18 / 05 / 2034

Metro2033

Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie

Fragmenty

Metro 2034. Fragment szósty. Zawiadowcy nie wracają.

Zwiadowcy nie wracają.

 Minęły trzy dni odkąd zwiadowcy wyruszyli na poszukiwania karawany i pułkownikowi zaczęło się zdawać, że ludzie szepczą za jego plecami i wszędzie dostrzegał ukradkowe spojrzenia. Nawet najbardziej ożywione dyskusje cichły, kiedy przechodził w pobliżu. I w tym pełnym napięcia milczeniu, które zapadało gdziekolwiek się pojawił, zdało mu się, że wyczuwa niewypowiedziane żądanie, aby to wyjaśnił i rozwiązał.

Wykonywał po prostu swoją pracę: chronił przed zagrożeniem granice Sewastopolskiej. Był taktykiem, nie strategiem. W sytuacji, kiedy liczył się każdy żołnierz, pułkownik zwyczajnie nie miał prawa nimi szafować wysyłając ich na wątpliwe, jeśli nie bezsensowne akcje.

Trzy dni wcześniej pułkownik był o tym święcie przekonany. Ale teraz, kiedy wszystkie te przepełnione strachem, nieprzychylne, pełne wątpliwości spojrzenia smagały go po plecach, jego pewność zachwiała się. Poruszający się bez ciężkiego sprzętu oddział zwiadowczy nie potrzebowałby nawet doby, żeby pokonać całą drogę do Hanzy i z powrotem – i to wliczając możliwe potyczki i oczekiwanie na granicach niezależnych stacji. To znaczy, że…

 Pułkownik rozkazał nikogo nie wpuszczać, po czym zamknął się w swoim pokoiku i mrucząc pod nosem po raz setny odtworzył sobie wszystko, co mogło się stać z handlarzami i zwiadowcami.

Nikt na Sewastopolskiej nie bał się ludzi, oczywiście z wyjątkiem wojsk Hanzy. Zła sława stacji, wielokrotnie przesadzone opowieści nielicznych naocznych świadków o tym, jaką płacą cenę za to, by przeżyć, opowieści podchwycone przez straganiarzy i ich słuchaczy rozprzestrzeniały się po całym metrze i robiły swoje. Władze szybko zrozumiały wynikające z tej reputacji korzyści, i same przyłożyły rękę do jej ugruntowania. Informatorzy i uczestnicy

karawan, podróżnicy i dyplomaci dostali oficjalne błogosławieństwo, by pleść bzdury – im straszniejsze tym lepiej – na temat Sewastopolskiej i w ogóle

całego odcinka linii, który zaczynał się za Sierpuchowską.

 Tylko jednostki potrafiły dostrzec za tą zasłoną dymną urok i rzeczywiste znaczenie stacji. W ciągu ostatniego roku bandyci zaledwie parę razy próbowali siłą przedrzeć się przez posterunki, ale doskonale naoliwiona sewastopolska machina wojenna bez najmniejszych trudności ścierała w proch rozproszone

oddziały.

Tak czy inaczej, wysłani na rekonesans żołnierze mieli wyraźne instrukcje, by w przypadku napotkania niebezpieczeństwa nie walczyć z przeciwnikiem, lecz jak najszybciej wycofać się na stację.

[…]

Zawał tunelu? Wylew wód gruntowych? Sabotaż? Atak Hanzy bez wypowiedzenia wojny? Teraz to on, nie Istomin, był w obowiązku powiedzieć coś żonom zaginionych zwiadowców, które przychodziły do pułkownika, by smutnym, poszukującym wzrokiem, niczym porzucone psy, zajrzeć mu w oczy w nadziei, że zobaczą w nich pociechę, obietnicę. Musiał wszystko wyjaśnić nie zadającym zbędnych pytań, na razie jeszcze wierzącym w niego żołnierzom

garnizonu. Uspokoić wszystkich zalęknionych ludzi, którzy zbierali się wieczorami po pracy pod stacyjnym zegarem, na którym oznaczono godzinę wyjścia karawany.

Istomin mówił, że ostatnio ludzie coraz częściej go pytali, czemu na stacji przygaszono oświetlenie i żądali przywrócenia wcześniejszej jasności lamp. A przecież nikt nawet nie pomyślał, by zmniejszyć napięcie, żarówki cały czas świeciły z pełną mocą. Ciemność gęstniała nie na stacji, a w ludzkich duszach, i nie mogły jej rozproszyć nawet najjaśniejsze lampy rtęciowe.

Ciągle nie udawało się przywrócić łączności telefonicznej z Sierpuchowską i w ciągu tygodnia, minionego od dnia, w którym wyruszyła karawana, pułkownik, jak i wielu innych sewastopolczyków, stracił bardzo ważne i rzadkie wśród mieszkańców metra poczucie bliskości z ludźmi.

Póki działała łączność, póki regularnie chodziły karawany i do Hanzy był

niecały dzień drogi, każdy mieszkaniec Sewastopolskiej mógł odejść lub zostać, każdy miał świadomość, że ledwie pięć przystanków od jego stacji zaczynało się prawdziwe metro, cywilizacja… Ludzkość.

Tak pewnie czuli się niegdyś zagubieni w Arktyce polarnicy, w imię odkryć naukowych bądź wysokich zarobków dobrowolnie skazujący się na długie miesiące walki z zimnem i samotnością. Do stałego lądu są tysiące kilometrów, ale jest on jednak gdzieś obok, póki działa radio, a raz w miesiącu nad głowami słychać ryk silników samolotu zrzucającego na spadochronach skrzynki z mielonką.

Lecz teraz kra, na której stała ich stacja, odłączyła się od reszty i z każdą godziną dryfowała coraz dalej: w lodową zamieć, w czarny ocean, w pustkę i nieznane.

 Oczekiwanie przeciągało się i nieokreślony niepokój pułkownika o los wysłanych na Sierpuchowską zwiadowców stopniowo zmieniał się mroczną pewność: więcej tych ludzi nie zobaczy.

Pobierz fragment Pobierz fragment
do góry Insignis