18 / 05 / 2034

Metro2033

Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie

Fragmenty

Metro 2034. Fragment dziewiąty. Zagadkowy powrót.

Zagadkowy powrót

– Skąd ty go wytrzasnąłeś? – spytał Istomin, z ulgą rozsiadając się na krześle i wyciągając pulchną dłoń w stronę paczki z bibułkami do papierosów. […]

– Stary znajomy – niechętnie powiedział pułkownik; po krótkiej chwili

milczenia dodając: – Kiedyś taki nie był. Coś mu się stało.

– No jasne, sądząc po fizjonomii, z pewnością coś mu się stało – mruknął naczelnik zerkając w stronę drzwi, jakby Hunter mógł w nich zostać i go podsłuchać.

Dowódca nie mógł narzekać na to, że brygadier nieoczekiwanie wychynął z zimnej mgły przeszłości. Ledwo się pojawił, stał się niemal głównym punktem obrony stacji. Jednak Denis Michajłowicz do tej pory nie mógł do końca uwierzyć w jego powrót.

Wieść o śmierci Huntera – dziwnej i strasznej – obiegła wszystkie tunele metra jeszcze w zeszłym roku. I kiedy pojawił się dwa miesiące temu na progu pokoiku pułkownika, ten pospiesznie się przeżegnał i dopiero wtedy otworzył mu drzwi. Podejrzana łatwość, z jaką wskrzeszony komandos pokonał posterunki – jakby przeniknął przez strażników – wywoływała wątpliwość, czy w tym cudzie nie uczestniczyła zła siła.

W zaparowanym wizjerze widniał niby znajomy profil: byczy kark, wygolona do gołej skóry głowa, nieco spłaszczony nos. Ale nocny gość z jakiegoś powodu zastygł obrócony bokiem, opuścił głowę i nie próbował przerwać ciężkiej ciszy. Spojrzawszy z wyrzutem na odkorkowaną butelkę piwa stojącą na stole, pułkownik wziął głęboki oddech i odsunął zasuwę. Kodeks nakazywał pomagać swoim – bez różnicy, żywym czy martwym.

 Hunter oderwał wzrok od podłogi dopiero, gdy drzwi się otworzyły; wtedy stało się jasne, dlaczego krył drugą połowę twarzy. Bał się, że stary po prostu go nie pozna. Nawet pułkownik, który widział już wiele i dla którego dowodzenie garnizonem Sewastopolskiej było honorową emeryturą w porównaniu z dawnymi burzliwymi latami, kiedy go zobaczył, skrzywił się jakby się oparzył, a potem nie wytrzymał i roześmiał się z poczuciem winy.

Gość w odpowiedzi nawet się nie uśmiechnął. W ciągu minionych miesięcy przerażające szramy szpecące mu twarz nieco się już zabliźniły, ale mimo to prawie w niczym nie przypominał staruszkowi dawnego Huntera.

Kategorycznie odmówił wyjaśnienia swojego cudownego ocalenia i późniejszej nieobecności i po prostu nie reagował na żadne z pytańm,pułkownika, jakby ich nie słyszał. Co gorsza, poprosił Denisa Michajłowicza, żeby n i k o g o nie informował o jego powrocie – miała to być spłata starego długu wdzięczności. Pułkownik musiał stłumić zdroworozsądkowy odruch, by natychmiast dać znać wyżej, i zostawił Huntera w spokoju.

Swoją drogą staruszek ostrożnie zasięgnął języka. Jego gość nie był w nic zamieszany, wszyscy dawno go już pochowali i nikt go nie szukał. Ciała wprawdzie nie odnaleziono, ale gdyby Hunter przeżył, na pewno dałby o sobie znać – zapewniano pułkownika. To prawda, zgodził się starzec.

Za to, jak to się często dzieje z zaginionymi bez śladu, Hunter, czy raczej jego rozmyty i podkolorowany obraz, pojawił się w co najmniej dziesięciu półprawdziwych legendach i klechdach. Zdawało się, że ta rola w pełni go satysfakcjonowała i nie spieszno mu było wyprowadzać z błędu towarzyszy, którzy pochowali go żywcem.

Pamiętając o swoich niespłaconych długach wdzięczności i doszedłszy do właściwych wniosków, Denis Michajłowicz uspokoił się, a nawet zaczął grać w tę grę: przy osobach postronnych nie mówił do Huntera po imieniu i, nie wchodząc w szczegóły, wyjawił tajemnicę Istominowi.

Temu ostatniemu było w zasadzie wszystko jedno: brygadier za chleb odpłacał z nawiązką, dzień i noc spędzał na pierwszej linii, w południowych tunelach. Na stacji nie było go prawie widać: przychodził raz na tydzień, kiedy wypadała jego kolej na kąpiel. I choćby nawet zstąpił do tego piekła, aby ukryć się przed nieznanymi prześladowcami, Istomin, który nigdy nie brzydził się korzystać z usług legionistów z ciemną przeszłością, nie martwił się tym. Żeby tylko się bił; a z tym akurat wszystko było w porządku.

Wartownicy, którzy utyskiwali na wyniosłość ich nowego dowódcy, umilkli od razu po pierwszym starciu. Widząc jak metodycznie, z wyrachowaniem, w nieludzko zimnym upojeniu unicestwia wszystkie stworzenia, które wolno mu unicestwić, każdy z żołnierzy coś sobie o nim pomyślał. Nikt już nie próbował zaprzyjaźnić się z mrukowatym brygadierem, ale podporządkowywali mu się wszyscy, bez słowa, tak że nigdy nie musiał podnosić swojego głuchego, zdartego głosu. Było w tym głosie coś hipnotycznego i nawet naczelnik stacji od razu pokornie kiwał głową, za każdym razem, kiedy Hunter do niego mówił – nie słuchał nawet do końca, ale na wszelki wypadek się zgadzał.

Pobierz fragment Pobierz fragment
do góry Insignis