Fragmenty
Metro 2034. Fragment czwarty. Alarm !
U Istomina zawsze piło się jego własną herbatę, z WOGN-u – specjalny, wyselekcjonowany gatunek. Mało kto mógł sobie na coś takiego pozwolić: sprowadzana z drugiego krańca metra, obłożona potrójnym cłem Hanzy, ulubiona herbata naczelnika stacji była tak droga, że nawet on nie ulegałby swojej słabości, gdyby nie stare kontakty na Dobrynińskiej. Z kimś stamtąd walczył niegdyś ramię w ramię i od tej pory raz w miesiącu dowódca wracającej z Hanzy karawany nieodmiennie przywoził z sobą kolorowy pakiecik, po który Istomin zawsze przychodził sam.
Przed rokiem w dostawach zaczęły się przerwy. Do Sewastopolskiej dotarły niepokojące wieści o nowym przerażającym zagrożeniu, które zawisło nad WOGN-em, a może i nad całą pomarańczową linią: z powierzchni ziemi schodziły tam tajemnicze i nieznane wcześniej mutanty, podobno potrafiące czytać w myślach, prawie niewidzialne i do tego praktycznie nie do wytępienia. Mówiło się, że stacja padła i że Hanza w obawie przed inwazją zarwała tunele za Prospektem Mira. Ceny herbaty poszybowały w górę, a potem, gdy niemal zniknęła z rynku, Istomin nie na żarty się przestraszył. Jednak po kilku tygodniach plotka sama z siebie wygasła, a karawany powracające na Sewastopolską z amunicją i żarówkami znów zaczęły przywozić również słynną aromatyczną herbatę. A cóż mogło być ważniejszego?
Nalewając dowódcy wywar do porcelanowej filiżanki ze złotą, miejscami obtłuczoną obwódką i wdychając aromatyczne opary, Istomin aż zmrużył na moment oko z rozkoszy. Potem nalał też sobie, opadł ciężko na krzesło
i z brzękiem zamieszał srebrną łyżeczką, by rozpuścić kostkę sacharyny.
Obaj mężczyźni milczeli, i dobre pół minuty to mechaniczne dzwonienie było jedynym dźwiękiem, który rozlegał się w zaciągniętym tytoniowym dymem, pogrążonym w półmroku gabinecie. A potem przebiło go, dobiegające prawie w tym samym rytmie z tuneli przenikliwe bicie dzwonów.
– Alarm!
Dowódca, niezwykle żywo jak na swoje lata zerwał się z miejsca i wybiegł
z pokoju. Gdzieś w oddali huknął pojedynczy wystrzał z karabinu, potem podjęły go automaty: jeden, drugi, trzeci, po peronie zadudniły podkute żołnierskie buty i już z daleka rozległ się dźwięczny bas pułkownika wydającego rozkazy.
Istomin też ruszył już w kierunku wiszącego przy szafie lśniącego milicyjnego automatu, ale potem złapał się za krzyż, jęknął, machnął ręką, usiadł z powrotem przy stole i wypił łyk herbaty. Naprzeciw niego dymiła, stygnąc, porzucona przez pułkownika filiżanka i walał się niebieski beret. Naczelnik stacji zrobił do niego minę i półgłosem zaczął się spierać
z nieobecnym dowódcą wracając do dawnych tematów z nowymi argumentami, o których zapomniał wspomnieć podczas dyskusji.
Na Sewastopolskiej opowiadano wiele mrocznych dowcipów o tym, dlaczego sąsiednia Czortanowska miała taką nazwę. Choć turbiny maleńkich elektrowni były umieszczone w głębi tuneli między obiema stacjami, nikt nawet nie pomyślał, by dla wygody zająć i skolonizować opustoszałą Czortanowską, tak jak stało się to z sąsiednią Kachowską. Ekipy inżynieryjne, podchodząc do niej pod osłoną żołnierzy, by instalować i doglądać najdalszych generatorów prądu, nie chciały zbliżać się do peronu na mniej niż sto metrów. Przed wyruszeniem na taką wyprawę, prawie każdy, prócz ostatnich bezbożników, ukradkiem czynił znak krzyża, a niektórzy na wszelki wypadek żegnali się nawet z rodzinami.
Na tej stacji było coś niedobrego i czuł to każdy, kto zbliżył się do niej choćby na pół kilometra. Ciężkozbrojne oddziały uderzeniowe, które sewastopolczycy z niewiedzy posyłali kiedyś na Czortanowską, mając nadzieję na powiększenie swojego terytorium, wracały przetrzebione, zdziesiątkowane,
a najczęściej nie wracały wcale. Zahartowani żołnierze, przerażeni do szpiku kości, z cieknącą po brodzie śliną, nie mogli powstrzymać dreszczy, nawet kiedy siedzieli tak blisko ogniska, że zaczynało im płonąć ubranie. Z trudem przypominali sobie, co musieli tam przejść, a jedne wspomnienia nigdy nie były podobne do innych.
[…] Przeklęta stacja była, jak się zdawało, tym właśnie słupem granicznym, który wyznaczał w metrze zasięg panowania człowieka. Przekraczające tę granicę stworzenia nękały mieszkańców Sewastopolskiej, ale przynajmniej można je było zabić, i przy umiejętnie zorganizowanej obronie ataki były odpierane łatwo i prawie bez strat: dopóki starczało amunicji.
Czasem do posterunków podchodziły takie monstra, że dawały się zatrzymać jedynie przy pomocy pocisków rozpryskowych i pułapek pod wysokim napięciem. Najczęściej jednak wartownicy mieli do czynienia z mniej przerażającymi, choć też skrajnie niebezpiecznymi stworami. Nazywano je jakoś tak swojsko, jak u Gogola: upiorami.
Pobierz fragment Pobierz fragment- 2012-05-18 16:57:52
- 2012-05-18 08:35:45
- 2012-05-18 07:12:28
