24 / 11 / 2017
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
Metro2035 - Dmitry Glukhovsky
2015-1205

Najlepsza recenzja "Metro 2035" - Wyniki

Najlepsza recenzja

Recenzje użytkoników portalu


Czarni przestali być zagrożeniem dla mieszkańców metra, a Homer zakończył swoją podróż uboku Huntera. Czy to już koniec przygód? Otóż nie! Jak się okazuje, to dopiero początek i to nie tylko na skalę tuneli moskiewskiego metra, a całego świata! Artem, za wszelką cenę próbuje udowodnić wszystkim, że nie są jedynymi żyjącymi ludźmi w Rosji. Realizacja tego planu skutkuje pogorszeniem jego reputacji na rodzimej stacji WOGN. Wszystko się zmienia  kiedy losy bohaterów z poprzednich tomów splątują się. Homer, chcąc napisać nową książkę, tym razem o Artemie, wyjawia mu sekret dotyczący pewnego człowieka, który usłyszał w radiu głosy ludzi z innego miasta. Pogrążony w swojej teorii Artem, wyrusza w podróż, by poznać prawdę. Czy ktoś jeszcze przeżył skutki wojny nuklearnej? Odpowiedź może być bliżej, niż się wydaje.

   Trzeci tom, zamykający trylogię  Dimytria Glukhovskiego, opowiada o ludziach ukrytych w tunelach moskiewskiego metra. Ich życie to marny cień dawnego człowieka zamieszkującego powierzchnię. Wszechobecny głód, ubóstwo i problemy z radiacją, sprawiły, że człowiek stał się zagrożonym gatunkiem. Czy połączenie losów bohaterów z poprzednich tomów w jeden, przyniosło dobry rezultat? Bez dwóch zdań!

   Nie ma osoby, która nie usłyszałaby o  Metrze 2033. Książka ta przeszła już do historii, a fanów serii cały czas przybywa. Wprawdzie kontynuacja powieści, „Metro 2034”, nie była tak rewelacyjna jak poprzednia, to i tak każdy czekał na kolejną część, która ukazała się dopiero w tym roku. Autor kazał nam na nią czekać przeszło 10 lat.

   Cała fabuła ponownie opiera się na postaci Artema. Po wydarzeniach z przed dwóch lat, kiedy to wyruszył w misję by zlikwidować Czarnych, Artem nieco się zmienił. Jego głównym celem stało się odnalezienie innych ludzi, zamieszkujących nie tylko Rosję ale i pozostałe części świata. Dopiero Homer dał mu pierwszą wskazówkę, która przybliży go, do poznania prawdy.

   Bardzo się cieszyłem, mogąc wrócić do historii, która pozostała w mojej głowie, od momentu skończenia Metra 2033 i 2034. Od samego początku można stwierdzić, że język, jakim posługuje się autor, jest świetny. Wszelkie opisy czy dialogi prowadzone są bezbłędnie. Idealnie przekazuje nam antyutopijny klimat tuneli metra i ludzi, żyjących w nim. Od tej strony, nie mam nic do zarzucenia.

   Jak więc wygląda strona fabularna? Czy pomysły zostały dobrze zrealizowane i nie wkradł się żaden chaos? Otóż całość czyta się bardzo dobrze, nie trzeba wielokrotnie powracać do poprzedniego zdania. W momencie pojawienia się nowego pytania, od razu dostajemy odpowiedź na poprzednie. Wszystko jest dokładnie przemyślane, a zwroty akcji mogą zaskoczyć i wywołać różne emocje.

   Czy miałbym coś do zarzucenia? Chyba jedyną rzeczą, jaka przychodzi mi do głowy, jest brak wszelkich mutantów, czyhających na powierzchni. Wprawdzie zostało to dobrze wyjaśnione, ale mimo wszystko brakowało mi wrogów, w postaci wszelkich stworów.

   Podsumowując. Książka idealnie wieńczy całą trylogię. Rozwiązanie jest przemyślane i na długo pozostanie w głowie.

Moja Ocena: 8/10

thad_stark

 

Głuchowski pisze koniec swojej trylogii, jednego z najpopularniejszych i najoryginalniejszych światów w ostatniej, urodzajnej w postapokaliptyczne opowieści dekadzie.

Pomimo wejścia w mainstream kulturowy postapokalipsy i popularności na historycznie rekordowym poziomie motywu zombie, interpretowanego często jako nadanie postaci ludzkiemu owczego pędowi i alienacji, to właśnie bardziej „przyziemne“ uniwersum "Metra" wyróżnia się na tle opowieści o upadłych światach.

Nie osiąga tego tylko poprzez opisy wszystkich wydzielanych przez nieszczęsnych mieszkańców Metra cielesnych substancji, które na wyobraźnię działają przecież bardziej przekonywująco niż paragrafy poświęcane przez autorów na kolejne sposoby zarysowania swoim odbiorcom wizji upadających światów. Ale nie to szokuje, już nie dzisiaj. Brud i smród gdzie indziej oddały by pola opisowy zdegerowanego miasta, tu sprawiają że metro staje się znajome, tak jak znajome są bardziej zdegenerowane zaułki każdego większego miasta.

Książka może być odbierana jako metafora współczesnej Rosji i jej polityki, dokładniej- jej społeczeństwa i poddanej mu polityki. Artem, nasz bohater, jest w tej wizji przedstawicielem nowej generacji Rosjan. Podobnie jak pamięta tylko kilka lat życia przed wojną i zejściem do Metra, tak i sam Głuchowski może wspominać ZSRR jedynie przez oczy małego chłopca.

Spoglądając na wywiady autora i wypowiadane słowa o polityce i Putinie, można odnieść wrażenie że Artem jest jego wcieleniem, choć na pewno nie jest to wrażenie nachalne. Przeciwnie, Artem nie spogląda na współtowarzyszy z podziemi z góry, wręcz przeciwnie; jego największą od nich różnicą jest to, że jest po prostu ciekawy świata i prawdy o nim.

Nie ma w nim za wiele z komformisty, choć na tej linii przebiega jeden z wewnętrznych konfliktów bohatera. Poddać się żałosnej, ale stabilnej egzystencji, wypasowi świń- czy też w wypadku Głuchowskiego byłaby to robota w państwowej gazecie?- czy pójść w nieznane, w ciemny tunel metra. Za cenę nie opiewającą wyłącznie na narażenie swojego życia- za cenę dalszej izolacji, bolesnej, bo od swoich najbliższych.

Tu kończy się polityka, kończą się wygodne porównania do wiecznie znękanej problemami Rosji, a zaczyna spojrzenie na nas samych i nasze mity, budowane by osłonić się od prawdy. Kim jesteśmy, jeśli wolimy choćby przez dalszą chwilę pławić się w komforcie, odrzucając sygnały o zagrożeniu dla naszego beztroskiego świata, płynących już z naszych ciemnych tuneli?

Swoistą specjalnością Głuchowskiego jest rzeczywiste przedstawienie ludzkich frakcji i interesów. Komuniści, naziści, kapitaliści- wszyscy jak z krwi i kości, czy właściwiej z ulicy. Poruszający się w żyjącej tkance metra jak wirusy rozpoznające . Głuchowski nie przekoloryzowuje, nie faworyzuje, pokazuje zimną prawdę o każdej z frakcji, a przede wszystkim o samych frakcjach w szczególności. Jako Rosjanin miał doskonałe warunki do obserwacji: zasuszeni twardogłowi komuniści i ich odradzające się ideały, szowinistyczni Rosjanie atakujący migrujących z kaukaskich nacji moskiewskich imigrantów oraz wykorzystujący pozycję i znajomości wyznawcy i praktycy dzikego kapitalizmu lat 90.

To książka zezwalająca na przeważnie na lekką lekturę. Nie podchodzisz do niej jak do literatury pięknej, nie obawiasz się że nie masz wieczorem czasu ani ochoty na głębsze przemyślenia. Podążasz za Artemem i dzielisz jego częste frustracje, chwile zwątpienia, porównujesz swoje i jego obserwacje. Pozwalasz sobie nawet na chwilową nudę. Po czym następuje kilka takich stron, po których sam nie znasz już metra. Kilka stron z szokującym zawiązaniem akcji - wszystkie części „Metra...“ dokonały obecnie niemal niemożliwego, naprawdę zaskakują czytelnika, z niezapomnianym końcem pierwszej części na czele - wstrząsają prawdą. Nie o tym, że świat jaki znamy może pójść w różnym kierunku. Nie o tym, jak daleko znajduje się to, co przyjmujemy za prawdę, od tego, co o nią jest. „Metro...“ przynosi wiarę w moc prawdy i zadawania pytań, ale nie próbuje kryć, jak nieprzyjemne potrafią być odpowiedzi. Głuchowski pisze nie tylko o obcym, żywym, przenikliwie wręcz odczywalnym przez odbiorcę świecie po zniszczeniu, ani nie tylko jak bardzo może się on nie różnić od naszego.

 „Metro“ jest o każdym z nas, kto ma wybór spojrzenia w tunel, lub nie odracania głowy na cokolwiek, co nie jest już naszym interesem.  Równie dobrze, jeśli dotrzymacie do końca opowieści Artema, możecie odpowiedzieć na pytanie, które skłoniło mnie do sklecenia tych kilku przemyśleń: jak bardzo różnią się ludzie z metra, żywiący się na tkance innych, od ludzi kupujących twory robotników z krajów, w enklawach których spędzają swoje letnie wakacje? Ludzi, nie ukrywajmy, którymi z reguły jesteśmy my sami.

mailsw

 

Postapokaliptyczny świat, stworzony przez Dmitrija Głuchowskiego wraz z "Metrem 2033", stał się niezłą pożywką dla fanów tzw. literatury postapo. Druga część trylogii przyjęta została z nieco mniejszym entuzjazmem, ale nadzieje czytelników na "mocny" powrót do moskiewskiego metra wzbudziła część ostatnia - "Metro 2035". Pierwsze strony tej powieści zapowiadają kawał dobrej historii, w której tuż za plecami Artema podążać będziemy wiecznie niezbadanymi, mrocznymi tunelami, topiąc się w gęstym jak smoła klimacie podziemnego świata.

Głuchowski zapowiadał, że "Metro 2035" będzie powieścią, w której świat Metra zostanie postawiony na głowie; któż jednak spodziewał się, że świat ten jest tak brutalnie różny od tego, co wiedzieliśmy o nim dotychczas? Głuchowski niewątpliwie zaskoczył każdego, lecz nie dla każdego jest to zaskoczenie pozytywne. W "Metrze 2035", kosztem wspaniale w pierwszej części opisanego podmoskiewskiego mroku, w którym na każdej stronie czytelnik grzązł po pachy, rządzi polityczna intryga. Tajemnicze stacje, anomalie w tunelach, strach, niepewność i emocje na każdym kroku, zmutowane pokraki, których spodziewać się można było jednocześnie i wszędzie i nigdzie - oto esencja Metra; esencja, której w zwieńczeniu trylogii przyjdzie nam szukać na próżno. Głuchowski poszedł w politykę, brutalnie zabijając tym samym klimat Metra, a nawet stawiając pod znakiem zapytania sens istnienia dwóch pierwszych części.

Nie tylko za to upolitycznienie i "prawdziwą" wizję Metra dałbym Głuchowskiemu minusa. Abstrahując od treści, "Metro 2035" razi bardzo nierównym stylem i zbyt częstą chaotyczną narracją. Fragmenty świetne, wciągające, czytane jednym, zapartym tchem, przeplatają się z fragmentami nudnymi, dłużącymi się, pełnymi urywanych, wręcz bełkotliwych dialogów. Jedno- lub dwuwyrazowe zdania i nagminne wciskanie pomiędzy nie wielokropków wprowadzają niezły narracyjny bałagan, przez co skutecznie niwelują przyjemność z czytania.

"Metro 2035" plusuje natomiast ciągłymi niespodziewanymi zwrotami akcji; nie ma tu nic oczywistego - to, co wydaje się białe, nagle okazuje się czarne lub na odwrót. Pod tym względem "Metro 2035" jest jedną z lepszych powieści, które czytałem. Niby wydaje się, że wraz z Artemem konsekwentnie podążamy po nitce do kłębka, ale nitka ta prowadzi przez nieźle poplątany labirynt wydarzeń. Fakt - Głuchowski trochę zbyt często stawiał Artema w beznadziejnej sytuacji i zbyt często pozwalał mu się z niej szczęśliwie wywinąć. Miejscami takie cudowne ocalenia są po prostu naciągane i mało realistyczne, no ale cóż, być może - jak mówił Homer - metro faktycznie potrzebuje bohatera...

Podsumowując - "Metro 2035" jest powieścią dobrą, ale nie (jak pierwsza część trylogii) rewelacyjną. Głuchowski polityką zabił klimat, narracją zraził niejednego czytelnika, kreacją bohaterów zaskoczył wszystkich, a prawdą o metrze wywołał mieszane uczucia. Moim zdaniem książka ta byłaby zdecydowanie lepsza, gdyby Głuchowski, zamiast tłumaczyć i pokazywać "prawdę", zabrał czytelnika (niekoniecznie za pośrednictwem Artema) do "starego" metra, prowadząc go przez nowe, niezbadane stacje. Doszukiwanie się w takiej a nie innej fabule tej powieści nawiązań do sytuacji we współczesnej Rosji absolutnie do mnie nie przemawia. Kupiłem tę książkę nie po to, by po jej lekturze rozwodzić się nad mentalnością mieszkańców i władz jakiegokolwiek narodu, lecz po to, by przeżyć emocjonującą przygodę w równie emocjonującym, fantastycznym świecie. Niestety mocno się zawiodłem.

 internetexploorer

 

Dmitry Glukhovsky kazał długo czekać na trzecią odsłonę jego postapokaliptyczne wizji. Świat ukazany w najnowszej książce „Metro 2035” już po raz kolejny przenosi nas do podziemnych tuneli.

Na wstępnie trzeba zaznaczyć, iż książka ma wiele zalet, ale również nie ustrzegła się serii wad. Oczywiście wszystko jest kwestią gustu, jednak im dalej czytelnik zatraca się w fabule, tym albo jest zachwycony pewnymi zmianami w stosunku do poprzednich książek autora, albo będzie bardzo zniesmaczony odkrywaniem tego świata na „nowo”.

Sama fabuła – kluczowy element – jest dość prosta i rozkręca się dość wolno. To znów kolejna misja i wędrówka po tunelach, tak samo schematyczna jak i w poprzednich częściach cyklu. Tym razem główny bohater – Artem - nie otrzymuje zlecenia, a podąża za rodzącą się w jego głowie myślą, ideą. Chce on uzyskać odpowiedzi na dręczące go pytania odnośnie życia poza ciasnymi stacjami i tunelami. Czy w innych zakątkach Ziemi żyją jacyś ludzie? Czy na powierzchni da się swobodnie oddychać? Na powierzchni, która od dwudziestu dwóch lat dla wszystkich mieszkańców moskiewskiego metra jest w pewien sposób czymś zakazanym. Główny bohater podąża za poszlakami, poszukuje kogoś, kto pomoże naświetlić mu sprawę, wplątuje się w sytuacje zdające się być bez wyjścia, a z których udaje mu się ujść z życiem (ot prawo głównego bohatera, którego rzecz jasna nie można uśmiercić). Bohater spotyka na swej drodze sojuszników, wrogów, jak i neutralne osoby, które nie potrafią go zrozumieć, a i czasem nie chcą. Artem nie ma lekko w swoim życiu, gdyż nikt nie wierzy w jego historię, a on tłumaczy, prosi, szuka rozwiązania, ale równie dobrze mógłby uderzać głową w mur, a skutek byłby taki sam. A kiedy znajduje się już ktoś, kto chce go wysłuchać, ten także w pewien sposób odwraca się od niego. Wszyscy wokół niego są ślepi albo po prostu chcą tacy być, żyjąc w strachu, w niewiedzy – gdyż tak lepiej, łatwiej. Autor ogłupił tutaj dosłownie wszystkich mieszkańców podziemnego społeczeństwa, ukazał manipulację, ułudę, obłudę, strach i ślepą wiarę.

Historia biegnie do przodu, poruszamy się po znanych z poprzednich książek terenach – frakcjach, które mają najwięcej do powiedzenia: Hanza, Czerwoni, Polis, Rzesza. Zawiązuje się intryga, acz w pewny sposób (mimo iż jest dobrze ukazana) potrafi zmęczyć. Finał całej historii może i nie jest niedosytem, ale niewątpliwie lepszym wyjściem byłoby uśmiercenie bohatera (jak to miało miejsce w pierwotnej wersji „Metro 2033”), które wpłynęłoby na lepszy wydźwięk całej historii. A tak, dostaliśmy w pewnym sensie „hollywoodzkie zakończenie”.

Ważną kwestią jest tutaj brak mutantów i dość inne nastawienie autora do kwestii skażenia i warunków panujących na zewnątrz. Ale zmian w wykreowanym świecie Glukhovskiego jest o wiele więcej, jakby autor stawiał na „nowe” i czerpał z książek „uniwersum metro 2033”: wyjście na górę i plan wielkiej podróży, sam fakt mnogości sprawnych pojazdów na powierzchni, do tego nawiązanie do miasta Polarne Zorze, znanego z książek serii uniwersum. W tym wszystkim można albo dopatrywać się innowacyjności, albo wielkiego zagubienia, gdyż niektóre z faktów i wydarzeń plączą i zaburzają kanon patrząc tylko na trzy książki Glukhovskiego, Ewangelię według Artema i grę Metro Last Light, nie wspominając już o całym uniwersum, którego to jest pomysłodawcą. Jest sporo nieścisłości, na które ciężko znaleźć sensowne wytłumaczenie.

Co cieszy? Zapewne powrót samego Artema, a i innych postaci z książki „Metro 2034”. Książka mimo braku finezji w fabule i niektórych mankamentów potrafi jednak wciągnąć. Dodatkową zaletą jest jej brutalność, dosadność. Jest krwawo, gwałtownie i ciężko, co zapewne mogłaby potwierdzić kura, którą jeden z bohaterów targa z sobą przez pół książki.

Jedną z największych wad tej książki (i nie sposób nie odnieść się kolejny raz do pozycji „Metro 2033”) jest brak pewnego poczucia strachu w poruszaniu się bohaterów przez długie tunele łączące stacje moskiewskiego metra. Odczuwa się wrażenie, że książka została obdarta z tego elementu na rzecz przypominania co chwilę czytelnikowi o wydarzeniach z poprzednich książek jak i innych faktów, jakie miały miejsce pomiędzy nimi, a które to są osią gry komputerowej. Wracania do tego co było i ponownych opisów miejsc jest tu naprawdę sporo, a nawet: za dużo.

Ostatnią wadą jest nierówna narracja i dialogi, które czasami sprawiały trudność w czytaniu. Odnosi się wrażenie, że co kilka stron mamy małe zamieszanie, jakby sam autor był dalej pod wpływem poprzedniej swojej książki Futu.re, a z której zapożyczył pewną manierę i styl. Brakuje w tym pewnej logiki bo raz mamy kilka stron stworzonych w stylu poprzednich części Metro, a raz przemieszanie z czymś, czego tu być nie powinno.

Podsumowując: mimo iż książka wciąga, czyta się ją z zapartym tchem (z małymi zgrzytami wynikającymi z narracji) i śledzimy z wielką uwagą poczynania głównego bohatera, niemal jak w Metro 2033, to czuć tu chęć do pokazanie czegoś innego, co niestety nie wyszło autorowi zbyt dobrze. Glukhovsky nie stworzył nic innego jak kolejną „przygodówkę” (z małym poplątaniem, które zadziałało na minus). Ta książka nie jest na pewno tą, która wzniosłaby go na twórcze wyżyny. Porównywanie tej książki do przygódówki nie jest rzecz jasna żadnym przytykiem, gdyż i temu światu są one potrzebne.

„Metro 2035” nie jest książką przełomową, ni też najgorszą z wszystkich jakie napisał Dmitry Glukhovsky. Jest po prostu dobra czy dobra z minusem. Mam jednak nieodparte wrażenie, że cokolwiek, co Dmitry Glukhowski stworzy, nie będzie ono miało tak szerokiego wydźwięku i nie będzie tak dobre jak „Metro 2033”, choć nie ukrywam, że byłoby miło, aby moje słowa okazały się błędne.

 napalony666 

 

Chcesz poznać prawdę?

4 listopada 2015 roku nadeszła przez wielu polskich czytelników długo wyczekiwana chwila, bowiem tego dnia do księgarni trafiła najnowsza powieść Dimitra Glukhovsky’ego Metro 2035. Wydawnictwo Insignis postarało się, by była to premiera z przytupem: dwie wersje okładek (miękka, twarda), dwie różne szaty graficzne (z maską, z rewolwerem), ilustracje wewnątrz książek (podobnie jak wFutu.re), a przede wszystkim pierwsze tłumaczenie z języka rosyjskiego i pierwsze zagraniczne wydanie.

Opowieść o postapokaliptycznej Moskwie jest kontynuacją losów bohaterów: Artema z Metra 2035oraz Homera i Saszy z Metra 2034. Celowo mówię o losach bohaterów, a nie o ciągłości fabuł opisywanych w poprzednich częściach. Glukhovsky bowiem korzysta ze stworzonych już postaci i wykreowanej bańki ocalałych – moskiewskiego metra – lecz niemal całkiem zrywa ze stylem znanym z 2033 i 2034. Skupia się za to na przekazie swoich doświadczeń i obaw dotyczących swojej ojczyzny; zauważa, przerysowuje, ostrzega i w końcu stawia przed swoimi bohaterami pytania, diagnozując stan rosyjskiego człowieka. Przypomina to nieco nieśmiałą, prozatorską próbę nawiązania do obserwacji tegorocznej noblistki, Swietłany Aleksijewicz.

Metro 2035 jest karykaturą, fantastycznym ujęciem słów, na których wypowiedzenie brakuje odwagi – ponieważ ta książka opowiada o strachu przed prawdą. Autor ma tę odwagę i, korzystając z popularności stworzonego przez siebie Uniwersum, wręcz krzyczy do odbiorcy. Symbole, przenośnie i nierzadko pytania – proste lecz bezpośrednie – oddają celnie to, co Glukhovsky starał się opowiedzieć w Witajcie w Rosji czy podczas spotkań autorskich w naszym kraju w ostatnich dwóch latach (audycje radiowe, wywiady w gazetach, spotkania w Warszawie i Poznaniu). I przyjmując perspektywę twórcy, można uznać, że jego głos w końcu trafił i trafi do szerokiego grona czytelników.

Lecz z drugiej strony to, w jaki sposób Dimitry Glukhovsky potraktował Uniwersum Metro 2033, wywołało burzę wśród fanów serii. Wiele elementów ocenianych przez czytelników jako najatrakcyjniejsze (potwory, groza tuneli, elementy przygodowe) zostało wyeliminowanych albo zredukowanych do minimum, praktycznie całkowicie odcinając się od wykreowanej we wcześniejszych częściach wizji. Jest to zgodne z zapowiedzią autora, który w jednym z wywiadów stwierdził, że nie chce zbawiać nastolatków, a dojrzał twórczo do poważniejszych przekazów. Tę zmianę widać na poziomie fabularnym, poruszanych tematów, a także języka: brutalnego, wulgarnego, pozbawionego interpunkcji, urywanego, sylabizującego, wręcz popadającego długimi fragmentami w strumień świadomości. Jednak czy twórca nie pozwolił sobie tymi zabiegami na zbyt wiele, nie tylko względem dotychczasowych fanów serii, ale i samej jakości powieści? Czy zachował odpowiednie proporcje między, bądź co bądź, swoim przekazem a kontynuacją dystopijnej wizji?

Sądzę, że stylizacja językowa Metra 2035 nie sprawdza się w najmniejszym stopniu, a jedynie utrudnia odbiór treści. Co zagrało w Futu.re, tu stanowi nieudaną kalkę, jakby autor nie mógł się zdecydować, czy pozostać przy znanej z poprzednich dzieł formie przekazu, czy wykorzystać doświadczenia z ostatniej książki (do kolekcji niedoskonałości dochodzi cytat typu: „zginęli na zawsze”, po którym przecierałem oczy ze zdumienia, jak można zginąć na chwilę; niestety nie jest to odosobniona wpadka). Do tego stworzony świat jest nie tylko pozbawiony dotychczasowych elementów, lecz stoi w sprzeczności z tym, co powstało wcześniej (opowiadanie Ewangelia według Artema). Zmiany wewnętrzne rozgrywające się w bohaterach i ich motywacje wydają się nierzadko nieprawdopodobne, wykreowane sztucznie, niemal na siłę na potrzeby odgórnego przekazu. Najbardziej drażniący jest główny bohater, Artem, który szarpie się między kolejnymi działaniami niczym kukiełka poruszana przez niewprawnego animatora. Na oficjalnym forum Uniwersum powstał nawet podobny temat o przeinaczeniu charakteru postaci (o Saszy) jedynie na potrzeby nowego pomysłu, a bez zachowania zgodności z wcześniejszą kreacją.

Glukhovsky mówił o tym, że dojrzał do podjęcia tematu, fani oczekiwali na finał trylogii dekadę, a ja uważam, że Metro 2035 i tak powstało zbyt wcześnie lub zbyt prędko. A to dlatego, że jako samodzielny twór Metro 2035 jest zbyt bełkotliwe (język) i posiada za dużo streszczeń Metra 2033(zaryzykuję stwierdzenie, że streszczenia to nawet 10% objętości powieści), słowem zasługuje co najwyżej na średnią notę. Jako kontynuacja trylogii Metro 2035 jest zupełnie niespójne. Jako refleksja nad wolnością słowa i innymi zagadnieniami Metro 2035 dostało mierną przykrywkę w postaci nierzeczywistych postaci, utrudniającej odbiór stylizacji oraz sztampowej fabuły, która zamiast urealniać wizję, sprawia, że bohaterowie są kuloodporną igraszką, tańczącą w chaotycznym rytmie zdarzeń, poruszaną ręką boga-twórcy.

O Metrze 2035  mogę powiedzieć po prostu jako o gigantycznej zmianie, o średniej powieści i jeszcze wyraźniejszym krzyku Dimitra Glukhovsky’ego o prawdzie. Nie mogę polecić tej powieści, pytając wcześniej, czy chcesz przeczytać ciekawą książkę, ale moim obowiązkiem jest polecić, wręcz nakazać lekturę, tym, którzy odpowiedzą twierdząco na pytanie: czy chcesz poznać prawdę?

tomciup

Powrót do listy
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.