznać snu, a jeśli już, to nie tyle, ile by chciały. Czasami godzina płytkiego snu, innym razem dwie godzinki, najczęściej jednak nie spali prawie wcale.
- Tunele, ciemne i ciasne przejścia, wilgotne albo gorące i mroczne, gdzie ludzkie serce łomoce, kiedy wystraszony człowiek idzie przez noc i kiedy znika po nim wszelki ślad - nucił kolejarz. - Kanały pełne dziwactw i wynaturzeń, szczury wielkości kotów i nieznane nauce robactwo. Pełna degrengolada.
- Rusz się wreszcie. Słyszysz? Rusz się, nie przysiadaj, stary.
- Słyszę, słyszę.
- No to chodź, bo zostajesz w tyle.
- Naprawdę zostaję?
- Naprawdę. Boję się, że się w końcu zgubisz.
- Sid, ja znam te przejścia, jak własną kieszeń.
- Znasz, wiem, ale przyznasz, że czasami wszystko ci się plącze?
- Może i tak, skoro tak mówisz.
- No to rusz się.
- No przecież idę.
Ocierali plecakami o chropowate ściany, tu i ówdzie na materiale pojawiły się delikatne przetarcia. Sid podciągnął pasek od ramiączka, aby plecak wyprostował się i ułożył na plecach. Poprawił też klamrę, którą miał zapiętą na brzuchu. Kolejarz najchętniej zrzuciłby z siebie te ciężkie bambetle. Butami rozbryzgiwali wodę na podłożu. Usłyszeli pluśnięcia i plasknięcia. Żołdak poświecił latarką w tamtą stronę, jakiś cień zniknął w mroku. Pomyśleli, że to kot albo szczur, a może i co innego. Ważne, że to coś zniknęło i że zeszło im z drogi. Chyba, że może, gdzieś tam w ciemności, zaczaiło się na nich?
Wzdłuż ściany zwisały jakieś kable. Sid przyjrzał się im, w niektórych miejscach były poprzegryzane. Gołe żyły wystawały z gumowej izolacji. Ktoś się przed nimi poruszył.
- Coś za jeden? - zapytał żołnierz i wycelował w mrok. - Mów!
- Człowiek - padła odpowiedź. - Nie strzelaj, tylko tędy przechodzę.
Strach był wtenczas ogromny, bali się wszyscy, i oni, i on. Nawet Sid, który przywykł już do takich spotkań, nie potraktował tego razu rutynowo. Dobrze wiedział, że nie może stracić czujności, bo wtedy nie przeżyje. Zsunęli plecaki i, trzymając je jednorącz, przeszli wzdłuż prawej ściany. Mocno tarli plecami o kamienie. Intruz przeszedł tuż obok nich, musnęli się po drodze. Kolejarza przeszyły dreszcze. Sid przez cały czas trzymał w ręce gnata i wsłuchiwał się w swój nierówny oddech. Staremu o mało nie wyskoczyło wtedy serce. Światło latarki rozjaśniało mrok zaledwie kilka metrów przed nimi. Bateria słabła z każdą kolejną chwilą i, choć w plecaku mieli zapasową, żaden z nich nie zdecydował się jej poszukać. Pojawiło się błoto pod nogami i betonowe ściany poprowadzone łukiem, pomazane krwią i pomalowane czarną farbą drukarską. Na sufitach były jakieś szyny z metalu, widoczne nity, śruby i coś jakby spód podkładów kolejowych. Dotarli do włazu, który był zamknięty. Tłukli w niego pięściami, żołdak walił kolbą pistoletu. Nikt jednak nie zareagował. Czekali w ciszy i nasłuchiwali, wciąż mając nadzieję. Po jakimś czasie zawrócili. Powrócili do przesmyku i wybrali inną drogę. Tunel, jakby piął się w górę. Odnaleźli przejście, metalowe drzwi, które były uchylone. Za nimi były schody, po których weszli. Wąskim gardłem przedostali się do sąsiadującego z tunelem kanału. Było tam mokro i zimno. Poniemieckie zdobienia, napisy i ornamenty stały się ledwo widoczne. Kostka brukowa, którą ktoś wrzucił do kanału, przeszkadzała im w mozolnym marszu. Kroczyli po niej, nogi obsuwały się wtedy ze śliskich kamieni, a plecak przeginał ciało w jedną stronę. Niejednokrotnie podpierali się gładkich w tym miejscu ścian, żeby nie upaść. Znowu pojawiły się jakieś kable i rury. Kocie ślepia błysnęły w półmroku.
- Gdzie ten właz od uniwerku?
- Sid, on gdzieś tu musi być.
- Lepiej się skup i go znajdź.
Kolejarz pomruczał coś pod nosem, ale żołdak tego nie dosłyszał.
- Pewnie przeklina po swojemu - pomyślał żołnierz. - Klnie z kulturą, wszak to stara szkoła przecież.
Dało się usłyszeć wtedy młody, męski śmiech. Kolejarz nie zwrócił na to uwagi, wciąż szukał włazu.
- Gdzie ta śluza, gdzie ona jest? - gadał sam do siebie. - Gdzieś tu być musi.
Przeszli korytarz wszerz i wzdłuż, ale przejścia nie odnaleźli. Zawrócili i na nowo zbadali kanał od początku.
- Nic, to chyba nie tutaj - powiedział Sid. - Zaraz będziesz mnie niósł na plecach.
Zapanowała cisza. Po jakimś czasie żołdak zaklął siarczyście i dorzucił jeszcze słowo:
- Sklerotyk!
- Sam jesteś sklerotyk - ripostował dziadek.
- To jak to wytłumaczysz?
- Nie wiem, był właz, a teraz go nie ma. Ciekawe?
Odkryli na ścianie grubą warstwę przyschniętej zaprawy, która już się zawiązała i stwardniała.
- Tu był właz - rzekł rozradowany dziadek.
Sid spojrzał na niego z góry.
- Był właz, a teraz go nie ma - skwitował słowa starego.
- Naonczas był tu. Sid, co jaj mam zrobić, kiedy niewiele mogę? Powiedz coś, Sid?
- Co tu mówić? Nie ma, co gadać. Szkoda strzępić język.
- Albowiem tylko tyś jest świetny, tylko tyś najlepszy, tylko, tylko ty… Sid, zrób coś, bo mam już tego wszystkiego dość.
- Weź się w garść i rusz tyłek. Poszukamy innej drogi.
- Innej drogi nie ma, Sid.
- To bez sensu. Skoro innej drogi nie ma, dlaczego zatem ktoś załatał tę dziurę?
- Nie wiem, Sid. To bez sensu.
- Zapalimy?
Kolejarz zrzucił plecak na ziemię, który głucho opadł na podłoże.
- Pewnie, że zapalimy.
- Po calaku, czy po połowie?
- Po całym. Daj po całym. Mamy, co zjeść?
- Głodny jesteś?
- Jestem, a ty nie jesteś?
Sid rozsiadł się wygodnie pod ścianą, o którą oparł plecy. Starał się rozluźnić ciało.
- Nawet o tym dotąd nie pomyślałem – powiedział. – Ale w sumie, to chyba masz rację. Chyba trochę jestem. Masz, zapal sobie.
- Ognia dasz?
- Dam ognia, trzymaj, zasłoń rękami, żeby płomień nie zgasł.
- Już, pali się, wystarczy.
Pykali przez chwilę, jakby palili fajkę, potem zaciągnęli się, ile było sił w płucach. Kolejarz zakasłał, a żołdak uśmiechnął się.
- Pomalutku, bo się zachłyśniesz. Trzymaj konserwę.
- Otworzysz? – poprosił stary.
- Ona ma taki dinks, pociągnij za niego, zroluj kluczykiem, to zdejmiesz pokrywkę.
- A, tu to jest, dobra, już mam, Sid. Kręci się, ejże, a jak pachnie zabójczo…
- Mięsko? Mięsko ci pachnie? Nie wąchaj, tylko zajadaj, stary.
Kolejarz oblizał się, ślina skapnęła mu na kombinezon.
- Zostawię ci trochę?
- No, zostaw.
Maski leżały obok nich, plecaki trochę dalej. Sid położył spluwę na kolanach i złapał za metalowe opakowanie.
- Dobre było – powiedział stary, jak już oddał jedzenie.
- Aha, niezłe mięcho – odparł żołdak, grzebiąc łychą w puszce. – Palce lizać.
- Daj wodę.
- Zaraz, tylko wydostanę. Masz.
- Ełć, ełć, ełć – stary przełykał.
- Stop już, zostaw coś na później.
- Ech, dobra, mokra. Też się napij.
Sid zaśmiał się.
- A jaka ma być, jak nie mokra? Napiję się, żebyś wiedział, ale wódy.
Stary poprawił maskę i zaczął rozmasowywać sobie nogi.
- Wódy nie chcę, i tak już ledwo lezę. Gdybym sobie dziabnął, to bym usnął w kącie.
- Pospałoby się, oj pospało, dziadek.
- Sid, ile ja bym dał za zwykłe wyrko ze świeżą i pachnącą pościelą.
- Marzy ci się poduszka, co?
- No, ciepły jasiek, poducha przyłożona do ucha i kołderka.
- Koniec gadki, czas ruszać, stary.
Sid założył maskę. Wziął oddech, usłyszał głuchy pogłos pod maską. Spojrzał przez szkła ochronne na towarzysza i pokręcił z niezadowolenia głową. Kolejarz miał smutny wzrok.
- Poczekaj, poprawię ci plecak.
Dziadek kręcił się tylko w miejscu. Sid uniósł tobół, który stary miał na plecach.
- Dzięki.
- Lżej?
- Lżej, Sid. Dzięki.
Kolejarz wpatrywał się w plecy towarzysza. Szedł za nim i spoglądał na jego plecak, którego odblask wszyty w materiał błyskał mu przed oczami. Świecili latarkami po ciemnych ścianach. Sid podczas postoju wymienił zużyte baterie. Szli dalej i rozmawiali, ich głos był przytłumiony i zdławiony. Kroki, wiele kroków, dziesiątki, setki, a może nawet tysiące. Wiele tych kroków, o wiele za dużo, jak na nich dwóch. Kolejarz się przewrócił, grzmotnął ciężko o glebę i narobił rumoru. Sid wystraszył się, o mało wtedy nie wystrzelił. Palec zastygł na spuście. Po chwili podał rękę kompanowi i pomógł mu wstać. Ten naprawdę ciężko się potłukł. Sapał i ciężko dyszał, kiedy powłóczył nogami. Miało się wtedy wrażenie, że zamiata nimi resztki z podłogi. W końcu usiadł i postanowił, że nie pójdzie już dalej.
- Nie ma mowy - pomyślał. - Po moim trupie.
Poczuł wtedy silne szarpnięcie, to żołdak złapał go za chabety i pociągnął za sobą. Plecak poleciał w ciemność. Kolejarz podparł się ramieniem o ścianę i zahaczył o wystający z niej twardy pręt. Szarpnął ręką, żeby się uwolnić. Nie udało się. Spróbował jeszcze raz, pręt się poruszył. Dziadek złapał za niego i przekręcił w lewo, coś syknęło i następnie zgrzytnęło, śluza przestała być szczelna. Zaraz potem właz zaskrzypiał i rozchylił się. Poświecili latarkami w pustkę. Spoglądali w ciemność niepewnym wzrokiem. Nic, żadnego ruchu ani odgłosów. Nic, tylko oni, stojący jeden obok drugiego. Sid odszukał ręką kamień, podniósł go do góry i cisnął nim przez śluzę. Kamień spadł na ziemię i cicho zastukał o podłogę. Żaden z nich się nie poruszył, stali tylko i patrzyli przed siebie. Wsłuchiwali się w ślepą pustkę i we własny nierówny oddech. Żołnierz pierwszy wszedł do środka. Sprawdził okolicę i wrócił po plecak, który podał mu kolejarz. Stary ledwo przecisnął się przez otwór, po czym podniósł z podłogi swój tobół. Sid poświecił latarką i spojrzeli sobie w oczy.
- Coś mi się widzi, że to pułapka.
- Pewnikiem tak - odparł dziadek, kiedy zapalił swoją latarkę.
Wolno stawiali kroki. Zmęczonymi oczyma lustrowali puste przestrzenie. Ceglane mury obdarte z tynku, poniszczone i zagrzybione ściany, oraz wilgotna podłoga pod butami. Kolejarz sprawdził czujnikiem promieniowanie, po chwili schował przyrząd i ściągnął maskę. Zaczerpnął powietrze do płuc, trochę go wtedy przytkało, zakręciło mu się w głowie i zakaszlał. Sid go uciszał, nerwowo spoglądając na boki.
- Ciszej - powtarzał. - Trochę ciszej.
Stary poczuł zapach mokrego tynku, a potem pleśni. Wyczuwał duszącą wilgoć. Z powrotem założył maskę na głowę, poprawił tu i tam, bo uwierała. Wąskie piwniczne wnęki przyprawiały o zawrót głowy, nierówne betonowe podłoże skrywało się pod kałużami wody. Gdzieniegdzie wpadali w głębsze dołki i rozbryzgiwali wodę. Wtedy ich serca biły jeszcze mocniej. Strach był z nimi od początku, odkąd pamiętali. Powinni byli się już z nim zaznajomić, może nie zaprzyjaźnić, ale przynajmniej spróbować go zaakceptować. W takich czasach stanowił przecież chleb powszedni i był nieodzowny.
- Tylko wariat się nie boi - często powtarzał kolejarz.
Sid nie zaprzeczył.
- Psychika zdrowego człowieka tak jest skonstruowana, że zawsze powinny zadziałać mechanizmy obronne - tłumaczył żołdakowi.
- I komu ty to mówisz? Przecież wiesz, że jestem nienormalny.
- Sid, w tych czasach nikt nie jest do końca zdrowy, tak czy siak. Nikt, wiesz to przecież.
Przebrnęli przez ciąg piwnic i pakamer i ominęli schody, na które bali się wejść. Szli dalej, aż trafili do dużego pomieszczenia przypominającego suszarnię.
- Pod uniwerkiem ciągnie się prawdziwy labirynt korytarzy i korytarzyków - powiedział młodszy z nich.
- One są nie tylko pod samą uczelnią, ale również pod okolicznymi budynkami i ulicami, młody.
Sid odchrząknął.
- Dla mnie nic nowego odrzekł.
Stanęli przy ścianie i stali tam przez dłuższy czas, ani w lewo, ani w prawo, tylko stali.
- To pułapka.
- Pewnikiem tak, Sid.
Świecili latarkami po podłodze. Panowała cisza, żadnych szmerów, zgrzytów, niczego, tylko cisza. Ciężko oddychali. Sid przypomniał sobie wydarzenia, które rozegrały się na dworcu Głównym. Wziął do ręki kawałek zardzewiałego żelaza i rzucił nim na środek pomieszczenia. Spodziewał się jakiejś reakcji, czegoś, czegokolwiek. Był tego niemal pewny. Nic się jednak nie stało. Podniósł, więc drugi kawałek żelastwa i cisnął nim trochę dalej. Wtedy coś zaskrzypiało, a potem zazgrzytało. Zżż, usłyszeli. Jakby jakaś prasa hydrauliczna zadziałała, czy coś podobnego. Coś pneumatycznego, albo sprawiającego podobne wrażenie. I to uderzenie na sam koniec, jakby zawarły się szczęki ogromnego imadła. Poświecili latarkami w tamtą stronę, ale niczego nie dostrzegli.
- O, w mordę - rzekł Sid. - Cóż to było?
Kolejarz przylgnął do ściany.
- Ja tam nie idę - odrzekł.
Stali tak jeszcze długo, nie mogąc się poruszyć. Patrzyli w próżnię i ledwo podświetloną strugą nikłego światła nicość, która przed nimi narosła. I teraz takie mieli wrażenie, że jeszcze ożyła i że szła ku nim oraz sposobiła się do zadania miażdżącego ciosu. Zżż, zaraz zapewne usłyszą ostatni już raz. Nogi zrobiły im się miękkie, jak z waty.
Kolejarz modlił się w myślach. Sid rzucał przed siebie, czym popadnie. To, co namacał ręką, zaraz odrzucił. Usłyszał świst liny, dźwięk tłukącego się szkła i uderzenie kamieniem o kamień.
- Pomysłowe te dzieciaki - pomyślał. - Ej, jest tu kto? Ejże - zawołał. - Jesteśmy pokojowo nastawieni, nie szukamy zaczepki. Nie szukamy zwady. Szukamy chłopca. Wyjątkowego chłopca, o niespotykanym głosie. Pomóżcie nam…
Sid słyszał jeszcze przez chwilę echo wypowiedzianych słów. Nagle pojawiło się ledwo widoczne światełko na drugim krańcu pomieszczenia. Nieduże i jasnoniebieskie, które przesuwało się w ich stronę i które rosło w oczach. Zatrzymało się wreszcie i pojaśniało, ale wtedy za nim pojawiło się drugie takie i jeszcze trzecie. Po jakimś czasie piwnica stała się dobrze widoczna. Pojawiły się szelesty, następnie słychać było czyjeś kroki i tupot wielu butów. Usłyszeli też głosy.
- Powiadacie, że chłopca szukacie?
Sid odkaszlnął, chciał splunąć, lecz w ostatniej chwili przypomniał sobie, że ma na głowie maskę. Połknął ślinę.
- Chłopca o wyjątkowym głosie, o takiego – pokazał ręką wzrost dziecka.
- Po cóż takiego go szukacie? W czym wam on pomóc może?
- W niczym. To rodzina – powiedział niepewnym głosem kolejarz. – Szukamy go, bo tęsknimy za nim.
- Odwagi nabrałeś – bąknął żołdak. – Może trzeba mu jakoś pomóc – powiedział już głośniej.
- To ładnie z waszej strony. To rzadkie w tych czasach, raczej odosobnione zachowanie.
- Wyalienowane – dopowiedział żołnierz.
- Sid?!
- No dobra już, dziadek, masz rację. Już milczę.
Niewidzialny dla przybyszów głos oznajmił rzecz następującą:
- Idźcie tym korytarzem, tylko nie przekraczajcie granic. Granice zawsze są nienaruszalne.
Wtedy na podłodze dało się zauważyć dwie fosforyzujące linie, które wyznaczały dróżkę.
- Ja po tym nie pójdę – oznajmił kolejarz. – Za żadne skarby świata.
Sid tylko dumał.
- Nie bójcie się, jakbyśmy chcieli was zabić, już dawno byście nie żyli.
- Mamy ci zaufać? – zapytał Sid.
- Musicie, inaczej byście tu nie przyszli. Wasz wybór, wasza decyzja i wasze ryzyko.
- Zawsze możemy zawrócić – powiedział Sid.
- Możecie, ale wtedy się nie dowiecie. Droga wolna.
Żołdak szturchnął dziadka, żeby się ruszył, ale ten twardo stał, jakby nogi wmurowało mu w podłoże.
- No idź rzesz, dziadek.
- Sam sobie idź. Głupiego szuka. Sam idź pierwszy.
- Pójdę, żebyś wiedział.
- No to idź.
- A pójdziesz za mną?
- Jeszcze nie wiem.
- Mów, bo nie idę.
- Pewnikiem pójdę, nie gorączkuj się tak, Sid.
- To idę, a ty idź za mną.
- Dobra, tylko idź już, bo cię podepczę.
- Idę, dziadek.
- I ja idę.
- Idziesz za mną?
- Tak Sid, idę. Nie słychać?
Uważnie stawiali nogi na niepewnym podłożu i pilnowali, żeby nie przekroczyć wyznaczonych granic. Linie były słabo widoczne i pomału zanikały. Weszli do kolejnego ciemnego pomieszczenia, gdzie zauważyli wpatrzone w nich oczy. Wiele oczu, które diabelsko połyskiwały w mroku.
- Nie stawajcie - powiedział przewodnik.
Zrobili, jak kazał. Trafili do kolejnego labiryntu wąskich korytarzy i niedużych pomieszczeń.
- To część magazynowa - usłyszeli.
Był tam skład wody pitnej, którą czerpano z podziemnej studni. Była oczyszczalnia ścieków, filtry do oczyszczania wody i powietrza. Stosy konserw równo poukładanych na półkach wielkich regałów, paczki z mąką, kaszą, cukrem i ziołową herbatą. Kopce ziemniaków oraz hałdy jabłek. Suszone i wędzone mięso. Suszone owoce i warzywa. Weki. Sid nie dowierzał, kiedy na to wszystko patrzył.
- To jakieś zwidy - pomyślał.
Następnie trafili na podziemny szpital, gdzie na polowych łóżkach i materacach leżeli chorzy ludzie. Przewodnik wyjaśnił, że uczelnia dysponuje bogatym zaopatrzeniem w leki, a w skład personelu medycznego wchodzi kilku dyplomowanych doktorów i pielęgniarek. Kolejarz przyglądał się wiszącym nad głowami chorych kroplówkom. Pomieszczenie w odróżnieniu od poprzedniego było czyste, schludne i zabezpieczone specjalnymi osłonami antybakteryjnymi. Dodatkowo w rogach sali szpitalnej stały otwarte pojemniki z roztworem antybakteryjnym, który się ulatniał. Podobno była tam też sala operacyjna, ale tego już nie sprawdzili wzrokowo. Część pomieszczeń przerobiono na pokoje mieszkalne, do których miały dostęp pary z potomstwem. Pozostali mieszkali w grupach w hostelach w obrębie uniwerku, zarówno pod ziemią, jak i na piętrach. Wszyscy pracowali na rzecz uczelni, dbali o nią i o jej bezpieczeństwo. Dbali o rozwój obiektu, angażowali się w nauczanie, szkolili i budowali. Tworzyli miejsca pracy, struktury społeczne, kodeksy i regulaminy, których później przestrzegali. Woleli budować niż burzyć. Nie rób drugiemu tego, co tobie niemiłe, to hasło było nadrzędne. Hasło, które stało się później nową ideą i myślą przewodnią. Stare jak świat, ale jakże jednocześnie nowe i rzadko dotąd respektowane. Mieli swój mały dekalog. Uniwerek miał też swoją straż uniwersytecką, uzbrojoną i gotową oddać życie za bezpieczeństwo mieszkańców kompleksu akademickiego. Całością zarządzał rektor, którego wspierał kustosz z muzeum Narodowego, oraz rada uniwersytecka. Obradowali w Auli Leopoldina, reprezentacyjnej barokowej auli głównego gmachu. Dekoracje, sufit pokryty freskami, rzeźby drewniane, marmurowe płyty na podłodze i oszałamiające wnętrza, częściowo zniszczone po wybuchu, które nadal stanowiły namiastkę siły i wielkości człowieka.
„Siła tkwi w silnej jednostce, która swą siłą wzmacnia inną jednostkę. Suma tychże sił jednostek ludzkich, tworzy kompletny organizm, a każda z poszczególnych dusz, stanowi masę krytyczną”, to usłyszeli Sid z kolejarzem od przewodnika. Żołdak wyczuwał, że uczelnia była wyjątkowym miejscem. Stary dobrze wiedział, że stacja uniwerek była bardzo ważna dla mieszkańców miasta. Przeczuwał, że losy wrocławian rozstrzygną się właśnie tutaj. Weszli do kolejnej ciemnej piwnicy i poszli za przewodnikiem. Starali się równo stawiać kroki, tak jakby to nie trzy osoby szły, a jedna, przed którą to poruszał się podłużny cień i cień tego cienia. Tak właśnie to widział żołnierz. Panowała cisza. Słyszeli swoje wzmożone oddechy. Słyszeli własne myśli. W pewnej chwili coś stuknęło o podłogę w mroku w dali. Usłyszeli kroki, szelest i rumor w kącie naprzeciwko. Potem znowu zapanowała cisza. Wstrzymali oddech. Wtedy ktoś ryknął pustym śmiechem. Przewodnik od razu gdzieś zniknął. Śmiech się powtórzył. Przewodnik odnalazł się. Sid widział jego cień na ścianie, nikłe światło, które napływało nie wiadomo skąd. Wsłuchiwali się w dziecięcy rechot, który z każdą kolejną chwilą rósł w siłę, stając się pełnym diabelskości skowytem i prześmiewczym rykiem. Chichot nie ustawał. Mężczyźni niczym zahipnotyzowani wsłuchiwali się w słodki i jednocześnie przerażający głos. Kolejarz już dawno nie słyszał śmiechu, a ten był wyjątkowy, prawdziwy i szczery. W mrocznym świecie skazanym na zagładę jawił się, jako głos samego Boga. Był niczym pierwiosnek, który przebił się przez zwały topniejącego śniegu. Słoneczny, ciepły, jasny, radosny, wręcz niewinny i proroczy. Dziadek próbował odnaleźć właściwe słowo, które pasowałoby do tego, co słyszał. Nie mógł się na nic zdecydować. Nie mógł wybrać. Sid także wsłuchiwał się w hipnotyczny śmiech dziecka. Mijały kolejne minuty, a oni wciąż stali w tym samym miejscu. W końcu cienie na ścianie poruszyły się, znaczyło to, że mężczyźni ruszyli za przewodnikiem. Kilka kroków w nicości. Śmiech po chwili zaniknął. Pojaśniało niespodziewanie i pojawiły się błyskające pochodnie, pasma dymu unoszące się w stronę sufitu, wywołujące straszne skojarzenia, i wielopalczaste cienie.
- Tumiwisizm – powiedział Sid.
- Nic z tych rzeczy, Sid. Nic z tych rzeczy. Nie bądź trywialny. Pielesze, tylko one przychodzą mi teraz na myśl. Tylko pielesze. Czuję się tu, jak u siebie w domu.
- Guzik prawda.
- Oj tam, zaraz guzik prawda. Ja mówię, że to dom wszystkich ludzi.
Żołnierz spojrzał na przewodnika, który stał do niego tyłem.
- A ty, jak myślisz?
Znajomy głos powrócił.
- Szukaliście mnie, oto jestem.
Był to głos melodyjny, silny, znajomo brzmiący i fascynujący. Sid się zasłuchał, a dziadek, jakby oniemiał. Wypowiedział po chwili jedno krótkie słowo:
- Wnuczek.
- Wiedziałem, że po mnie przyjdziecie – odparł dzieciak. - Właściwie to nie wiedziałem, ale tak przeczuwałem. I nie zawiodłem się. Powiedziałem im, że przyjdziecie i zapytacie o mnie. I tak się stało, bo przyszliście i zapytaliście.
- Jezderkusie! Toż to wnuk nasz powrócił.
- Nasz? – zapytał żołdak. - Jakie nasz? Gadaj za siebie.
- No pewnie, że nasz, bo niby czyj? Przyjdźże tu, no szybko i się przywitaj. Strasznie się za tobą stęskniłem. Podejdźże już, no już.
- Idę, idę, też się stęskniłem.
Wpadli sobie w ramiona. Kolejarz cały drżał, kiedy chłopak podtrzymywał go swoim ciałem.
- Bo się zaraz rozkleję – rzekł skonfundowany żołnierz. – Tkliwe powitanie.
- Ciesz się, dzieciak się znalazł. To wspaniała chwila – wydyszał stary. Miał mokre oczy.
- Cieszę się, kurna. Nie widać? Przecież, że się cieszę.
Sid przybił piątkę z chłopakiem, potem pogroził mu palcem. Chwilę później wpadli sobie w ramiona.
- Gadaj mi prędko, jak to się wszystko stało, no wiesz. No mówże już, tylko prawdę. No mów, synu.
- Dobrze, Sid. Dobrze, już mówię. Już mówię… tato. Wtedy wszystko działo się tak szybko. W sumie, to nawet nie wiem, co się w ogóle stało. Ziemia się zatrzęsła, coś spadło tuż obok mnie, coś przeleciało obok mojej głowy. Zakręciło mi się w głowie. Kiedy się ocknąłem, ktoś ciągnął mnie na wózku, którego kółka stukały na nierównym podłożu. Trzęsło mną, jak cholera i podskakiwałem na każdym kamyku. Myślałem, że wiozą mnie prosto do spiżarni, że ubiją, jak wieprzka i zawisnę na haku. Nie daj Boże, myślałem, żeby żarli mnie na żywca. Pożeranie żywych tkanek, co dla niektórych stanowi prawdziwy rarytas, tak mi mówili dawno temu napotkani ludzie. Trafiłem jednak nie do gara, tylko tu. Z początku nie wiedziałem, gdzie jestem, ale gdy zobaczyłem tysiące książek, buźka uśmiechnęła mi się od ucha do ucha.
- Widziałeś woluminy uczelni? Byłeś w Bibliotece Uniwersyteckiej?
Chłopiec spojrzał na dziadka.
- Byłem. Widziałem setki dzieł.
- Dotykałeś ich, przeglądałeś? Wąchałeś?
Sid wtrącił swoje trzy grosze.
- Wąchać książki, też mi coś. Bez przesady. Może jeszcze je jeść?
Zignorowali jego docinkę.
- Nie, nie pozwolili mi dotknąć żadnej z nich. Mogłem tylko na nie patrzeć.
- Szczęściarz z ciebie, pozazdrościć, chłopcze.
- Powiedzieli, że książki są gwarancją. Gwarancją przetrwania rasy ludzkiej. To w nich zapisana jest prawdziwa historia człowieka. Tak mi powiedzieli.
- I mieli rację. Historia człowieka i życia, trzeba by jeszcze dodać. Książki nas ocalą. Ocalą na pewno, bo jak wszystkie spłoną i zmarnieją, to my wraz z nimi.
Chłopiec uśmiechnął się, a potem zapytał:
- To nie pokarm i woda są dla nas najważniejsze? To nie one nas ocalą, dziadku?
- Biblijna manna, powiadasz. One też, ale bez książek nie będziemy wiedzieli, jak wytworzyć to i owo. Bez nich nie odbudujemy świata.
- Jest jedna cenna księga, którą rada uczelni chciałaby odzyskać.
Kolejarz zerknął podejrzliwie na chłopca.
- Odzyskać?
- Tu też pełno złodziei, co? Tylko się człowiek odwróci i już coś ginie. Chwila nieuwagi i masz babo placek – wtrącił Sid. – Nieszczęście gotowe.
- Podobno – chłopiec ściszył głos. – Podobno jest tu szpieg, przynajmniej tak twierdzą władze uczelni. Zginęła cenna księga, ktoś ją wykradł z biblioteki.
Kolejarz zamyślił się.
- Co to za księga? – zapytał żołdak.
- Nie wiem, nie chcą powiedzieć. Ponoć najważniejsza.
Sid oparł plecy o ścianę. Najchętniej usiadłby na betonowej podłodze, ale potem nie podniósłby się już ze zmęczenia. Nie dałby rady. Kolejarz grzebał w plecaku.
- Uratowali cię, ale dlaczego?
- Sid, po co go męczysz? Przecież to teraz nieistotne.
- Męczę, nie męczę. Chcę wiedzieć i już.
- Usłyszeli mój głos i wiedzieli. Tak mi potem wyjaśnili. To nie mutacja, usłyszałem. To dar. Najprawdziwszy dar. Nie można go zmarnować. Mój głos mnie ocalił.
- I to wszystko?
- Niby tak, niby tylko tyle.
Popatrzyli tylko po sobie.
- Wyczekiwali nas, prawda? Mnie, kolejarza, czyż nie tak?
- Wyczekiwali. Prawda. Ja też was wypatrywałem, tato.
- Dlaczego?
Kolejarz zadał jedno proste, krótkie pytanie, jakich wiele już słyszał w swoim życiu. Dziwnym trafem jednak niemal za każdym razem odpowiedź na tak zadane pytanie sprawiała odpowiadającemu nie lada kłopot. Jedno proste pytanie, które sprawiało aż tyle problemów.
- Łatwo jest w życiu pytać, gorzej już z tymi odpowiedziami - pomyślał stary. - Ruszyć głową też trzeba umieć.
- Mają do was interes. Prośbę, znaczy się mają – rzekł młokos.
- Zamieniam się w słuch.
- Mnie to też zaintrygowało – odrzekł kolejarz.
- Słuchajcie mnie zatem.
- Słuchamy.
- Słuchamy, nie może być inaczej.
- Powiedziałem im, że jesteście wyjątkowi, mianowicie to, że dziadek zna podziemne tunele Wrocławia i potrafi zrobić ich mapę. Co się zaś tyczy tatuśka, to powiedziałem im, że drugiego tak odważnego człowieka, jak on dotąd nie spotkałem.
- Chojraka chyba – wtrącił żołnierz.
- Cwaniaka – podrzucił trafne słowo kolejarz.
Sid spojrzał na niego gniewnym wzrokiem, chłopiec mówił dalej:
- Powiedzieli, że to skarb najprawdziwszy. Znaczy się to, że mnie odnaleźli. Mój głos i wasze umiejętności, i coś tam jeszcze, ale niewiele z tamtego wszystkiego zrozumiałem. Coś o jakiejś trójcy mówili i wertowali księgi. Powiedzieli, że muszą odzyskać to, co utracili, ale wpierw muszą znać drogę.
- Ten wolumin chcą odzyskać?
- Tak, o to im chodzi.
Sid nie wytrzymał i wtrącił się do rozmowy.
- Mam leźć gdzieś i szukać jakiejś książeczki? O, co to, to nie. Nie ma mowy. Za żadne skarby świata. Nie ruszam się stąd i tyle. A ty, tej mapy im nie rób, bo potem wykorzystają to przeciw nam – zwrócił się do starego.
Kolejarz nic nie powiedział, tylko myślał. Marszczył przy tym brwi, ale oni tego nie widzieli. Dziadka pobolewała głowa.
- To im właśnie powiedziałem. To, że to olejecie. Wiecie, co odpowiedzieli?
- Mnie to nawet nie interesi – rzucił Sid. – Mowa trawa.
- Powiedz, nie słuchaj go. Powiedz mi.
Chłopiec popatrzył na dziadka.
- Powiedzieli, żebym się tym nie martwił. Powiedzieli, że zrozumiecie.
- Orzesz ty jeden… Orzesz w mordę!
- Sid, daj spokój. Może oni dobrze mówią. Może wiedzą lepiej.
- To sobie rysuj tę mapę i w ogóle rób, co sobie chcesz. Mnie w to nie mieszaj. Nidzie nie lezę, mam inne plany.
- Plany, plany. Ciesz się, że znaleźliśmy chłopca. Nareszcie w komplecie. Człowiek żyje obok człowieka i nie myśli o tym, co będzie, kiedy tego drugiego zabraknie. Nie cieszy się wspólnie spędzonym czasem i wspólnym przeżywaniem życia. Wciąż czegoś szuka, czegoś dla siebie, tylko ja i ja…
- Wtedy zostanie sam – wtrącił żołdak. – Wtedy, kiedy tego drugiego człowieka zabraknie.
- Dobrze prawisz, mój panie. Wtedy właśnie zrozumie ile stracił, i to, że czasu nie sposób zatrzymać, ani cofnąć. Nie da się już przywrócić tego, co było.
- Pozostaną wspomnienia – powiedział chłopiec.
Kolejarz objął go ramieniem i przytulił do siebie.
- Wspomnienia to piękna rzecz, należycie trzeba je traktować. Pielęgnować, celebrować, poświęcać im czas i ożywiać na nowo. Wspomnienia są tak samo ważne, jak książki. Jedne i drugie pobudzają wyobraźnię i zmuszają do myślenia. Warto o nie walczyć. Warto, Sid. Naprawdę warto.
- Wiem. Tak tylko mówiłem. Wnerwiłem się i już, ale rozumiem to, co mówisz. Tak właśnie jest, nie inaczej. Przybij piątkę, młody. No daj piątkę i żółwika. O, super.
Chłopiec przybił piątkę z żołnierzem, a potem dał mu jeszcze żółwika. Dziadek przyglądał im się z zaciekawieniem.
- Piątka, dziadek. Wyciągnij rękę i puknij w moją. Widziałeś jak.
- Widziałem, zatem piątka.
- I żółwik, dziadek.
- I żółwik. Tak dobrze?
Chłopiec roześmiał się. Jego śmiech spowodował radość u dziadka. To zadowolenie udzieliło się także Sidowi, wywołało u niego przedziwny i przezabawny ni to skowyt, ni śmiech. Charczał, kaszlał, dławił się, zanosił śmiechem, burczał i rechotał. Takiego śmiechu chłopiec z kolejarzem nigdy nie słyszeli.
- Człowiek rodzi się w bólach i w bólach umiera – powiedział stary. - Ale życie także jest pełne bólu… Abstrahując od wszystkiego, nawet od śmiechu można dostać bólu. Bólu brzucha.
- No to prowadź, synu. Prowadź nas prosto do rektora. Musimy coś omówić.
- Zdziwicie się, jak go ujrzycie.
Sid zerknął na kolejarza, po czym poprawił bambetle.
- Lubimy się dziwić – powiedział. – To takie ekscytujące – puścił jeszcze oko do starego, który potwierdził słowa towarzysza wyraźnym skinieniem głowy i lekkim odchrząknięciem, co to je powtórzył ze dwa razy.
Zanim trafili do rektora, musieli zdać broń. Sid głośno protestował i straszył wszystkich tam obecnych, ale po namowach kolejarza i chłopca odpuścił i dał się rozbroić. Miał skwaszoną minę, którą dobrze było widać, gdyż wcześniej zdjął maskę. W lekkim świetle pochodni jego ogorzała i zarośnięta twarz na tle tejże miny wyglądała dość zabawnie. Zabawnie albo upiornie, o czym nie zapomniał wspomnieć dziadek. Żołdak zignorował jego słowa. Zwiedzili główny budynek uczelni i pobliskie zabudowania. Poznali przy tym wielu ludzi, którzy szczerze ich pozdrawiali. Trafili do łaźni, gdzie mogli się wykąpać. Bale z ciepłą wodą już na nich czekały.
- Wskakujcie - powiedział chłopiec. - No już, bez krępacji, bo wystygnie. Odświeżycie się i odprężycie. A ja do kąpieli wejdę ostatni wtedy, kiedy woda będzie zimna.
Był to przytyk skierowany tylko i wyłącznie do Sida, który w mig skojarzył fakty i przypomniał sobie stare dzieje i dawne grzechy. Uśmiechnął się zuchwale do chłopaka.
- Wcale cię tam nie wpuścimy – powiedział. - A jak będzie trzeba, to całą wodę wychlapiemy, rozumiesz młody?
Najszybciej, jak się tylko dało starali się pozbyć odzienia i ekwipunku, a potem, jak ich pan Bóg stworzył weszli jeden po drugim do ciepłej wody. Zanurzyli się w niej po sam czubek głowy, tak jakby uczestniczyli w chrzcie. Woda przyjemnie obmywała ich zmęczone ciała, relaksowała i usypiała. Zaczęli ziewać jeden przez drugiego. Sid będąc w zanurzeniu, otworzył na chwilę oczy. Zrobił to tak, jak robił to już wielokrotnie w rozmaitych morzach i oceanach. Nie dostrzegł jednak rafy koralowej, czystego błękitu i ryb. Ujrzał za to szklistą ciemność i przejmujący mrok w toni, nic więcej. I ten blaszany pogłos, kiedy stukał w ściany, będąc pod wodą. Metaliczny odgłos pod powierzchnią, oraz metaliczny posmak powyżej lustra wody. I utracone na zawsze marzenia, niczym wyłamane żelazne wierzeje, z których sypała się rdza. Długo moczyli stare gnaty, chłopca wciągnęli do środka niemal siłą, kiedy ten się bronił i tłumaczył im, że jest czysty i że sobie ot tak, po prostu żartował. Wyszorowali sobie wzajemnie plecy. Były śmichy-chichy, było wspaniale. Przez dłuższą chwilę myślami byli gdzie indziej.
Wyszli z wody i zstąpili na suchy grunt, nadzy i oczyszczeni. Włożyli na siebie skafandry, niczym szaty królewskie. W połowie jasność i mrok, oczy z trudem przyzwyczajały się do zmiennych warunków panujących w pomieszczeniu. Zrobili mały krok naprzód, który był zaledwie wstępem do preludium.
- Strach, niepewność i słabość nagle ustąpiły. W duszy melodia zagrała, najczystsza i najpiękniejsza. Wreszcie uwierzyliśmy, słabość przekuliśmy w siłę. Lęk przepadł na zawsze - wierszował kolejarz.
W Auli Leopoldina czekała na nich rada uczelni. Zostali poczęstowani chlebem i czerwonym winem. Radnymi byli wykładowcy w stopniu profesora zwyczajnego różnych specjalności i dziedzin. Wyrazili oni swoje uznanie dla przybyłych i szczerze ich powitali.
- Nasz dom niech będzie waszym domem - rzekli na wstępie.
Kolejarz był pod dużym wrażeniem przyjęcia, poziomu rozmowy i sposobu zarządzania uniwerkiem. Zostały omówione najważniejsze sprawy, a przybysze poznali historię uczelni i plany na najbliższą przyszłość. O dalszej przyszłości na razie nie mogło być mowy. Każdy z nich coś tam sobie myślał, ale bali się o tym debatować publicznie, żeby nie zapeszyć. Był wśród nich jeden, który nie bał się o tym mówić publicznie. Był nim rektor. Przygasły lampy sodowe i naftowe, kiedy wszedł do środka. Buchnął ogień pochodni, kiedy szedł środkiem w stronę centralnego miejsca. Pochodnie były zabezpieczone i właściwie zamocowane, tak żeby nie zniszczyć zabytkowej sali. Panowała cisza, kiedy stąpał po twardym podłożu, a czynił to niezwykle lekko. Wyglądało to tak, jakby nie szedł, a płynął w powietrzu. Miał na sobie białą szatę, którą zdjął, a gdy podszedł bliżej, ujrzeli jego młodzieńcze rysy twarzy. Długie włosy spływały mu na ramiona. Był bardzo młody, za młody jak na profesora, czy choćby doktora. Jak to się stało, zatem, że ktoś taki stał się rektorem? Miał na sobie białą koszulę, której guzik pod szyją był rozpięty, i czarne spodnie, oraz twarz pokrytą lekkim zarostem. Miał niebieskie oczy, błękitne, lazurowe. Miało się wrażenie, że zmieniają się za każdym razem, kiedy tylko opuszczał i podnosił powieki.
- Jezu Chryste - pomyślał kolejarz.
- Orzesz ty w mordę - rzekł bezmyślnie żołdak.
Chłopiec nic nie powiedział, tylko patrzył. Było ich tam w sumie trzynastu, rektor i ich dwunastu, w tym dziewięciu radnych.
- On jeden i ich dwunastu, wymowne - wyszeptał dziadek.
Potem rektor przemówił do nich i wtedy wszystko stało się jasne. Przekonał ich trzech, sam jeden. Dał im wskazówki. Mieli iść za głosem serca. Kim był? Człowiekiem, jak oni wszyscy. Wybranym, przyszłym królem, przywódcą. Przeszedł wiele testów, zachwycił wykładowców. Był odważny i silny, ale przy tym dobry i wrażliwy. Nigdy nie prosił o nic dla siebie. Oni wiedzieli, że to najlepszy wybór. Chronili go po to, żeby on kiedyś ochronił ich i żeby ocalił człowieka. Teraz miał się szkolić. Musiał się uczyć. Do dyspozycji miał całą wiedzę zawartą w książkach i w umysłach profesorów. Brakowało mu tylko jednego niezwykle cennego woluminu.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 25 sty 2018, 16:19 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Załącznik:
11C.jpg
11C.jpg [ 28.26 KiB | Przeglądany 272 razy ]
Załącznik:
11B.jpg
11B.jpg [ 26.49 KiB | Przeglądany 272 razy ]
Załącznik:
11A.jpg
11A.jpg [ 33.53 KiB | Przeglądany 272 razy ]


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 25 sty 2018, 16:36 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Mówią, że zdrowie jest najważniejsze w życiu, ale ja się z tym nie zgadzam. Wiem, że jest ważne, ale myślę sobie, że jest jeszcze coś ważniejszego, mianowicie czas. Czas wydaje mi się najważniejszy w życiu. Mamy go niezwykle mało. Na ogół nie dociera do nas, że dobiega już końca. Nie zauważamy tego, a kiedy jest już za późno, wiele rzeczy robimy po łebkach, żeby nadrobić stracony czas, jak mawiamy.
„Czas ucieka nam przez palce”, czy „twój czas się skończył”, to częste stwierdzenia. „Czas leczy rany”, chyba najpopularniejsze z powiedzeń. Tyle o czasie, resztę każdy z nas sam już sobie dopowie. Nie chcę wyjść na snoba i mądralę. Czas już z tym skończyć.
Idziemy dalej, czasem przystajemy, żeby złapać oddech, napić się i zjeść coś. Potem dalszy marsz, czasem krótki sen. Pojawiają się wtedy sny: różne, dziwne i przerażające. Śnią się nam wypadające zęby, śmierć i wojny. Wybudzamy się wzajemnie z tych koszmarów, dziękując w duchu, że to tylko senna mara. Ale jak to tak, kiedy tunele pełne są okrutników? Mordercze mutanty skrywają się w mroku. Częstym snem, który pojawia się w mojej głowie jest motyw kluczy. Śnią mi się całe ich pęki, najczęściej szukam wtedy tego właściwego, pasującego do zamkniętych na klucz drzwi. Zło jest blisko mnie, wyciąga łapy w moim kierunku, ale co z tego? Nie zwracam na to uwagi, tylko wciąż szukam. Zawsze szukam właściwego klucza, cokolwiek miałoby to znaczyć. Wiem, że dobry może być tylko jeden. Stąd tak wiele pomyłek spotyka nas w życiu. Przydałby się taki klucznik, co to by nam wskazał odpowiedni klucz do napotkanych na drodze drzwi. Albo klucz uniwersalny, którym można by otworzyć każde wierzeje.
Stacje kolejowe i bunkry. Tunele pod dworcami. Podziemne metro, którego cząstkę, namiastkę napotkaliśmy na naszej drodze. Fabryki poniemieckie, magazyny, podziemne lotnisko, to nie mit, tylko najprawdziwsza prawda. Miasto pod miastem. Podziemny Wrocław pełen niespodzianek, gdzie batalia o życie nigdy się nie kończy; gdzie dzień miesza się z nocą, a hałas z ciszą. Krzyki umierających, pożeranych żywcem, czy też gwałconych i skalpowanych, niemal nigdy się nie kończą. Te krótkie pauzy z ciszy są wtedy wybawieniem.
Chciałbym umieć pozbawić ich życia, przyjaciół, najbliższych, ale to nie takie proste. Lepiej tak, niż mieliby trafić w łapy popromieńców, czy też stać się pożywką dla zmutowanych zwierząt. Chciałbym potrafić skręcić im karki, najpierw chłopcu, potem staremu. Chciałbym chcieć, ale to takie trudne. W nocy, kiedy śpią, albo w dzień, kiedy idą, czy też na odwrót, bo ustalić jaka jest pora dnia jest niezwykle trudno. Boli mnie to i owo, ale się nie skarżę, choć oni dopytują, a sami nie oszczędzają moich uszu i biadolą, kiedy ich coś boli. Jęczą i zgrzytają zębami. Jeden płacze, drugi też płacze, i mnie się chce wtedy płakać; nawet się wtenczas rozklejam, wilgoć wypełnia osłony na oczy od środka maski. Płakać jest rzeczą ludzką, ale mnie to trudniej przychodzi. Znacznie trudniej od pozostałych. Przywykłem na wojnie, na misjach do najokropniejszych obrazów. Wciąż je widzę oczyma wyobraźni.
Imać się tego, czy tamtego, zastanawiałem się wielokrotnie. Misja, powtarzała mi matka. Na księdza idź, będziesz miał posłuch i poważanie, a i środków na życie ci starczy. W seminarium ujrzałem prawdziwe oblicze mej misji. Skułem pysk księżulowi, kiedy przystawiał się do dzieciaków i tak skończyła się moja przygoda z kościołem. Z przykrością o tym mówię, bo wiem, że czarnych owiec jest mniej, niż pobożnych braciszków, ale cóż, niedaleko przecież pada jabłko od jabłoni. Więc odszedłem. Potem była inna misja, ale o tym już wiecie.
Życie i śmierć, dwa bieguny jestestwa, dwa me zawody, które starałem się uprawiać najlepiej, jak tylko umiałem. Wiem coś o tym. Wiele w życiu widziałem i sporo doświadczyłem. Stary mój, ojciec, to zamknięty już rozdział, nieaktualny temat. Ojciec, nienawidzę tego określenia. Nienawidzę dziada, jak psa. Bez urazy psiaki.












Rozdział IX
DWORZEC NADODRZE
Sid z kolejarzem odpoczywali przed dalszą drogą, chłopiec pakował wodę i jedzenie do plecaków.
- Skąd wiedziałeś, że to on?
- Ano nie wiedziałem, ale przeczuwałem – odparł żołdak.
- Ale żeś mu zrobił. Dałeś mu niezłego łupnia.
- Dziadek, daj spokój. Od razu łupnia. Przygwoździłem tylko profesorka do ławki i tyle.
- Dobra, dobra. Ale spojrzałeś na niego… Twój wzrok był zabójczy.
Sid zaśmiał się.
- Masz, popal sobie – podał staremu polskiego. – Pal, pal. Mam jeszcze.
- Narobił chyba w gacie… Wiesz, co, Sid? Tak sobie myślę, że ty jednak skądś wiedziałeś, że to on był szpiegiem, który wykradł księgę?
- Mówiłem ci już, że to tylko przeczucie. Poza tym profesor prawa, samo to już dało mi do myślenia. Dziwnie się zachowywał, niepewnie jakoś. Ucałował rektora…
- Ogród Oliwny ci się przypomniał, czy jak?
Sid udał, że nie zrozumiał słów kolejarza.
- Ogrody, mój ty przyjacielu, to już tylko wspomnienie. Pachnące i kolorowe ziemskie ogrody, to jedno z najpiękniejszych wspomnień.
- Sid, ja nie o tym.
- Tak, wiem. Trafiłem i tyle. Trafiło się ślepej kurze ziarno, nic więcej. Zaryzykowałem, wybrałem najsłabsze ogniwo, przygwoździłem gościa, zasypałem gradem pytań i pękł niczym nadmuchany balon.
- Masz fart, przyjacielu. Ślepy traf, intuicja, a może to coś więcej? Dla mnie wciąż jesteś jedną wielką zagadką.
- I niech tak lepiej zostanie – podsumował wywód starego żołdak, po tym jak się zaciągnął papierosem. Puścił dymka i zaczął pogwizdywać pod nosem. Kolejarz zanucił jakąś melodię.
- Gryzie mnie jeszcze jedno – zapytał dziadek.
- Uważaj tylko, żeby cię nie pożarło.
- Dowcipny zrobiłeś się, nie ma co. Zastanawiam się, Sid, dlaczego profesor skradł książkę kucharską?
- A kto go tam wie. Może odbiło mu?
- No dobrze, może i tak, ale w takim razie, dlaczego rada uczelni chce ją odzyskać?
- Może lubią gotować, a to ponoć była najgrubsza książka kucharska, jaka istniała w Polsce. Były w niej przepisy na wszystkie potrawy.
- Trata-tata. Coś mi tu brzydko pachnie. Książka kucharska, najważniejszą księgą uniwersytecką?
- Niech ci tak nie śmierdzi. Jest zlecenie i tyle, czy to ważne, co takiego trzeba odnaleźć?
Kolejarz spojrzał żołnierzowi prosto w oczy, potem wypuścił dym z płuc i butem przydepnął niedopałek.
- Łatwo dałeś się przekonać, a tak się zarzekałeś, że nie ruszysz się stąd. I co? Pójdziemy, znajdziemy, przyniesiemy. Sid, o co ci się rozchodzi?
- O nic, po prostu chcę pomóc.
- Ty? Ot tak, po prostu chcesz pomóc?
- Zdziwiony? Niepotrzebnie. Zaimponowali mnie. Widzę w tym wszystkim jakiś sens, i szansę przede wszystkim też widzę. Szansę na przyszłość dla nas i dla następnych pokoleń. Chcę coś od siebie dołożyć do tego projektu, chociaż małą cząstkę, najmniejszą.
- To szlachetne, co mówisz i co chcesz zrobić. Wesprę cię w tym.
- I ja – wtrącił się do rozmowy chłopiec. – Ja też.
- Dobra, już dobra. Pakujmy się i w drogę. Broń trzeba odebrać.
- Już jest przyszykowana.
- To git, młody. Wałówka też już jest na swoim miejscu. Liny trzeba przypiąć do plecaka. Moją menażkę sprawdź, czy jest znaczy się. No wiesz, żeby była pod ręką na wypadek, jakby trzeba było odkazić ranę, czy coś podobnego? Lepiej żeby wtedy była pod ręką.
- Jest, jest. Nic się nie bój, ojcze.
- Sid, myślisz, że dobrze zrobiłem, rysując im tę mapę?
Żołdak pokręcił głową na boki.
- A skąd ja mam to wiedzieć? Nie wiesz przypadkiem? Zdaje się, że chyba dobrze zrobiłeś, ale to się dopiero okaże w przyszłości. Swoją drogą, to ciekawi mnie, co oni teraz zrobią z tym profesorkiem?
- Będzie musiał opuścić mury uczelni – odrzekł chłopiec.
- Tylko tyle?
- Tylko i aż tyle – wyjaśnił kolejarz. – To gorsze niż śmierć.
- Może i tak, chyba mądrze gadasz. Wracając do mapy podziemnego miasta, to podziwiam cię za to, że tak dobrze wszystko pamiętasz.
- No, dziadek był niesamowity – krzyknął radośnie chłopiec. – To jak im rozrysował mapę i pozaznaczał na niej te tunele, stacje i obiekty, to mówię wam szok. Ich też zatkało. Nie mogli wydobyć z siebie głosu. Tylko rektor podziękował, on jeden. Naprawdę jest niezwykły.
- Młody dobrze gada, powtórz nam na prędko, jak to biegną te kanały i gdzie teraz idziemy?
- Nie kanały, tylko tunele, choć kanały pod miastem także są, bo i nimi czasem idziemy. Idziemy teraz do piątki, która jest niedaleko. Piątka to bunkier na ulicy Ołbińskiej, jeden z czterech największych w mieście, które wybudowano w czasie II wojny światowej. Bunkry te stanowią zejścia do tunelów i kanałów, które są rozsiane po całym Wrocławiu. To taka po trosze pajęcza sieć, ponieważ nie znając dobrze drogi można wpaść w nią i przepaść na zawsze, i zginąć. Bunkry te postawione są w formie trapezu, pamiętacie jak rysowałem i tłumaczyłem? No, to dobrze. Na lewo od piątki znajduje się czwórka, to bunkier na placu Strzegomskim. Na prawo zaś od Ołbińskiej jest szóstka, o której wspominałem wcześniej. To bunkier przy rogu ulic Ładnej i Miłej. Czwarty z bunkrów postawiono najniżej, poniżej czwórki, przy ulicy Grabiszyńskiej, dokładniej rzecz ujmując stoi on na ulicy Stalowej. Z trójki, tunel prowadzi wprost pod stację zero, czyli na dworzec Główny. Bunkry bunkrami, ale tak, jak już wspomniałem, trapez to nie wszystko. Prawdziwym diamentem podziemnego miasta jest sześciokąt, który wyrysowałem uczonym. Dwie brakujące stacje, które uzupełniają stacje-bunkry znajdują się poniżej trójki i szóstki. Razem tworzą sześciokąt. Pod trójką jest dwójka, to stacja-kompleks pod wzgórzem Andersa. Siódemka zaś, to stacja Żabia Grobla na Niskich Łąkach, z której także można dotrzeć do dworca Głównego, ale i też do czternastki, czyli do stacji Biskupin. Z szóstki też tam można trafić, jak i do trzynastki, którą stanowi stacja stadion Olimpijski. Trasa na Berlin prowadzi przez tunele metra w stronę Ołtaszyna i Bielan, ale my teraz pójdziemy całkowicie w przeciwnym kierunku, mianowicie ruszymy na stacje jedenastą i dwunastą. Jedenastka to Maślice, a dwunastka - Stabłowice. Coś więcej o tych stacjach opowiem już po drodze.
- Ja cię kręcę – mruknął chłopiec. – To dopiero jest kanalizacja. Dziadku, a stacja zoo?
- Nie ma tam stacji, ale są tunele, to podziemna trasa na czternastkę w stronę Biskupina.
- Tygrysy, dziadku, lwy i inne zwierzęta?
- Tak, to tam, ale myślę, że te strachy, to już raczej tylko legenda, bo zwierzęta ubito, bądź wymarły dawno temu.
- Kto wie? – dorzucił Sid.
- W sumie racja, kto wie – potwierdził stary.
Chłopiec potarł ręką o rękę.
- Zacierasz ręce, cieszysz się, oj, czy to, aby nie za wcześnie, chłopcze?
- Wiem, dziadku. Wiem to. Poza tym mogą być groźne, no te zwierzaki?
- Śmiertelnie groźne – dodał Sid. – A jak jeszcze dodatkowo zmutowały, mogły stać się prawdziwymi maszynami do zabijania. Mało to widzieliśmy koto-psów, czy też innego cholerstwa?
Kolejarz z chłopakiem potwierdzili słowa towarzysza gromkim:
- Racja!
- Sid dobrze prawi, tam lepiej się nie zapuszczać. W okolicach hali Targowej i pergoli mogły urządzić sobie kryjówkę. Ludzki paśnik może być im w smak.
- Przymierzać garniturki i w drogę.
- Sid, nie poznaję cię, garniturki przymierzać i w drogę?
- Tato fajnie gada. Dzięki tato, no wiesz za co?
- Wiem, nie ma sprawy, chłopcze.
Dzieciak zawstydził się, kolejarz puścił oko do żołdaka. Potem założyli skafandry i maski, przykręcili filtry, poprawili kaptury i hełmy oraz zawiązali buty. Broń na swoim miejscu, ekwipunek w plecakach, które nawet nie były takie ciężkie, kiedy je na siebie zakładali. Dawno już ich nie nieśli. Odpoczęli od marszu i piekielnej wędrówki, stąd wrażenie, że czegoś w nich ubyło. Nabrali sił przed dalszą drogą. Chłopiec pomimo tego, że miał na sobie maskę, wciąż się czerwienił. Przed snem ostatniej nocy, Sid nauczył go, jak należy okiełznać swojego rumaka. Chłopiec miał z tym problem od pewnego czasu. Usiedli wtedy i żołdak w prostych słowach wszystko młodemu wyjaśnił, a potem wyjął świerszczyk z cycatą lalą i swój przyrząd, i zademonstrował młokosowi, co i jak. Ten najpierw się oburzył, potem zawstydził i nie mógł wydobyć z siebie głosu. Sid nie skończył, ten jeden raz celowo nie doszedł.
- Pokaz skończony - rzekł, a potem wydarł kilka sprośnych stron i wręczył je chłopcu. Ten wybałuszył oczy, kiedy spoglądał na idealne kształty i jędrne ciała. - Od dziś to będą twoje kochanki i pilnuj ich, chroń, jakbyś żonę swoją chronił, bo to skarb największy. Chłopiec potwierdził ruchem głowy, delikatnie złożył słit focie i wsunął je do foliowego woreczka, który zaraz zniknął w jego kieszeni. Młokos dopytywał się jeszcze o to, dlaczego Sid nie umówił się z żadną chętną dziewczyną z uniwerku, których jak sam widział nie brakowało. Lgnęły do żołdaka czarne i blondynki, młode i starsze. Sid pokręcił tylko głową.
- Bo ich nie kocham - odpowiedział chłopakowi.
Odwrócił się następnie w stronę starego.
- Nie tknąłbym żadnej nawet miotłą - szepnął mu. - Z przyczyn zdrowotnych, ma się rozumieć, ale nie tylko. Swoją drogą, to też łatwo dałeś się omotać, skoro ot tak, po prostu walnąłeś im ten szkic mapy.
- No, zrobiłem go w słusznej sprawie.
Obaj zachichotali.
- Sid, mogę mieć do ciebie prośbę?
- Jasne, o co chodzi?
- Mógłbyś i mnie użyczyć jednej stronicy ze swojej gazety?
Żołdak aż się zakrztusił śliną.
- Tobie?
- Ano mnie, ja wiem, że jestem stary i takie tam, a i te gierki nie do końca mnie kręcą, ale rajcuje mnie taka jedna. Pokażę ci, która. Daj czasopismo, pokażę, która to. Ma takie duże i słodkie bimbałki.
- No pięknie, jak tak dalej pójdzie, to ze świerszczyka pozostaną mi tylko strzępy - marudził żołdak. - Tak myślałem, że o nią ci chodzi, psia krew. I najgorsze dupeczki mi zostaną, najgorsze. Tymi strzępami, to będę mógł, co najwyżej dupę sobie powycierać, psia krew. Masz, bierz, niech ci służy. Dorwali się do miodu, ciupciać im się zachciało, niech to wszystko szlag trafi.
Weszli do tunelu, który biegł wiele metrów pod ziemią. Zapalili latarki, kolejarz czujnikiem sprawdził promieniowanie, które nieznacznie przekraczało normę. Ściany były pokryte betonowymi płytami, na których było widać łączenia. W niektórych miejscach luźno zwisały kable i przewody. Przy podłodze dało się zauważyć podkłady torowiska i fragmenty torów. Wolno stąpali pomiędzy stalowymi szynami, żwir szeleścił im pod podeszwami. Wpatrywali się w jaśniejącą przed nimi pustkę, która była jedną wielką niewiadomą. Zmierzali w stronę piątki, do bunkra na Ołbińskiej dotarli po kilku godzinach. Nie spotkali po drodze żadnych ludzi ani mutantów, nie odnaleźli też ciał. Zaledwie kilka szczurów przebiegło nieopodal w mroku, jakieś robactwo pełzło po suficie. Sid podniósł lewą rękę do góry, dając znak, żeby pozostali zamilkli. Przez chwilę wsłuchiwali się w dźwięk kapiącej w mroku wody i w swoje przyspieszone oddechy. Żołdak spoglądał przez szkła maski na pokryte rdzą żelazne drzwiczki. Pchnął je, opornie zadziałały. Zźż, usłyszeli. Był to dźwięk, który wywołał u nich ciarki na ciele. Gdyby mogli, to zatkaliby uszy. Sid pokazał palcem kolejność, w jakiej mieli przejść przez śluzę i sposób wzajemnej osłony. Długie strugi nakładającego się na siebie światła przecinały ściany i sklepienie po drugiej stronie przejścia. Żadnego podejrzanego ruchu, ani odgłosu, zupełnie nic. Ceglane ściany, zdarty z nich tynk, sypiący się brudno-mleczny sufit, oraz pod nogami popękane kafle. Sterty śmieci, szmat, podarte pudła, potłuczone słoje i strzelające dekle pod butami. Totalna rupieciarnia. Brud, smród i ubóstwo. Kolejarz mamrotał coś pod nosem, a chłopiec, co rusz kopał w coś i potykał się. Sprawdzali kolejne pomieszczenia bunkra. Cisza, a potem jakiś szelest w mroku, gdzieś przy ścianie. Sunący cień, kudłaty grzbiet i wydłużona postać po drugiej stronie. Zgrzyt, pisk i syk. I znów cisza, strzelająca w głowach nieprzerwanie. Metaliczny posmak w ustach. Wszechobecny strach, który paraliżował ciało i umysł, i który pożerał każdą żywą komórkę pod skórą, oraz trawił ostatki radości. I nadzieja, która zawsze umiera ostatnia. Suchy trzask zamka przeładowywanego gnata i obrzyn przy nodze. Błysk ślepi w marnej smudze światła. Skoczyły na nich w tym samym momencie, padły strzały. Chłopiec nie zdążył krzyknąć. Światełka latarek zafiksowały pod sufitem. Kolejarz ciężko westchnął. Zakotłowało się, padły następne strzały. Świst ostrza noża przeszywającego powietrze, morderczy cios, złowrogi pisk i skowyt zdychającego stworzenia. Kilka następnych strzałów w krótkim odstępie czasu. Potem już tylko cisza i lizanie ran w samotności. Śmierć, która zaczaiła się nieopodal, podstępna, złowroga i pragnąca krwi. Sid stał przy ścianie, w rękawicy dzierżył kudłaty łeb, który oberżnął nożem trzymanym w drugiej dłoni. Wzdrygnął się i odrzucił krwawiący czerep, a potem wytarł i schował kosę, oraz podniósł spluwę z podłogi. Poświecił latarką po kątach. Dostrzegł kilka trupów zmutowanych psów i smugi krwi na ścianie. Kałuża posoki błyszczała w świetle latarki na kropkowanym lastryko.
- To nic - powiedział do siebie. - To nic takiego. Przecież tłumaczę ci, jak krowie na rowie, że to nic, kurwa.
Po chłopaku i starym, nie było śladu.
- Gdyby ich pożarły, bądź poraniły, zostałyby jakieś ślady? Uciekli, tylko gdzie się ukryli?
Ruszył śliskim korytarzem, pstryknął lampkę na gnacie i penetrował zakamarki bunkra. Za winklem leżał ludzki szkielet pokryty fragmentami skóry i włosów, w następnej pakamerze spoczywały ludzkie szczątki.
- Pieruńskie cmentarzysko - pomyślał i pobiegł dalej.
Nawoływał kolejarza i chłopaka, ale bez rezultatu. Wyczuwał, że krwiożerczy gospodarze nie spali i nie próżnowali i że dopiero niedawno wyszli na łowy.
- Żreć się chce, paskudy, co?
Zobaczył ślepia w dali, wycelował i wystrzelił. Usłyszał skowyt, który zaraz ucichł. Usłyszał bryźnięcia wody, gdzieś w mroku nocy, drapanie o podłogę i szpony rozrywające skórę. Syk, rzężenie, kwik i pisk. Szedł i strzelał, a potem ładował broń i znowu pociągał za spust. Huk wystrzałów ranił jego uszy. Mglista poświata, dym, spalenizna i zapach prochu. Wyjął obrzyn i wygarnął w ich stronę, zapłakały żałośnie, rozbiegły się i zniknęły na dobre. Żołdak trafił pod torowisko prowadzące do dworca. Dworzec Nadodrze skrywał w sobie jeszcze więcej tajemnic. Żołnierz usłyszał znajomy głos, zabójczy okrzyk chłopca, który położył trupem kilka bestii naraz. Ruszył za tym głosem, nawoływał, zatrzymywał się i sprawdzał pomieszczenia. Cegły dookoła, gołe, czerwone, tu i ówdzie ukruszone, tu i tam popękane. Betonowa wylewka pełna dziur i fragment starej posadzki obok kas. Kafle zbite ze ścian, potłuczone lampy jarzeniowe, spalone ławki i prawie niewidoczny napis nad okienkiem: „KASA 1”.
- Tu jestem, Sid. Tu jestem, pomóż mi - osobliwy głos chłopca, za którym żołdak podążał.
Ciemne przejścia, straszne zaułki i ciasne pomieszczenia. Potem tunel pod dworcem i pobliskie kanały. Magazyn pod parkiem na ulicy Staszica. Jakiś żebrak błagający o kęs czegokolwiek. Jakaś postać znikająca za rogiem. Cichy lament dobiegający z otchłani mroku. Samotny marsz w nieznane. Kłębiące się myśli pod kopułą czaszki w niemal pustej głowie. Strach, samotność i kapitulacja. Sid przeczesał już dziesiątki piwnic i setki przejść, bez rezultatu. Panowała cisza, którą przerywały nieznane szelesty, szczurzy trucht i odgłosy sapania pod maską na głowie. Mężczyzna opadł z sił, zmęczenie coraz mocniej dawało mu się we znaki. Czarne ściany przed nim naznaczone smugą nikłego światła latarki. To tu, to tam coś zazgrzytało, tam gdzie akurat padło spojrzenie żołdaka. Ramiączko plecaka lekko się zsunęło, ruchem ramienia Sid przesunął je na właściwe miejsce. Wyciągnął się w górę, tak jakby zamierzał skoczyć, nie oderwał jednak stóp od podłoża. Bambetle same ułożyły się na plecach. Podłoga zasłana pokruszoną cegłą, przewrócony, pordzewiały śmietniczek i fragmenty szkła trzaskającego pod butami. Stare rozkłady jazdy, zamalowane czarną farbą. Punkt informacji, gdzie ktoś poprzestawiał litery w nazwie. W dali jakieś ruchy i szelesty. Sid poświecił latarką w tamtą stronę, podłużne cienie śmignęły tylko na ścianie i zniknęły. Chwila ciszy i setka myśli, które przemknęły przez umysł w tym samym czasie. Potem wystrzał, a po nim okrzyk kolejarza. Żołnierz ruszył z miejsca, po kilku krokach jeszcze przyspieszył, wciąż mierząc z broni w próżnię. Słyszał własne kroki, kiedy biegł. Słyszał dyszenie pod maską. Ujrzał przed sobą zakręt, ale nie zwolnił. Wypadł zza winkla i pognał dalej. Gdyby ktoś tam stał, zapewne wpadliby na siebie. Podłoga, potem schody, znów podłoże i podest, na który musiał się wdrapać. Dalej inne schody, którymi przedostał się na perony. Stanął i rozejrzał się. Było mglisto, panował półmrok, drobinki srebra unosiły się w powietrzu. Wyłączył lampkę na broni. Schował pistolet i wyjął obrzyn. Zerknął na niego i przeładował broń. Zamek przy lufie wydał charakterystyczny dźwięk, kiedy nabój trafił do komory. Mężczyzna ruszył przed siebie wolnym krokiem, wciąż rozglądał się na boki, czasami też zerkał za siebie. W oczach mutantów i degeneratów, którzy zerkali na niego z ukrycia, jawił się, jako samotny stalker pamiętający jeszcze zapewne cień Czarnobyla. Twardziel, słusznego wzrostu i postury, zamaskowany, w siwym kapturze na głowie, w kurtce i skafandrze, z plecakiem na plecach, z liną przewieszoną przez tułów na ukos, z pasem pełnym amunicji na brzuchu, wreszcie z obrzynem w rękawicy i pistoletem w kaburze. Wysokie, żołnierskie buty na grubej podeszwie postukiwały na zapylonym peronie. Dum, dum, słychać było, kiedy szedł pewnym krokiem. Sid dobrze wiedział, że coś niebezpiecznego skrywało się w ruinach dworca i że będzie musiał się z tym zmierzyć. Peron wydawał się nie mieć końca.
- Sid, to ty? - usłyszał znajomy głos kolejarza. - Sid, pomóż mi.
Żołdak rozglądał się na boki, dostrzegł jakieś klatki, pręty metalowe i żelastwo. Ruszył w tamtą stronę. Wtedy one wypełzły z ukrycia, niektóre z nich uniosły się do góry i stanęły na dwóch nogach. Chwiejnym krokiem podreptały wprost na żołnierza. Kolejarz okładał jakiegoś mutanta po łbie grubym prętem wyjętym z krat i choć zmasakrował mu już twarz, ten nadal stał i wciąż szczerzył do niego ociekające własną krwią pożółkłe kły. Żółte ślepia pokryły się wodnistą substancją.
- Płacz, płacz - krzyknął stary. - Dobrze ci tak.
Sid zobaczył częściowo rozebraną klatkę, w której schronili się dziadek z chłopakiem. Otaczały ją paskudne stwory, ni to ludzie, ni potwory. Kolejne nadciągały już ze wszystkich stron. Chłopiec trzymał w ręce pistolet dziadka. Żołdak bez namysłu uderzył najbliższego potwora obrzynem w głowę, krew intruza trysnęła mu na maskę. Stwór upadł na tory, jak rażony piorunem. Potem oberwało się innemu i jeszcze kilku.
- Trzymaj naboje - żołnierz rzucił je w kierunku chłopca.
Młody nie wiedział, co i jak, ale szybko ogarnął temat i załadował spluwę. Kolejarz rozbił kolejną zmutowaną głowę na drobne kawałki. Sid pomógł przyjaciołom wyjść z pułapki. Nareszcie stanęli obok siebie.
- Pozycja - powiedział żołdak. - Zachowajcie szyk.
Zmierzające w ich stronę mutanty spoglądały na nich zamglonym wzrokiem. Komandos wycelował. One nadal szły prosto na nich. Mężczyzna ścisnął w ręce obrzyn. Nie zatrzymały się, wciąż szły. Żołdak ponownie przymierzył. Nie stanęły, niemrawo podążały w ich stronę chwiejnym krokiem. Wyglądały, jak weselnicy szukający drogi do domu o poranku po hucznym weselu.
- Mam was, kurwa pozabijać, żebyście wreszcie zrozumiały - oznajmił niskim głosem Sid. - Tego chcecie?
Chłopak wtedy krzyknął, ale nie tak, jak dawniej, ciszej niż wtedy, żeby nie zrobić krzywdy towarzyszom. Maszkaronom aż zabulgotało w brzuchach, tak jakby zapiekły im się flaki. Zasłoniły też uszy i stanęły. Potrząsały łbami niczym w amoku. Sid z kolejarzem z wrażenia zamknęli na chwilę oczy.
- No, od razu lepiej - powiedział zadowolony z siebie żołnierz. - Tylko takie słowa do was przemawiają, maszkarony. Nic więcej. Z kulturą jesteście na bakier. - Dobrze was widzieć – powiedział do towarzyszy, kiedy stwory odeszły.
- Spadłeś nam z nieba.
- No – chłopiec potwierdził słowa kolejarza.
- Jesteście cali?
- Nie wiem – odrzekł dziadek. – Chyba tak.
- Tak, tato. Wszystko w porządku.
- Dobra odpowiedź. Już pomyślałem, żeście przepadli na amen, a tu masz babo placek.
- Walczyliśmy z nimi. Walczyliśmy do końca.
- Tak, Sid. Tak było, nie inaczej. Uciekaliśmy przed nimi, a potem walczyliśmy do końca. Chłopak dobrze prawi, ma dryg do wojaczki.
- Nadążyć za wami nie sposób, trzeba mieć iście końskie zdrowie.
Towarzysze się zaśmiali. Zarechotali, jak żaby. Otrzepali się z brudu i pyłu, poprawili ubranie. Odnaleźli porzucony sprzęt i manele, po czym wyruszyli w dalszą drogę.
- Rodzinka nareszcie w komplecie – powiedział chłopiec.
Sid poklepał go po plecach. Kolejarz wskazał ręką coś na odległym czerwonym horyzoncie.
- Rodzinka.pl – odrzekł żołdak.
- Rodzinka pe co? – zapytał najmłodszy z nich.
- To taki serial był – wyjaśnił żołdak.
Chłopiec spojrzał na niego z zaciekawieniem.
- Serial?
- Aha.
- Hm…
Trafili do kanału, którym przedostali się do tunelu znajdującego się kilkadziesiąt metrów pod ziemią. Wolno się nim przemieszczali w stronę stacji jedenastej.
- Chcę pić.
- Nie teraz. Niedługo zrobimy postój.
- Chcę teraz, wystarczy przecież sięgnąć do plecaka.
- Wytrzymasz jeszcze chwilę. Sid ma rację, to niedobry moment.
- Dlaczego? Ja chcę się tylko napić, nic więcej.
- Dobrze, ale za chwilę, chłopcze.
Chłopiec ucieszył się.
- Czyli za ile?
- Za chwilę, ale jeszcze nie teraz.
- A kiedy będzie za chwilę? Kiedy będzie teraz?
- Daj spokój, tak nie można. Sid ci to powie. Musisz być cierpliwy.
- Dobrze, teraz już możesz. Tu zrobimy sobie legowisko. Śpiwory, karimaty, trzeba je wyjąć. Idę sprawdzić okolicę. Ta komórka nada się do tego idealnie.
- To przyjemna pakamera – powiedział kolejarz.
- Dziadku, to tylko zaułek.
- Dość już tego, stary rozpali ogień, a ty rób, co mówi. Zaraz wracam.
Chłopak nareszcie mógł ugasić pragnienie. Kolejarz rozpalił małe ognisko. Rozłożyli posłania, wyjęli jedzenie, wodę i tytoń. Oparli plecaki o ścianę i usiedli na legowisku. Chłopak wyciągnął się jak długi, dziadek też się napił, po czym zakręcił korek od butelki i postawił ją obok siebie na betonowym podłożu. Oparł plecy o ścianę. Sid przyniósł trochę śmieci i drobnych szpargałów zdatnych do spalenia. Wyjął menażkę i pociągnął sobie, wziął słuszny łyk okowity. Podał menażkę staremu, który nie odmówił poczęstunku. Potem zapalili skręty. Żołdak wpatrywał się w mrok, a kiedy skończył palić, zadeptał niedopałek i usiadł. Poprawił ręką skafander, który źle mu się ułożył na plecach. Uprzykrzające życie fałdy tu i tam uwierały mężczyznę, który starał się je wygładzić. Stary chciał zdjąć maskę, ale żołdak mu zabronił.
- Nie zdejmuj całkiem, tylko tyle, żeby można było zakurzyć, popić sobie i wcisnąć żarcie. I zgaś już szluga, bo żar ci paluchy poparzy.
- Mam rękawicę.
- Wiem. Na zmianę będziemy pełnili wartę.
- Ja pierwszy – powiedział kolejarz. – Odpocznijcie sobie.
Chłopak już przysypiał, żołnierz też skorzystał z propozycji i wyciągnął się na posłaniu. Obok jego ręki spoczął gnat. Mijały sekundy i minuty, młodzian załapał spanie i nawiedziły go sny. Ciężko oddychał. Śniła mu się matka, którą napastowali jacyś wynaturzeni osobnicy, a kiedy odeszli, wzięły się za nią paskudne mutanty. Krzyczała jeszcze przez jakiś czas, a potem zamilkła. Zobaczył też we śnie swój poród, swą odrażającą główkę, kiedy wyłaniała się z jej łona. Usłyszał płacz, takie niemowlęce pokrzykiwanie. I śmierć matki zobaczył. Ujrzał jej okrutny koniec, a potem się obudził. Dyszał i sapał, ględząc coś pod nosem. Sid stał nad nim, a kolejarz gładził go po głowie. O czym wtedy myślał dziadek, nie wiadomo. Może o swoim synu, którego być może utracił na zawsze. Byli jakby rówieśnikami, chłopak teraz i jego synek dawno temu, który w tej chwili zapewne byłby niewiele młodszy od Sida. Przewrotność parszywego losu.
- Teraz twoja kolej – rzekł Sid do chłopca. – Wezmę ją, twoją kolejkę, i tak nie mogę spać. Cholerny brak snu.
- Prześpij się jeszcze, odpocznij – poradził gładzący chłopca po głowie kolejarz. - Będę obok ciebie. Odpocznij smyku.
- Dziękuję, ale nie chcę. Nie chcę już spać. Nie chcę już więcej śnić.
Żołdak dorzucił materiał palny do ognia. Zapalił papierosa. Zaciągał się i wypuszczał dym, który ulatując wtapiał się w mglistą poświatę, unoszącą się wewnątrz mrocznego i zimnego tunelu.
- Sid, słyszysz?
- No, burczy mi w brzuchu.
- Ja nie o tym.
- Dziadek, nie o tym, o czym zatem?
- Mnie chodzi o to, że słychać coś w tunelu w ciemności…
- To ci leży na wątrobie. Szczury harcują, głodne są, szukają smacznych kąsków.
- Może i szczury, może i one. Może jednak to coś więcej?
- Robisz w gacie, czy jak? Masz gnata? Masz. Jest ogień? Jest. Masz nas? Masz nas. Więc, co się boisz? Wyluzuj.
- Skoro tak mówisz. Kiedy moja kolej?
- Niebawem.
- Mogę już? Podjesz sobie, popróbujesz tuszonki mojego wyrobu?
- Tylko patrz na ogień i dorzucaj, żeby nie wygasł. Weź latarkę i co jakiś czas puść strugę światła w mrok. Niech wiedzą, że nie śpimy.
- Jasne.
- Jasne – chłopak powtórzył słowa dziadka.
- O, proszę, stare dobre czasy powróciły. Kiedy ja tę zgodność słyszałem ostatni raz?
- Posiedzę z dziadkiem, pomogę mu pilnować ognia.
- Mnie w to graj, tylko nie zagadajcie się na śmierć, bo chcę jeszcze pożyć.
- Nie bój nic.
- Nie boję, młody. Idę spać.
Sid ledwo zmrużył oczy, a już trzeba było wstać. Jego półsen okazał się być zaledwie krótką drzemką. Mężczyzna miał niezwykle czujny sen, nauczył się już w ten sposób wypoczywać. Przetarł oczy, kiedy ściągnął maskę. Wziął głęboki oddech. Splunął w kąt i przeklął. Napił się i zakurzył, potem z powrotem założył maskę. Ziewnął, aż szkła lekko mu zaparowały. Nalot po chwili samoistnie zaniknął. Sid spojrzał przez osłony na oczy w stronę towarzyszy. Usłyszał najpierw swój, a potem jeszcze ich ciężki i nierówny oddech. Ich wybałuszone oczy srogo się w niego wpatrywały. Poczerwieniałe białka, a na nich pajęczyna drobnych żyłek i powiększone źrenice.
- Idu, czy nie idu? – powiedział do nich, kiedy zbierał się z posłania.
- Sid, ale beka z tych stworów. Wiesz, podeszły tu, kiedy ciąłeś komara, spojrzały dziwnym wzrokiem na nas i na ogień, a kiedy dojrzały jeszcze ciebie, w trymiga się wycofały, mówiąc coś w tylko sobie znanym języku.
- Co mówiąc?
- Sid, obudź się wreszcie. Trajlowały do siebie, coś w stylu: „Ssytt”, czy jakoś tak. Tak jakby cię znały? Wiesz coś o tym?
- Dziadek, no co ty? Na łby się z osłem pozamieniałeś? Bierzcie plecaki, idziemy.
- Jasne.
- Jasne – dodał chłopiec.
- Papugi piekielne z was, nie ludzie. Łeb mnie rwie, proszka wezmę.
Dziadek podał mu tabletkę i wodę.
- Dobra, dzięki stary.
Sid odchylił maskę i zażył proszek. Potem znowu ją wsunął. Skóra szczypała go na policzkach, brodzie i szyi.
- Trzymamy szyk. Ja pierwszy, potem młody, ty na końcu.
- Ja z tyłu?
- Tak, z tyłu, żeby młodego chronić. Poradzisz sobie, to nic trudnego.
- Jasne, jak zwykle zresztą.
- Jasne, jak zwykle zresztą – chłopiec papugował słowa kolejarza.
Dotarli do tunelu pod Odrą. Ciężko było odnaleźć właściwe wejście, a potem podziemny łącznik. Większość śluz była zalana. Żelazne drzwi przykryte były śmieciami i złomem. Zaskrzypiały, kiedy mężczyźni je pchnęli. Zaskrzypiały niemiłosiernie i się rozwarły. Przeszli przez suchą śluzę, minęli łącznik i poszli szerokim tunelem w stronę stacji Maślice.
- Długa droga przed nami – powiedział dziadek. – Kawał drogi i ciemno, jak w dupie. Po drodze możliwe niespodzianki. Możliwe, znaczy, że coś się wydarzy. Pewne, jak w banku.
- Banki, to dopiero było prawdziwe skurwysyństwo – wściekł się żołdak. – Takich złodziei, jak oni, świat nigdy przedtem, ani potem nie widział. Pies im mordy lizał. W cholerę z nimi. Opowiedz nam o miejscu, do którego zmierzamy? Co to za wyjątkowe miejsce?
- Opowiedz – prosił chłopiec. – Opowiedz.
- Dobra już, dobra. Tylko wezmę kilka głębszych oddechów. No już, wszystko dobrze. Możemy zaczynać. Przed wojną była tam fabryka Siemensa, robiono w niej elektronikę. Były tam też duże koszary, wytwórnia U-BootWaffe, a w późniejszych czasach siedziba policji. Wytwarzano tam zaopatrzenie dla marynarki wojennej, amunicję 30 mm, silniki dla okrętów podwodnych i części dla Luftwaffe. Było tam też podziemne lotnisko, niektórzy mówią, że mieściło się na Stabłowicach, ale mnie się nie wydaje, żeby była to prawda. Mnie się raczej widzi, że podziemny hangar ostał się właśnie na Maślicach. Obiekt był budowany jakieś czterdzieści metrów w głąb ziemi. Były tam trzy wielkie, żelbetonowe hale: 350 m długie, 150 m szerokie i wysokie na 14 m. Pod przykrywką lotniska, Niemcy budowali tam fabrykę. Części do V1, latających bomb produkowali nie tylko tam, także w Lubiążu i w Świdnicy, oraz w kompleksie Riese w górach Sowich. Części do V2, rakietowych pocisków balistycznych powstawały w podziemnych fabrykach na terenie III Rzeszy.
- Ci – Sid dał znak kolejarzowi, żeby zaprzestał mówić. – Już możesz. Wydawało mi się, że coś usłyszałem, ale to nic. To nic takiego.
- Jasne, Sid. Po wojnie jednostki wojsk radzieckich zaanektowały na długie lata tereny koszar i fabryki. Droga brukowa dzieliła jednostkę na dwa rewiry. Na prawo stał budynek koszarowy ze stołówką i magazynami, dalej garaże i warsztaty, obok stawu łaźnia i pakamery. Budynek dowództwa, czyli dawna fabryka Siemensa połączony był z inną z hal fabrycznych. W piwnicach były schrony. Ponadto zbrojownia, rusznikarnia, sale żołnierzy i budynek trepostwa. Obok stał budynek z kominem, niejaka kotłownia - u góry sala gimnastyczna, a z boku łaźnia. Trochę dalej, bardziej z boku postawiono strzelnicę, obok której stała świniarnia. Na krańcach terenu była mała centralka telefoniczna, dalej pakamery, pełno magazynów i pomieszczenia biurowe.
- Na lewo, co było? – żołdak przerwał staremu. – Na lewo, powiedz?
- Nie przerywaj, bo stracę puentę. A, już wiem, zresztą nieważne. Na lewo od drogi stał szpital, dalej była biblioteka. Wyobrażasz sobie ruskie książki czytali. Były tam dzieła Lenina. Było też kino, a w piwnicach kotłownia, siłownia i pakamery. Za tym wszystkim znajdował się park maszynowy, była tam też szopa magazynowa. Dalej podziemne schrony, w których mieścił się skład ziemniaków i kapusty. Psiarnia nieopodal. W obrębie kompleksu był też areszt i stacja paliw. Nic dodać, nic ująć. Takie były tam przednie cuda i dziwy.
- No to mamy niezły pasztet – oznajmił żołdak. – Dawna radziecka jednostka, to prawdziwy poligon strachu. Labirynt beznadziei i strefa śmierci.
Kolejarz nie odpowiedział.
Kolejne kroki w długim tunelu. Tupot butów na twardym podłożu. Cisza w eterze. Pot, ból i łzy, które wypływały ze zmęczonych oczu. Wszechobecny strach. Dyszenie, sapanie i kaszel pod maską. Uszy wyczulone na jakikolwiek dźwięk. Ból w mostku i bulgotanie w brzuchu. Suchość w ustach. Brud pod paznokciami. We trzech szli w stronę Maślic, nogi ze zmęczenia odmawiały im posłuszeństwa. Czasami przystawali, żeby zamienić ze sobą kilka słów. Wtedy najczęściej przysiadali, albo opierali plecy o ścianę. Zimne podłoże i takie same ściany. Zimne rury biegnące przy podłodze. Jakieś kable zwisające z sufitu, który starali się sprawdzać palcami. Szkielety i trupy, oraz szczury ucztujące na nich. Robactwo wszelkiej maści. Sam na sam z własnymi myślami.
- A może by tak skończyć z tym raz na zawsze - najczęstsza z myśli każdego z piechurów. Wszystkich żyjących w ruinach miasta. - Po prostu strzelić sobie w łeb. Tylko tyle i aż tyle. Jeden strzał, żeby tylko nie bolało. Nie powinno, nie będzie.
Sida rzadko nawiedzały takie myśli, ale były chwile, że nie mógł się od nich wyzwolić. Płakał wtedy w samotności. Wszyscy płakali. Ci, których znał, i tamci, których nie znał. Każdy.
Wiele godzin upłynęło zanim dotarli do policji na Połbina, stamtąd do podziemnych magazynów i fabryki było już niedaleko. Trafili do piwnic policyjnych koszar. Wąskie przejścia, zaułki, korytarzyki i łączniki. Szło się w tym wszystkim zgubić. Musieli wyłączyć latarki, ponieważ usłyszeli jakieś odgłosy i ruch gdzieś niedaleko. Przystanęli i wsłuchiwali się w otoczenie. Stukanie, pukanie, krzyk i kaszel, a potem cisza. Zerkali na siebie, widzieli wtedy zaledwie kontury własnych postaci. Jeszcze jeden mały oddech, jeszcze jedna krótka chwila przeznaczona na odpoczynek, potem w milczeniu poszli dalej. Zakradli się i podsłuchali czyjąś rozmowę. Głosy te wydały im się znajome.
- Narada u generała jeszcze trwa. Ustalają coś wspólnie z sędzią i wojewodą – ktoś powiedział.
- Ciekawe, co planują? – ktoś inny mu odpowiedział.
- Muszą jakoś pobić wodniaka i jego koalicję – rzekł ten pierwszy.
- Za kilka godzin ruszamy na Maślice, wtedy się przekonamy – usłyszał zaraz w odpowiedzi.
- Ubiją konkurencję i przejmą wszystkie jej dobra. Tak teraz załatwia się interesy.
- Teraz? Zawsze tak się je załatwiało.
- Racja, a potem dobierzemy się do rektora i jego świty uniwersyteckiej, motłochu i dziecinady.
- Miasto będzie nasze, a sędzia zostanie prezydentem.
- Ustawimy się przy nim.
- No, tak jak politycy w dawnych czasach. Spóła? Spóła przecież jest najważniejsza.
- Zgoda. Spóła. Co to za rumor? – podskoczyli obaj.
Sid z przyjaciółmi wykorzystali moment chwilowego zamieszania i niepostrzeżenie wymknęli się tyłem. Kłopotliwa sytuacja rozwiązała się sama. Trafili w pobliże dawnego pokoju przesłuchań. Przez drzwi usłyszeli rozmowy i ożywcze dyskusje rozgorączkowanych mężczyzn.
- Macie robić, co mówię? Wojsko generała musi mnie wesprzeć, musi być do mojej dyspozycji. Po tym, jak obejmę urząd, generał dostanie posadę zastępcy prezydenta.
- Jasna sprawa – ktoś przytaknął.
- No, i wszystko jasne.
Kilka metrów dalej.
- Baczność – powiedział generał, kiedy wszedł do pomieszczenia znajdującego się nieopodal pokoju przesłuchań.
Żołnierze stanęli na baczność i zasalutowali.
- Unitarka skończona - powiedział. - Na obiad bidżis ze szczurzego mięsa.
- Tak jest – meldowali podwładni.
- Tak jest, tak jest… Zdania swojego nie macie, gamonie?
- Tak jest.
- Tak jest, panie generale – mówi się.
- Tak jest, panie generale – odpowiedzieli zgodnie.
- Białe szaleństwo na śniadanie, o blachach możecie sobie tylko pomarzyć, gamonie. Pozostaje wam bicie konia w samotności.
- Tak jest, panie generale. Bicie konia w samotności.
- Dobrze już. Blaszane berety na łby, do dzieła.
- Tak jest, panie generale.
- Dobrze. Blondynki widzę, że żrą, bo Stasiek drapie się po głowie, jakby rozum gdzieś zapodział. Wszawica, jak się patrzy.
- Tak jest, panie generale.
- Buldogi na ryje włóż. MP 4, znaczy się, bo niektórzy z was jeszcze nie pokapowali tego żargonu. Capstrzyk skończony.
- Chomiki założone, panie generale.
- Dobrze. Chujopląty do mnie.
Łącznościowcy wystąpili z szeregu.
- Na rozkaz – oznajmili zgodnie.
- Meldujecie się jak należy. Cudzesy macie?
- Mamy, to znaczy, tak jest, panie generale. Mamy cudzesy.
- Dać.
- Proszę, panie generale.
- Dobrze. Czołgi macie na giczołach?
- Znaczy się trepy?
- Buty, znaczy się, gamonie, bo trep to trep. I mówić, panie generale, do jasnej ciasnej.
- Czołgi na nogach, panie generale.
- Dobrze. Dzień słonia za wami. Teraz czeka was misja bojowa.
- Tak jest, panie generale.
- Garnki na łby założyć, ale już.
- Założone, panie generale.
- Dobrze, gamonie. Giwery na ramię. Gnaty za pas. Hałery poprawić, bo widzę, że przekrzywione.
- Poprawione. Tak jest, panie generale.
- To dobrze. Iść na michę wam się chce? Niedoczekanie! Jałmużna wam się marzy? Zapomnijcie. Tylko bidżis dostaniecie. Jarzycie?
- Czy jarzymy? Tak jest, panie generale.
- Dobrze, zatem. Dobrze, gamonie. Kałachy do łapy, tylko ci, co je mają, i za mną. Kawior będzie później.
- Kawior?
- Kaszanka, matole.
- Aha, kaszanka.
- Do klaty zaraz każę cię wrzucić. Myślicie, że kojo tam będzie? Jesteście w błędzie. Nie będzie. Kolę dostaniecie, nic więcej. Tak, kawę zbożową. Marne koryto, jeśli zasłużycie. Maszynki do łapy, patałachy!
- Tak jest, panie generale.
- No. Dobrze. Małpy macie w plecakach na wszelki wypadek. Żelazne, nie, blaszane puszki. Mielonki zapyziałe. Niezbędniki, do cholery, zabrać!
- Tak jest, panie generale.
- Pestki sprawdzić w magazynkach. Podeszwa na obiad, była i nie wróci więcej. Rozumiecie, szweje?
- Tak jest, panie generale.
- Dobrze. I słuchać trepów. Dowódców, znaczy się słuchać. Jasne? Dobrze, a teraz czeka was tupanie i tłoczenie w pełnym rynsztunku.
- Łee – odpowiedzieli zgodnie żołnierze.
Sędzia z wyraźnym uśmiechem na ustach przez drzwi przysłuchiwał się musztrze. Wojewoda tylko zacierał ręce.
- Z takim dowódcą podbijemy miasto – rzekł wojewoda.
- Podbijemy?
- Sędzia, ma się rozumieć podbije miasto.
- No, tak już lepiej. Może zrobię z ciebie sekretarza, jeśli zasłużysz.
- To dobra fucha? – zapytał sędziego.
- Najlepsza, oczywiście po prezydencie.
Sid wymknął się niepostrzeżenie i przedostał do kolejnego pokoju. Kolejarz z chłopakiem już tam na niego czekali.
- Mogłem go rąbnąć. Mogłem go rąbnąć. Miałem go na widelcu – gadał i gadał.
- Kogo takiego? – dopytywali żołdaka.
- Mogłem go uciszyć raz na zawsze, jego i tego drugiego.
- Kogo, Sid? Kogo mogłeś uciszyć?
Żołdak zamilknął na chwilę i spojrzał na towarzyszy, jego oczy zrobiły się matowe.
- Sędziego mogłem zabić i wojewodę. Miałem okazję, która więcej się nie powtórzy.
Dziadek z chłopakiem zaniemówili. Przez chwilę żaden z nich nie wiedział, co powiedzieć. Panowała cisza, słyszeli przytłumione głosy dobiegające z oddali.
- Nie jesteś mordercą – powiedział stary. – Jesteś żołnierzem, ale nie mordercą.
- Czasami mam wrażenie, że pomiędzy tym i tym nie ma żadnej różnicy.
- Nie mów tak, Sid.
- Tak mi się wydaje. Nic na to nie poradzę.
- Dobrze, Sid. Widocznie tak już musi być. Degrengolada, sami abnegaci.
- Cóż zrobić, dziadek?
- Wykrot, czy nie wykrot? – zastanawiał się dziadek. - Któż zna odpowiedź na to pytanie?
- Zaiste, stary.
Kolejarz spojrzał na żołdaka.
- Artefakt miał? – zapytał.
- Co miał?
- No księgę, czy miał?
- Cholera, nie wiem. Całkiem o niej zapomniałem. Dobrze, że go nie ubiłem.
- Zabijanie nikomu nie służy, zawsze to powtarzałem.
- To kiedyś ludzie się nie zabijali? – zapytał chłopiec.
- Rzadziej niż teraz, ale jednak, prawda Sid?
- Tak, rzadziej. Wojny były, są i będą, i choćby nie wiem co, to się nigdy nie zmieni.
- Smutna prawda – dodał stary.
Chłopiec zmarszczył brwi pod maską.
- Musimy iść na fabrykę, żeby zdążyć przed najemnikami sędziego.
- Chcesz ostrzec wodniaka, Sid?
- Nie wiem, czego chcę. Idziemy.
Sid dał pistolet chłopcu, który sporo sobie poczytał o tych sprawach na uczelni. Żołdak pokazał mu, co i jak, a chłopiec to powtórzył.
- Szybko się uczysz - powiedział żołnierz.
Kolejarz odbezpieczył broń i poszli w ciemność. Udali się w stronę podziemnych hal. Tym razem droga była jeszcze gorsza, jeszcze więcej myśli tłoczących się w głowie i jeszcze więcej niepewności, strachu oraz samotności. Ubezpieczali się wzajemnie. Kolejarz wypatrywał zagrożenia w ciemności. Chłopiec przygotowywał gardło, cicho odksztuszając. Chciał mieć pewność, że głos go nie zawiedzie, kiedy będzie musiał go użyć. Sid spodziewał się najgorszego. Po jakimś czasie dotarli wreszcie do Maślic.
- Gadaj, no już! – dorwali obcego.
- Ja nic nie wiem.
Sid wychodził z siebie.
- Zaraz wyjdę ze skóry, jak nie zaczniesz gadać.
- Dobrze już, powiem. Ale żeście mnie zaszli z zaskoczenia. Nie daruję sobie. Ale dałem się podejść.
- Gdzie wodniak?
- W głównej hali.
- Ma obstawę?
- Ma, a jakże. To cała armia, a nie tylko obstawa.
- Ilu?
- Wielu, oj wielu. Nie wiem dokładnie ilu, ale wielu.
- Dobra. Co knuje?
- A skąd ja mam to wiedzieć?
- Plotkujecie przecież.
Kolejarz poklepywał żołdaka po plecach, kiedy ten zadawał pojmanemu aresztantowi konkretne pytania.
- Dobre przesłuchanie - powtarzał. - Trafne pytania.
- Spodziewa się odwiedzin sędziego – odparł wzięty do niewoli.
- Jaki jest cel wizyty?
- Przecież prezydenta miasta nie wybrali. Będą się układać.
- No, już w to uwierzyłem. Gadaj, co knuje?
- Nie wiem, naprawdę.
- Mów, póki jestem miły – nóż w dłoni żołdaka błysnął w świetle latarki.
- Chcą ich zabić – wystraszył się zakładnik.
- Sędziego?
- Wszystkich, którzy przyjdą – wyjaśnił.
Trójka przyjaciół zerknęła po sobie i wymieniła porozumiewawcze spojrzenia. Sid dał znak kompanom, a potem znowu poświecił latarką na marudera.
- Dobra, spójrz tam – wskazał na sufit, żartując przy tym.
Wartownik zerknął w górę, a wtedy Sid niespodziewanie skręcił mu kark. Trwało to wszystko ułamki sekund. Kości cicho chrupnęły i ciało bezwładnie osunęło się na twarde podłoże. Latarka przyczepiona żyłką do przedramienia żołdaka jeszcze przez chwilę kołysała się niczym wahadło zegara. Na betonie pojawiły się świetliste smugi, które szybko zanikły.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 31 sty 2018, 22:47 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Załącznik:
metro 2033 wrocław.jpg
metro 2033 wrocław.jpg [ 166.08 KiB | Przeglądany 214 razy ]
Załącznik:
metro2033wrocławfoto.jpg
metro2033wrocławfoto.jpg [ 316.65 KiB | Przeglądany 214 razy ]


Załączniki:
mapa miasta_wroc.jpg
mapa miasta_wroc.jpg [ 166.08 KiB | Przeglądany 214 razy ]
Na górę
 Wyświetl profil  
 
 Tytuł: Re: Sid
Post: 31 sty 2018, 22:51 
Offline

Rejestracja: 14 sty 2014, 0:39
Posty: 48
Głód, który wykręcał kiszki na drugą stronę. Pieruński ból brzucha. Marne resztki, szczurze mięso. Dziadowska suchość w pysku. Wilgoć zlizywana prosto ze ścian smolistych tuneli. Napar z grzybów, posmak pleśni albo metalu. Drakoński kaszel, który nie pozwalał złapać tchu; mógł też zdradzić zajętą pozycję, kryjówkę. Na ryjach maski, słonie z długimi rurami. Zabrudzone osłony na oczy. Brudne skafandry i zużyte buty. W dłoniach latarki, które już nie świeciły. Wyczerpały się baterie. Kałachy załadowane i gotowe do strzału. Pobrzękujące maczety. Brak snu, omamy, zwidy i senne drzemki. Trupy, flaki, oberżnięte łby, szkielety, strzępy skóry i odzienia. Pochodnie rozjaśniające mrok. Ogniska, nad którymi wisiały dymiące kociołki z gotującą się strawą. Słodkawy zapach zupy, wydobywający się z gara. Pieprzne aromaty. Kanibale. Mordercy. Gwałciciele. Pedofile. Mutanty. Wygnańcy i wędrowcy. Osadnicy. Garstka zwykłych, dobrych ludzi. Stacje, tunele, kanały i dworce. Codzienność podziemnego Wrocławia. Okrutna walka o przetrwanie.
Złego licho nie bierze, wciąż to powtarzam. Nie mogę przez to spojrzeć w lustro. Zabijać jest łatwo, gorzej z ratowaniem życia. Komu by się chciało w tych czasach? Nikomu. Człowiek trzęsie gaciami na każdym kroku. Boi się o życie. Ból jest niewyobrażalny. Strach poraża. Nadzieja zdycha, ubywa jej z każdym kolejnym, martwym mieszkańcem. Piekło jest przy tym zaledwie przygrywką, wstępem do meritum.
Zemsta jest słodka. Tuż po tragedii można było sobie zaszaleć. Wyrównać rachunki. I wyrównywano je na potęgę, nie patrząc na nic. Istna rzeźnia pełna ludzi przeznaczonych do uboju. Wojowanie, gdzie tylko się dało. Wojna to samo zło, każdy to wie, ale niewielu chce z tym skończyć. Wojna to władza i pieniądze. Wojna to przekleństwo. Kto pomoże rodzinie, kiedy zginie jedyny żywiciel i osieroci kilkoro niepełnoletnich dzieci? Państwo wypnie się na niego dupą. Po co jechał? Dla kasy, odpowiedzą. Jego wybór. A on tylko chciał wyżywić najbliższych i wspomóc swój kraj. Dlatego zginął. Wytłumaczcie to jego pięcioletniej córeczce, która stoi nad jego mogiłą i płacze. Banda politykierów.





Rozdział X
MAŚLICE
Mroczne i wielkie hale, gdzieniegdzie tylko rozświetlone pochodniami. Sufit pocięty w pasy. Sprzęt wojskowy i złom w zasięgu wzroku. Uzbrojona po zęby wataha ludzi i mutantów w czarnych kombinezonach, stojących pod ścianami, w rogach i na środku największej hali oczekiwała na znak, sygnał do walki. Druga banda właśnie wchodziła do wielkiej podziemnej fabryki. Ucichły głosy i szepty, było cicho, jak makiem zasiał. Setka ludzi, którzy słyszeli przyspieszone bicie serc i nierówny oddech. Cisza przed burzą, a potem ktoś z wchodzących nierozważnie zakaszlał. Wtedy się zaczęło, obie drużyny skoczyły sobie do gardeł.
Padły strzały, upadli pierwsi zabici i ranni. Słychać było krzyki, nawoływania, żałosne skomlenie i zawodzenie. W fabryce pojaśniało od wystrzałów, odpryski betonu spadały ze ścian. Kule raziły rykoszetem. Gwardia sędziego rozpoczęła szturm, dotąd ostrzeliwała się zza złomu, teraz rozkazem generała poszła naprzód. Natarła, a pierwsza linia od razu padła pod naporem kul. Pozostali szybko się rozproszyli. Widać było błyskające światełka na karabinach, niektórzy z nich mieli założone noktowizory. Słychać było specyficzne serie wystrzeliwane z kałachów. Ktoś rzucił granat. Po chwili pojawił się potworny rozbłysk, jakby słońce na chwilę zapaliło się pod ziemią. Jasność, jakiej już dawno nie widzieli. Potem huk, słychać było krzyk rozrywanych na części ludzi. Seria z automatu, po niej następna i kolejna. Ciągły ogień z obu stron. Była to rzeźnia, jakich mało. Porozrywane ciała leżały gdzie popadnie, podziurawione kulami trupy były wszędzie. Można było się o nie potknąć. Sid wraz z towarzyszami nie wyściubili nosa ze schronu, jaki sobie na prędko urządzili. Była to mała pakamera, magazynek o grubych betonowych ścianach - jakiś były składzik maszyn do produkcji amunicji. Pakamera, która stanowiła integralną część hali, w której trwała właśnie zażarta walka. Po jakimś czasie ogień ustał. Zapanowała cisza, którą przerywały pojękiwania rannych, kaszel i błagalne prośby o pomoc. Sędzia, który zapobiegliwie nie wszedł do hali, przeklinał pod nosem.
- Cholerny kaszlak, tak kaszleć, jak karabin maszynowy, jak… sroka w lesie, którą kiedyś słyszałem. Psia krew, pozabijali się nawzajem. Zabili wojewodę, generała. W cholerę z tym wszystkim. Idziemy stąd - rozkazał najbliższej obstawie, którą tworzyło pięciu rosłych i dobrze uzbrojonych ludzi. - Brać prochy i w drogę. Miały być dla nich na wymianę, ale skoro tak się sprawy potoczyły, to zabieramy, co je nasze. Książkę zabierzcie, trzeba będzie kłódkę zerwać i zajrzeć do środka, bo wodniakowi na nic się już ona nie zda. Miał mi dać poparcie w zamian za te dobra. Tak, czy siak, dał mi je i tak, co za różnica jak. Umarł król, niech żyje król. Mniej konkurencji, to nawet lepiej. Gwardię przyboczną zaś odbudujemy.
Sid obszedł pobojowisko. Same trupy, krew, flaki, roztrzaskane łby, strzępy odzienia, fragmenty masek, skafandrów i pancerzy, które walały się wszędzie, gdzie tylko zerknął. Czasami schylił się i coś podniósł, a potem schował to do kieszeni, albo wetknął za pas. Wydawało mu się, że odnalazł ciało zabitego wodniaka, ale pewności żadnej nie miał. Bogato zdobiony skafander nieboszczyka świadczył o tym, że był to ktoś nietuzinkowy. Takich ktosiów odnalazł tam jeszcze kilku. Chłopiec z kolejarzem stali w progu.
- Nie patrz tam - mówił do młokosa dziadek.
- Nie patrzę - odpowiadał dzieciak, choć przez cały czas próbował zajrzeć do środka.
- Ciekawość, to pierwszy stopień do piekła - mówił kolejarz.
- Przecież żeśmy są w piekle, dziadku, nie pamiętasz już?
Zapachy prochu, krwi, potu, moczu i odchodów rozchodziły się po hali. Wędrowcy nie czuli ich jednak pod maskami. Do ich nozdrzy dochodził tylko metaliczny aromat. Wyczuwali strach i śmierć, która była niedaleko. Zebrali się w sobie i poszli tropem sędziego, którego usłyszał chłopiec.
- Masz głos, synu - powiedział żołdak - ale słuch też masz pierwszorzędny. Jak widać, jedno idzie w parze z drugim.
Ciemny tunel, który ciągnął się im niewyobrażenie.
- Dłużyzna - oznajmił żołdak.
- Tyle samo w jedną i tyle samo w drugą stronę - odrzekł stary.
- Toś mi odkrycie zapodał - podsumował żołdak.
Po ścianie szły mrówki, duże i czerwone, wielkości os. Czarne robale rozbiegły się na wszystkie strony, kiedy Sid poświecił latarką przy podłodze. Szelesty, zgrzyty, a potem syk i jakiś cień, który przemknął po ścianie. Zobaczyli psa, który nie miał głowy. Stał na czterech łapach podparty o ścianę. Kawałek dalej wisiał jakiś człowiek, miał związane ręce i nogi. Ktoś go powiesił na linie przy suficie za nogi głową w dół, i dyndał tak sobie, jak wisielec, gdy coś cicho skapywało w mrok. Sid poświecił latarką w tamtą stronę. Kolejarz zerkał przez jego ramię. Chłopiec szedł na końcu stawki. Sid wystraszył się, kiedy ujrzał szyję wisielca. Ktoś odrąbał mu głowę i powiesił jego ciało nad wiadrem, żeby krew spłynęła do środka. Widok był iście porażający, nawet dla żołdaka, który już sporo widział w życiu i który natychmiast podniósł latarkę do góry, żeby chłopiec się nie wystraszył. Ominęli wisielca i poszli dalej. Setki kroków na brudnym i zakurzonym podłożu.
- Męczący marsz w tę i z powrotem - jak określił ich wyprawę stary.
Mroczna wędrówka, gdzie co pewien czas odkrywali ślady pozostawione przez sędziego, który wyprzedzał ich o dobrą godzinę. Najpierw ślady biwaku, potem toalety, dalej porzuconego legowiska. Sid, kolejarz i chłopiec też musieli po drodze odpoczywać, szli więc o wiele wolniej od bandy sędziego.
- Widziałeś trupy?
- A jakże, pełno ich tam było.
- Sid, rozpoznałeś kogoś?
Żołdak szurał butami po zaśmieconym podłożu. Odwrócił się w stronę kolejarza.
- Wydaje mi się, że tak.
- Kogo?
- Wielkiego kupca, wojewodę, może nawet wodniaka?
- Jesteś pewny, Sid?
- Niczego nie jestem pewny. Niczego.
- Rozumiem.
- Guzik rozumiesz. Wiele dotąd widziałem, ale to?! I to jeszcze, w jakim celu? Dla politycznych aspiracji?! Świat oszalał…
- Sid, świat oszalał już dawno temu.
- Ano racja, nic nowego. Polityka to bagno.
- To nie polityka jest zła, nie ona sama w sobie. To ludzie są źli. To źli ludzie wykorzystują ją do swoich niecnych celów.
- Do bogacenia się?
- Też.
- Do krzywdzenia innych?
- To przede wszystkim, Sid.
- Politycy…
- Tylko politykierzy.
- Politykierzy, klakierzy, dziadek.
- Jak zwał, tak zwał. Sid, tego nie da się zmienić.
Zrobili mały postój.
- Na siusiu - jak oznajmił chłopiec.
Poprosił o to, ciężko było mu odmówić. Napili się, zjedli coś i zapalili po skręcie. Powspominali dawne czasy. Słoneczność, schyłek dnia, zmierzchanie, dżdżystość, szum płynącej strugi księżycową nocą i brzask. Śnieżynki w powietrzu, nieograniczone przestrzenie, górzystość terenu, źdźbła trawy, niezapominajki, źrebaki hasające po łące, ziarenka piasku i morskość. Filiżanki z gorącą kawą i herbatą, rachatłukum, bombonierki pełne słodkich niespodzianek. Żar ogniska, ptasi szczebiot i trzepot skrzydeł, skrzące się drobiny na trotuarze, skrzypienie szafy, szelest liści i liczne miłostki. Okruszki chleba w chlebaku, pszczoły, miód i korniszony. Pory roku. Chłopiec tylko słuchał. Arkosolium zdawało się nie mieć końca.
- Jaki mamy plan?
- Plan? – zdziwił się kolejarz.
- No, dokąd zmierzamy?
- Sid, idziemy za nimi. To miał być pościg, ale z tego, co widzę, to raczej jest wleczenie się. O, tu byli, bo zostawili ślady, a tam nie było nikogo, bo nic się nie zmieniło od czasu, kiedy tędy szliśmy. I tak w kółko. Wedle moich obliczeń, wiedzy i przeczucia, powinni skierować się na piątkę, piątą stację, a stamtąd… na szóstą, do bunkra na Ładnej.
- Nie pójdą z piątki na dychę, na uniwerek? – zapytał żołdak.
- Raczej nie, są osłabieni. Poszliby pewnie z ekipą wodniaka na rektora, ale w tej sytuacji uczelnia chyba jest bezpieczna.
- A co jeśli wodniak jednak nie zginął?
- Wtedy, Sid, wtedy będzie krucho i tylko kwestią czasu pozostanie, kiedy zbiorą siły i znowu zaatakują.
- Chyba masz rację.
- Nie wiem, może. Pójdą raczej na szóstkę, a stamtąd dawnym podziemnym szpitalem pod placem Grunwaldzkim udadzą się w stronę stacji trzynastej, czyli na stadion Olimpijski.
- Czyli, że idziemy tunelem na bunkry, a potem na stadion Olimpijski?
- Na razie taki jest plan. O plan pytałeś, nieprawdaż?
Sid uśmiechnął się do kolejarza i choć ten nie widział jego uśmiechu, dobrze go wyczuwał. Poznali się już trochę i nie jeden chleb zjedli z tego samego pieca. Wiedzieli o sobie wystarczająco dużo, żeby przewidzieć reakcję towarzysza.
- Sid, słyszę coś?
Żołdak przystanął i próbował nasłuchiwać.
- Nic takiego, to chyba nic.
- Sid, to było coś – powiedział chłopiec.
- Było, ale już nie ma. Nie ma tego, i nie ma co tym sobie zawracać głowy.
- Poszło sobie, no i dobrze.
- Ciszej, młody. Coś tu jednak jest – oznajmił kolejarz. – Skrobie, skrada się, zbliża się do nas…
- Widzisz to?
- Nie.
- Niedobrze, cholera. Zapalić latarkę?
- Jeszcze nie teraz.
- Nie teraz, nie teraz. Kiedy, jeśli nie teraz?
- Sid, gadasz i gadasz. Żebyś tyle gadał o sobie, kiedy trzeba, to byśmy się czegoś o tobie dowiedzieli. Milczysz, jak głaz. Teraz zaś, gadasz jak najęty.
- Stary, nie wkurwiaj mnie.
Po tych słowach zapanowała dłuższa cisza. Każdy z nich musiał coś sobie przemyśleć. Odgłosy przybrały na sile.
- Czego nic nie mówicie? – zapytał wystraszony chłopiec. – Boję się.
- Nie bój – Sid przeładował broń.
- Nie bój się, widzę go – powiedział dziadek. – Chyba nie ma broni.
- Zapalę latarkę i zaraz się tego dowiemy.
- Nie, Sid. Mówiłem już, że nie. Wystraszysz go.
- Żartujesz, prawda?
- Nie, ucieknie i zgubi się.
- Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz, dziadek?
- Tak, dobrze słyszę. On jest niegroźny.
- Skąd to wiesz? Przeczucie?
- Nie, widzę to. On się nas boi…
Kolejarz miał rację, na ich drodze stanął człowiek, który najprawdopodobniej się zagubił, bądź był chory psychicznie. Miał dziwne spojrzenie, takie jakby od dawna nie widział światła. Sid poświecił mu latarką prosto w oczy, obcy zmrużył wtedy powieki. Nie można było się z nim porozumieć w żaden sposób. Zostawili mu coś do jedzenia, nalali wody do pustego kubka, który posiadał i poszli dalej.
- Fałszywy alarm – oznajmił żołdak.
- Nigdy nie wiadomo.
- Dziadek, a ty w kółko to samo, jak zdarta płyta.
- No, bo ja jestem taka zdarta płyta właśnie. Nic dodać, nic ująć.
- O, tu też byli. Zobaczcie, folie po dragach. Prochy zapewne wciągnęli. Dobre tempo mają. Gnają i gnają źli ludzie sędziego.
- Nie dościgniemy ich.
- Stary, nic nie bój. Nie tu, to gdzie indziej. Dopadniemy ich, zobaczysz.
- Wierzę ci, trzymam cię za słowo.
Powrócili do piątki. Przeszli przez kompleks dworca Nadodrze, przebrnęli przez lochy piątki, spenetrowali bunkier przy Ołbińskiej i udali się kolejnym tunelem wprost do szóstki. Zastanawiali się przez chwilę, czy aby nie pójść do czwórki, do bunkra na placu Strzegomskim, ale ostatecznie z tego zrezygnowali. Kolejarz wspomniał jeszcze niesamowity pomnik, jaki dane było mu oglądać w pobliżu bunkra. Kiedy często szedł ulicą Legnicką od strony placu Jana Pawła II w stronę ulicy Poznańskiej tylko po to, żeby w pobliżu schronu popatrzeć, choć przez chwilę na lokomotywę skierowaną ku słońcu, mocno dumał o niebie i kosmosie. Zerkał wtedy na parowóz i tory, które miały prowadzić prosto do gwiazd.
Następne godziny spędzone w ciemności pod ziemią. Nierówny oddech pod maską, ból głowy i zapach żelaza. Strach przed nieznanym. Trójka towarzyszy w brudnych skafandrach, maskach i kapturach, które okrywały ich głowy. Idących na zatracenie, zmierzających do miejsca końca wszystkiego.
- Życie ma smak goryczy - powiedział stary.
Sid mu przytaknął.
- No, szczególnie po wypitym browarze - dodał mimochodem.
Kolejarza bolały kolana, czasami przystawał na chwilę, żeby odpocząć. Bał się wtedy usiąść, gdyż dobrze wiedział, że może się już nie podnieść. Chłopiec wtenczas stopował Sida, który klął pod nosem. Żołdak częstował dziadka wódką, ale ten jej nie tknął. Poprosił o proszki, które zaraz zażył.
- Jak tak dalej pójdzie, to będę musiał wstrzyknąć ci adrenalinę - żartował żołnierz.
- Lepiej nie - bronił się dziadek. - Lepiej nie.
Kaszlał przy tym i pluł krwią prosto w maskę. Sid pociągnął z menażki kilka łyków okowity.
- Zdejmij to cholerstwo i zapal sobie, to kaszel zaraz ci przejdzie - częstował polskim starego.
- Co cię nie zabije, to cię wzmocni - odpowiedział dziadek i wziął papierosa.
Zapalili i poszli dalej. Zdyszany kolejarz coraz częściej spowalniał pościg.
- Zostawcie mnie, idźcie dalej sami, Sid.
- Dawaj, dawaj, ruszaj dupsko, stary.
- Dziadku, dasz radę, pomogę ci iść. Mogę nawet nieść twój plecak.
- Nie trzeba, sam go poniosę.
- Tęsknię za mamą, wiesz dziadku? Ty nie tęsknisz za swoją rodziną?
- Tęsknię, ale nie chcę o tym gadać.
- Sid, a ty tęsknisz za swoją rodziną?
Żołdak odwrócił się w stronę chłopca i spojrzał na niego nieprzyjemnym wzrokiem.
- Z byka spadłeś, czy co? Odpieprz się!
Chłopiec zatrzymał się i poczekał na kolejarza, w ciszy razem poszli dalej. Żołdak był już wtedy wiele metrów przed nimi.
- Wodniak mógł przeżyć, skoro Sid go nie rozpoznał.
- Mógł przeżyć, ale mogło go też poszatkować, synku.
- Mogło, ale mogło go też tam nie być – odparł żołdak, kiedy zawrócił.
Sid zamyślił się.
- Wbiłeś mi tym ćwieka – rzucił dziadek. – Zbiłeś z pantałyku. Skonfundowałeś mnie, czy jakoś tak - dziadek zaśmiał się. - Główka pracuje, co? Nikt z nas nie pomyślał o tym, że sędzia z wodniakiem mogli być w zmowie.
- Dobrze gadasz, stary.
- Nie mów tak do dziadka!
- Cicho, młody. Stary, to stary i już. Ty też kiedyś będziesz stary.
- Starczy już. Sam się obronię, jak będę chciał. Ale dzięki. Mogli być w zmowie po to, żeby pozbyć się konkurencji. Walka o władzę.
- Tak teraz wyglądają kampanie wyborcze – oznajmił żołdak.
- Głosowanie jednak, dopiero przed nami – powiedział dziadek.
- Głosowanie? – zapytał chłopak.
Mężczyźni spojrzeli tylko po sobie. Nie odpowiedzieli chłopakowi i poszli dalej. Tunel zwężał się coraz bardziej, aż niemożliwym stało się dalsze poruszanie. Odszukali wtedy schodki, którymi trafili do wilgotnego kanału, a stamtąd kolejnymi schodkami dotarli na samą górę. Sid uchylił właz i wystawił lusterko, które odwrócił kilka razy. Nie zauważył żadnego ruchu, ani zagrożenia. Pchnął pokrywę i wystawił głowę, rozejrzał się tu i tam, a potem wynurzył się na powierzchnię. Sięgnął po plecaki, które podał mu chłopiec. Położył plecaki na błyszczącym od wilgoci bruku i podał rękę chłopcu, który podciągnął się na niej i wydostał z kanału. Stary ledwo wspiął się na górę. Położył się na kostce brukowej, kiedy znalazł się już na ulicy. Ciężko dyszał. Wpatrywał się załzawionymi oczami w puste niebo. Legł na wznak i ani mu było w głowie się poruszyć. Zerkał na czarne dziury, które jak mu się wydawało, pożerały szarości niebios. Lekka mgiełka unosiła się w powietrzu. Skrzące migoczące drobiny srebra mieniły się w oczach i połyskiwały. Potem rozpadał się czarny deszcz, który oblepił wszystko niczym smoła. Konsystencją przypominał ropę naftową. Mężczyźni widzieli, jak kleił się do gruzów domów i jak przylegał do szkieletów budynków oraz skafandrów. Powalone ściany budowli, wszędzie pełno było popękanych i pokruszonych cegieł. Wieżowce odarte z tynku, oskalpowane z wierzchniej warstwy, straszące swym widokiem, skąpane w czarnej mazi. Czarne kleiste błocko pod butami. Połyskujące oczy w ruinach domów. Odgłosy niezadowolenia, dobiegające z ciemnych bram. Pustki na ulicach. Sid przecierał osłony na oczy i wypatrywał zagrożenia. Deszcz się skończył i zaczęło kropić. Kolejarz z chłopcem tachali cały majdan. Pojawił się siwy dym, w dali coś się paliło. Usłyszeli wybuch, porównywalny do eksplodującej instalacji gazowej w mieszkaniu. Ujrzeli szczurze rodziny sunące wzdłuż miejskich ruin, kiedy przestało siąpić. Zobaczyli też pierwszych ludzi. Niektórzy z nich przemykali bokiem, bojąc się uzbrojonych i zamaskowanych osobników. Inni, przede wszystkim ci bez masek i kombinezonów ochronnych, wykonywali w stronę idących piechurów obsceniczne gesty. Grozili, szydzili, pokazywali środkowy palec, wreszcie biadolili. Większość z nich zachowywała się irracjonalnie. Niemal wszyscy płakali. Gołym okiem widać było, że ich skóra była skażona. Ludzie ci powoli stawali się zdeformowanymi mutantami. Większość z nich umierała dość szybko, silniejsze organizmy zmagały się z promieniowaniem dość długo. Wcześniej, czy później i tak odchodzili z tego świata w bólu i męczarniach. Sid widział już stosy takich ciał, które czasami ciągnęły się kilometrami przez miasto.
- Szczury będą miały używanie - za każdym razem myślał.
Wielkie włochate kule, bestie o błyszczącej i najeżonej sierści, z długimi ogonami, z twardymi pazurami i ostrymi, jak żyletki zębami, penetrowały tunele i zakamarki miasta, niczym wygłodniałe lwy, które uciekły z ogrodu zoologicznego i puściły się w miasto na żer. Czuły się jedynymi panami Wrocławia. Sid zobaczył hybrydę psa i kota, którą gwałcił wielki owczarek niemiecki. Na kolejnej ulicy, idący mężczyźni dostrzegli grupę nagich istot człekopodobnych. Wielki samiec z ogromnym przyrodzeniem, gibając się na boki, gonił grubą niewiastę posuwającą się naprzód kaczym truchtem. Powalił ją na bruk, kiedy ją dopadł. Pozostali spłoszyli się, kiedy dostrzegli zamaskowane postacie. Tamten nawet nie zwrócił na nich uwagi, popęd seksualny był silniejszy od strachu, a zaspokojenie żądzy stało się ważniejsze od ochrony życia. Samica darła się, jak opętana, kiedy zadowalał się na niej. Sid chciał mu wypalić prosto w łeb, ale kolejarz odwiódł go od tego pomysłu.
- Zostaw, nie można - powiedział. - Natury nie okiełznasz, nie zapanujesz nad nią.
Dotarli w pobliże mostu Grunwaldzkiego, gdzie spojrzeli na niską linię wody i na jej czarne i drżące lustro. Widzieli Urząd Wojewódzki, bibliotekę, muzeum Narodowe i katedrę w oddali. Spoglądali na pozbawiony dawnego uroku Ostrów Tumski. Krótki postój, bezcenna chwila odpoczynku i straszliwe obrazy, które do nich docierały przez zmęczone i szkliste oczy. Płakali, ciągnęli nosami i nic nie mówili. Potem poszli dalej. Skierowali się w stronę bunkra na rogu ulic Ładnej i Miłej. Nic już nie zakłóciło ich drogi. Do schronu dotarli dziesięć minut później.


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 75 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  


cron

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
CoDFaction.com Style by Daniel St. Jules of David Bowie MP3