Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 

Angel of Death

 Tytuł: Angel of Death
Post: 02 lis 2017, 19:45 
Offline

Rejestracja: 16 lis 2013, 19:17
Posty: 9
Uniwersum nie związane z Metrem - inny czas, inne miejsce i w ogóle inna apokalipsa.
Co się "skichało" z naszym światem - będzie wyjaśniane w kolejnych częściach - jeśli chcecie je czytać :)
Uprzejmie proszę o komentarze i sugestie :)




Zimny deszcz zacina o kaptur habitu.
Dzięki ubraniu mnicha nie muszę się ukrywać. Bogobojni chłopi i stróże karnie schylają głowy na widok zakapturzonej postaci. Widać że zakonnicy i inkwizytorzy dobrze ich wytresowali. Wychudzonym wieśniakom nawet przestały przeszkadzać obfite brzuszyska ich pasterzy. To dobrze – pod szmatami da się upchnąć mnóstwo szpeju: karabinek, granaty, przenośne radio czy kamizelkę kuloodporną.
Zmierzam powoli ku obwarowaniom dekanatu. Pośpiech nie przystoi pogrążonym w modlitwie mnichom. Zresztą, główne "atrakcje" zaczną się dopiero po zachodzie słońca.
Wybudowana przy Kościółku osada tętniła życiem - ostatni odpust i targi przed nastaniem zimy. Sznury aut i ciągniętych przez niewolników wozów zmierzał do głównej bramy. Dyskretnie przyjrzałem się wymęczonym tragarzom. Posiniaczone i umorusane szkielety, z których jakimś cudem nie odpadła jeszcze skóra. Niecierpliwi kupcy i ochroniarze mobilizowali ich do pracy biczami i kijami. Pobłogosławiłem grupkę "pałującą" jednego z niewolników: mieli czternaście, może szesnaście lat. Bezduszne uśmiechy i oczy morderców - ot, chcąca dorobić młodzież.
Dotarłem w końcu do rozpostartych straganów. Smażone myszy i szczury, zasuszone psie mięso, trochę paszy, a nawet tak rzadkie dzisiaj torby z nawozem i nasionami. Im dalej w las, tym mroczniej. W małych klatkach tkwiły wspomniane wcześniej gryzonie i hodowlane króliki. W nieco większych, służących kiedyś do chowu świń, upchnięto ludzi: głównie młode, płaczące nieustannie dziewczyny. Bogobojni chłopi chętnie przygarniali je pod pierzyny na długie, zimowe wieczory. Jakaś grupa dobiła właśnie targu, wyciągając z klatek za włosy dwie smarkule. Pożyją kilka miesięcy, może rok, nim dostaną gorączki połogowej rodząc w jakimś chlewie. Dłonie zaciskają się w pięści, kolba ukrytego Wintoriez'a korci swoim ciężarem...
Nie mogę się zdradzić - nie teraz.
Niewolnictwo, w tym także seksualne, nie spędzało snu z powiek klasztornych hierarchów. Wręcz przeciwnie - sami chętnie wykorzystywali wyłapywanych na wschodzie "innowierców", tłumacząc w trakcie płomiennych kazań iż tamci nie mają praw większych od zwierząt.
Udając że modlę się przed jedną z figurek, przyjrzałem się umocnieniom. Była tylko jedna wieża strażnicza, z samotnym, wyposażonym w sztucer wartownikiem. Stróżówkę zbudowano dokładnie nad wystającymi zbiornikami. Pokiwałem z niedowierzaniem głową. Delikatnie mówiąc - braciszkowie huja się znali na taktyce.
Dźwięk dzwonów zakończył moje rozmyślania. Zmęczeni handlem wierni ochoczo ruszyli do rozwartej bramy, pragnąc zobaczyć finał odpustu.
Ja skorzystałem z bocznej furtki - nikt nie niepokoił samotnego mnicha. Zerknąłem w stronę zbiorników paliwa - dokładnie po drugiej stronie muru rozpostarto namiot, pod którym zgromadziły się kobiety z dziećmi. Zimna gula urosło mi w gardle. Połowa mieszkańców osady to skończone gnidy... Druga połowa dostosowała się po prostu do nowego świata.
Nie było jak ich przegonić - cały mój kamuflaż prysłby jak bańka mydlana. Popatrzyłem chwilę na grupę grających w nogę dzieci, spoczywające na ławie matki, niemowlaki... Kolejne twarze, które będą nawiedzać mnie w koszmarach.
Niewielki plac przed kościółkiem był za mały na takie tłumy. Tłuszcza przepychała się i wzajemnie tratowała, ustawiając w kolejkach do kamieniowania czy łamania kołem. Ustawieni pod ścianą skazańcy nie byli aż tak niecierpliwi...
Nie zatrzymując się podreptałem ku głównej atrakcji wieczoru przygotowanej na zapleczu wiekowej świątyni. Wymontowane ze zniszczonych fabryk palniki już się żarzyły, oczekując na grzeszników - klastyczne palenie na stosie zajęłoby zbyt wiele czasu. Czekałem cierpliwie aż gawędź upora się z lżejszymi przestępcami, skrywając się dyskretnie za jedną z kolumn. Solidny kawał kamienia - powinien ochronić przed podmuchem i płomieniami.
Wiwatujący tłum w końcu nadciągnął, spragniony widoku karanych grzeszników.
Niski, gruby jak beczka kapłan wyszedł ku oczekującym wiernym. Tłuścioch z trudem wdrapał się na prowizoryczną ambonę.
- Bracia i siostry... - zaśpiewał melodyjnie.
Nie słuchałem całej przemowy, wychwytując jedynie istotne informacje:
- Bluźniercy w liczbie 16stu!
- Szpiedzy - tych dopisało, dzielni inkwizytorzy wyłapali blisko 20 Białorusinów i kilku Nafciarzy.
- Innowiercy - jacyś niechcący się przechrzcić starozakonni i para młodych tatarów.
- Heretyczka - wstrzymałem oddech - jedna, wraz z plugawym pomiotem!
- Zbawienie, służba, wiara...
Wprowadzono pierwszą grupę. Doświadczeni akolici szybko uporali się z szamoczącymi się postaciami, wieszając je za ramiona na stalowych łańcuchach. Różny wiek, różna płeć, łączyła ich jedynie bezsensowna śmierć. Z przerażonych ust wyciągnięto kneble - błagania, krzyki, skomlenie. Dyskretnie włożyłem sobie "stopery" do uszu. Nie to że byłem jakiś szczególnie wrażliwy - widywałem dużo gorsze rzeczy. Wkrótce będzie tu jednak bardzo głośno.
Kapłan skinął na kata, ten zaś odkręcił kurek. Ryk aprobaty tłumu i syk karbidówek zagłuszyły krzyki płonących. Później przyszła następna grupa. I kolejna, i jeszcze jedna - jednocześnie "obsługiwano" pięciu skazańców. Czasami jedynie kaci wieszali na jednym łańcuchu kilkoro dzieci. Musiałem czekać do samego końca - kolejność wyczytania wyroków pokrywała się z porządkiem egzekucji.
Było już ciemno, gdy zobaczyłem ją w ostatniej grupie. Przerażona, zaszczuta i poniżona - tkwiła w już prawie pustej klatce, tuląc w ramionach synka.
- Asia...- szepczę bezgłośnie.
Serce - dotąd obojętne i spokojne, przyśpiesza gwałtownie pompując wrzącą od adrenaliny krew. Skóra pokrywa się gęstym potem. Zerkam ponownie na bawiącą się dzieciarnie. Niestety, smarki i mamuśki dalej tkwiły pod zbiornikiem.
PIEPRZYĆ ICH !
Czekałem aż nadejdzie jej kolej - rampa prowadząca od klatek powinna osłonić ją i małego. Głupio byłoby ich zabić...
Kątem oka dostrzegłem nagłe poruszenie wśród zakapturzonych "współbraci". Zakapturzone eminencje kręciły się po placu, dając znaki ochroniarzom i wartownikom. Najwyraźniej znaleźli ciało.
Rusza ostatnia grupa skazańców...
Zaciskam palce na przełączniku...
PSTRYK - radiowy przekaźnik świeci się na czerwono. Zauważa mnie jeden z braci, rusza ku mnie razem z gwardzistą. Bose stopy Asi wchodzą na rampę. Z twarzy dziewczyny zniknął strach - został jedynie żal i rezygnacja. Dostrzegam jak bardzo za siniaczone jest jej kroczę - inkwizytorzy nie słynęli z cielesnej powściągliwości...
- Kim jesteś ? Bracie ?! - dłoń mnicha ląduje mi na ramieniu. Uśmiecham się do wszarza i wciskam detonator.

BOOM!!!

Ryk eksplodujących zbiorników mało co nie rozerwie mi bębenków!
Fala ognia zalewa plac zmieniając parafian w żywe, wyjące pochodnie.
Podnoszę się z kolan i wyciągam karabin. Tłumik świergocze, posyłając do diabła dwóch zaskoczonych strażników. Promień lasera ułatwia celowanie - nawet nie patrzę przez szczerbinkę. Kapłan, kat, ministrant i tarasująca mi drogę para widzów. Dodaje ich do listy kilkuset innych, których dzisiaj zabiłem.
Wpadam na rampę - ŻYJĄ! Dzieciak przewiesił zakute rączki przez szyję matki. Dobrze - nie trzeba go ciągnąć.
- Chodu! - drę się do oszołomionej Aśki, próbuję poderwać ją z ziemi. Opiera się - nie chce wracać do katowskich piwnic. Ale to najłatwiejsza droga ucieczki. Dziewczyn przestaje się szarpać, gdy odstrzeliwuję wybiegającego z katakumb inkwizytora. Zmieniam w biegu magazynek i wpadamy do środka.
- Poczekaj! - zatrzymuję się tuż za drzwiami, ciskając "flashbangi" w mroczne korytarze.
- Chryste! NIC NIE SŁYSZĘ! - ma szczęście!
Zasłaniam ją i dzieciaka, chroniąc przed detonacjami.
Granaty są polskiej konstrukcji - po pierwszej ogłuszającej eksplozji, następują serie słabszych,
podobnych do salw z karabinów.
- Dalej! Nie puszczaj mojej ręki!
Pędzimy mrocznymi korytarzami. Większość ludzi leży oszołomiona na ziemi. Na drodze staje nam jedynie jakaś kucharka z rzeźnickim nożem, ogolony akolita oraz zasłonięta przez dym sylwetka - może oswobodzony wiezień, może inkwizytorskie ścierwo. Strzelam byle jak - praktycznie z biodra. Gnamy dalej, zostawiając w tyle wyjące z bólu postacie. Docieramy w końcu do wyjścia - starego zsypu na węgiel. Na górze migocze jakiś cień. Sapiący mężczyzna schyla się, przepitymi oczami próbują dostrzec coś w mroku.
- Kto tam ?!
W odpowiedzi dostaje porcje ołowiu.

Zrzucam habit i okręcam nim nagą Aśkę i dzieciaka.
- BOLI! ZWOLMmHmm... - muszę zakryć jej usta. Drze się jak opętana - chyba naprawdę ogłuchła!
Na podłodze dostrzegam krwawe ślady stóp - dziewczyn nie da rady dalej iść. Sprawdzam szybko ich obydwoje. Aśka - rozharatała sobie bosą piętę praktycznie do kości. Dzieciak jest w lepszym stanie - wpatruje się na mnie przerażonymi oczami.
Zarzucam ich sobie przez plecy - tak jak wcześniej mały wisiał za łańcuch na szyi matki. Wdrapuję się na górę, ciągnąc swój "bagaż", samemu mało co się przy tym się dusząc.
Ulewa ustała - akurat teraz, kiedy była tak cholernie potrzebna! Strugi deszczu i wiatr skutecznie utrudniają strzelanie. Przeważnie mi to przeszkadzało - jednak nie teraz, kiedy sam musiałem uciekać.
- Trzymaj się mnie za ramiona...
Dziewczyna patrzy się tylko tępo, wskazując na uszy. Daję znać na migi - obydwoje łapią o co chodzi. Poruszam się powoli, czujnie wypatrując ruchu. Zdeformowane, karłowate sosny, wysuszone kępy trawy ,parę ciernistych krzaków. Nie ma tutaj praktycznie żadnych osłon - kto pierwszy pociągnie za spust - wygrywa. Na szczęście nie spotykamy nikogo.
Padam dopiero przy drodze, zrzucając z pleców "bagaż". Znowu muszę zakrywać usta protestującej
Aśce. Przykładam palec do warg - rozumieją obydwoje. Kilka metrów od nas przemyka na sygnale wóz strażacki i kilka wojskowych Honkerów. Zareagowali cholernie szybko. Niedowierzając sprawdziłem zegarek - 23 minuty! Tyle minęło od
detonacji - mi się zdawało, jakby paręnaście seku...
Przywieram do gleby, słysząc ryk kolejnego silnika. Światła są jeszcze daleko - dostrzegam jednak charakterystyczny rozkład lamp. Mimo mroku zauważam też działko i gąsienice. Cholerne BMP. "Budę" mają odwróconą w drugą stronę. Sprawdzają tyły, albo - jeśli ktoś tam na górze mnie lubi - nie mają amunicji. Całkiem możliwe - zakon miał w swoich łapkach sporo fajnych zabawek. Gorzej z wyposażeniem do nich.
- Szybko - krzyczę i pokazuję na migi jednocześnie.
Przelatujemy błyskawicznie przez ekspresówkę, licząc że tamci nas nie dostrzegą.
- Aggrrrh! - Aśka upad po drugiej stronie.
Cholera! Zapomniałem o jej stopie. Raz dwa przerzucam ją sobie przez ramię, zabezpieczam karabin i biorę małego pod pachę. Bezbronny pędzę przez mrok, potykając się o kamienie, śmieci i obumarłe korzenie. Dawna puszcza - obecnie spalone wysypisko, oferuje zdecydowanie więcej kryjówek. Co i rusz chowam się za kikutami spalonych drzew, rozerwanymi oponami, stertami dachówek czy nawet zardzewiałymi wrakami - podmuch "przesunął" auta z drogi na setki metrów. Pełnia pomaga w wyczerpującym maratonie, ale odsłania nasze sylwetki - BMP zatrzymuje się przy drodze, lustrując reflektorami pobocza. Wieżyczka Wozu budzi się do życia, omiatając seriami las. Kucam, nie zatrzymuję się jednak, nim nie dopadniemy najbliższej jamy.
Kolejna seria - pociski świszczą nad nami. Cholera! Wiedzą gdzie strzelać. Szybko wyjmuję detonator i podręczne CB radio. Anteny powinny mieć zbliżone częstotliwości - problemem jest tylko zasięg. Urywam tą z radia i mocuje drutem do drugiego detonatora.
Pstryk, pstryk, pstryk. BMP zjeżdża z asfaltu i rusza w naszą stronę...
Pstryk, pstryk, pstryk! Jeśli drugi ładunek złapie częstotliwość, powinien "zaświecić" - prymitywne bomby nie potrzebowały dużo do szczęścia...
Świst pocisków - znowu "macają" teren. Są jakieś 100 metrów od nas, gdy zatrzymują się i otwierają włazy...
Pstryk, pstryk, KURWA PSTRYK! Wyskakujący "bojownicy" są dobrze wyposażeni - kałachy, M-16, kamizelki kuloodporne.
Drobne palce zaciskają mi się na ramieniu.
- Nie daj nas wziąść żywcem! - szepcze Aśka. Dopiero teraz dostrzegam ślady przypalania papierosem na piersiach. Przy delikatnych dłoniach brakuje palców.
Milcząc kiwam tylko głową na zgodę - i tak mnie nie usłyszy...
Pstryk, pstryk!, pstryk!,pstryk!
Patrol postępuje kilka kroków naprzód. Wskazują dłońmi - wprost w naszą stronę!
Pstryk! Podnoszę karabin...
Pstryk! Pstryk!
Zerkam na przezroczysty magazynek - 2 naboje...
Pstryk!
Błagam!!!
Pstryk!
Wiem że nie mam z nimi szans...
Błagam! Tylko Nie Tak! Pstryk!
Dziewczyna nie chce wracać do piekła. Zrezygnowana kiwa głową. Przerażony malec pochlipuje - nie wiem czy kojarzy o co chodzi matce. Wiem, że inkwizytorzy i kapłani mają dość "szerokie" preferencje.
Pstryk!
Mogłem poczekać w tym rowie!
Pstryk...Pstryk.
Mogłem nie biec przez tą jebaną drogę!
Pstryk...Pstryk.
Asia przesuwa delikatnie lufę karabinu pod swoją brodę.
NIE!!!
Pstryk...Pstryk...Pstryk...Pstryk...Pstryk!
Kurwa! Jak bardzo nie chcę! Rzucę się na tamtych, Aśka i mały się ukryją!
Pstryk...Pstryk.
Zakonnicy nie dali by takiego szpeju obszczymurkom. Odział przeszuka teren....
Pstryk...Pstryk!!! Zajmę ich! Aśka odczołga się powoli...
- Ruszać! Sprawdzić tam za drzewem! - rozkazuje przez właz dowódca.
Pstryk...Pstryk.
Profesjonalny marsz oddziału: obstawa tyłu, szpica, "krojenie tortu". To pieprzeni zawodowcy!
Pstryk...Pstryk!
Aśka nie da rady się nawet czołgać. Mały nie zostawi matki. Nawet jeśli, to i tak coś go zeżre. Albo ktoś...
- Nie daj nam TAM umrzeć - błagalny szept.
Odwraca się do syna.
- Już dobrze Olek - uśmiecha się, gładząc potargane włoski.
Uśmiecha się też do mnie...Tak jak kiedyś, dawno, dawno temu. W innym czasie, w zupełnie innym świecie.
Pstryk...Pstryk...Pstryk...Pstryk...Pstryk!
Jej wargi poruszają się bezgłośnie. Rozpoznaje słowa: "Aniele Boży, stróżu...".
...Anioł śmierci - tak cholernie ciężko nim być!
Pstryk...Pstryk...Pstryk...Pstryk...Pstryk!
- Tak wyszło, Death... Dobrze że się jeszcze spotkaliśmy...
Pstryk...
Odbezpieczam...
...Pstryk....
...Pstryk...
Słyszę już ich kroki - kończy się czas.
Pierwszy raz od lat płaczę...
...Pstryk...
...Pstryk...
Lekko napieram na spust...
...Pstryk...
...Pstryk...





Odległy błysk - momentalnie puszczam cyngiel.
Tamci też dostrzegają eksplozję i zamierają. Dowódca wychyla się z włazu. Pięć, dziesięć, jedenaście sekund - ogłuszający ryk drugiej detonacji - dystans się zgadza. Drugą bombę podłożyłem pod zbiornikami metanu. Walnęło dużo mocniej niż przy cysternie.
- Odwrót! - komandosi pośpiesznie wracają do dowódcy.
BMP zawraca w miejscu i wraca na asfalt. Wojacy uznali że ktoś atakuje osadę - ciężko byłoby im się wytłumaczyć, że zamiast walczyć strzelali do krzaków.
Nie ma czasu na radość - znowu podnoszę swoje cenne "pakunki" i uciekam ku toksycznym moczarom. Po dziesięciu minutach dopadamy do auta. Zakamuflowany Chevrolet Blazer - prawdziwy weteran: obydwie wojny w zatoce, później Grom. Zamiast zasłużonej emerytury na złomowisku, przemierzał teraz pustkowia.
- Siadajcie z tyłu, mocniejszy pancerz.
- Ok!
- Nie krzycz! Jak z uszami?
- Coś tam słyszę...
Uśmiecha się, utykając gramoli się w moją stronę. Jesteśmy wszyscy blisko... I w dodatku ŻYWI!


Na górę
 Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 1 ] 


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  



Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
CoDFaction.com Style by Daniel St. Jules of David Bowie MP3