Fragmenty
Metro 2034. Fragment siódmy. Wspólny posiłek.
Wspólny posiłek
Nadia – przysadzista, gadatliwa baba w dziurawej wełnianej chustce i poplamionym fartuchu – przyniosła gorący garnek z mięsem i warzywami i strażnicy się ożywili. Kartofle i pomidory z ogórkami uważało się tu za najbardziej wyrafinowany przysmak – poza Sewastopolską warzywa serwowało tylko kilka najlepszych restauracji Linii Okrężnej i Polis. Rzecz była nie tylko w skomplikowanych instalacjach hydroponicznych, niezbędnych, by wykiełkowały zachowane nasiona, ale i w fakcie, że w metrze mało kto mógł tracić całe kilowaty energii elektrycznej, by urozmaicić żołnierskie menu.
Nawet wśród władz warzywa trafiały na stół tylko w święta, zwykle rozpuszczano w ten sposób jedynie dzieci. Istomin musiał porządnie wykłócić się z kucharzami, by dodali gotowane ziemniaki i po jednym pomidorze do przypadającej na dni nieparzyste wieprzowiny – wszystko dla podniesienia morale.
Pomysł zadziałał: wystarczyło, by Nadia niezręcznie, po babsku, zdjęła z ramienia karabin i podniosła pokrywkę garnka, żeby bruzdy na twarzach wartowników zaczęły się wygładzać. Przy takiej kolacji nikt nie miał ochoty ciągnąć obrzydłej już wszystkim rozmowy o zaginionej karawanie i spóźniających się zwiadowcach.
– Dzisiaj z jakiegoś powodu cały dzień rozmyślam o Komsomolskiej – powiedział ugniatając kartofle w swojej aluminiowej misce siwy staruszek w waciaku z naszywkami z symbolem metra. – Poszłoby się tam, pooglądało… Ależ tam jest mozaika! Na mój gust, to najpiękniejsza stacja w Moskwie.
– Daj spokój, Homer. Pewnie po prostu tam mieszkałeś, to ją ciągle lubisz – odezwał się po chwili nieogolony grubas w uszance. – A witraże na Nowosłobodskiej? A jakie są na Majakowskiej smukłe kolumny i freski na sklepieniu?
– Mnie zawsze podobał się Plac Rewolucji – przyznał się nieśmiało snajper, cichy, poważny mężczyzna w średnim wieku. – Wiem, że to głupoty, ale wszyscy ci surowi marynarze i lotnicy, pogranicznicy z psami… Od dziecka uwielbiam tę stację!
– Dlaczego niby głupoty? Całkiem sympatycznych chłopców wyrzeźbili w brązie – wsparła go Nadia, wygrzebując ostatki z dna garnka. – Hej, brygadierze, chodź, bo bez kolacji zostaniesz!
Siedzący samotnie wysoki, barczysty żołnierz niespiesznie zbliżył się do ogniska, wziął swoją porcję i wrócił na miejsce – bliżej tunelu, dalej od ludzi.
– On się w ogóle pojawia na stacji? – spytał szeptem grubas wskazując tonące w półmroku potężne plecy.
– Siedzi tu na tyłku od ponad tygodnia – równie cicho odparł snajper. –
Nocuje w śpiworze. Jak on to nerwowo wytrzymuje? Chociaż może mu się to po prostu podoba… Kiedy trzy dni temu upiory o mało nie zagryzły Rinata, chodził potem i je dobijał. Ręcznie, piętnaście minut. Wraca, a buty ma całe w posoce, karabin też… Ale zadowolony.
– Maszyna, nie człowiek… – wtrącił tyczkowaty strzelec.
– Ja to się boję nawet spać obok niego. Widziałeś, co on ma z twarzą? Nie mogę mu popatrzeć w oczy.
– A ja odwrotnie, tylko z nim czuję się bezpiecznie – wzruszył ramionami stary, na którego mówili Homer. – Coście się go tak uczepili? Dobry z niego człowiek, tylko poraniony. To stacje mają być piękne. A ta twoja Nowosłobodska to właśnie kompletne bezguście! Takich witraży to na trzeźwo się nie da oglądać… Też mi znalazł, witraże!
– A mozaika o życiu kołchozu na pół sklepienia to niby nie bezguście?!
– A gdzie ty coś takiego widziałeś na Komsomolskiej?
– Cała ta cholerna sztuka sowiecka to albo o życiu kołchozu, albo o bohaterskich lotnikach! – rozkręcił się gruby.
– Sierioża, lotników nie ruszaj – ostrzegł go snajper.
– I z Komsomolskiej badziewie i z Nowosłobodskiej łajno – zabrzmiał głuchy niski głos.
Zaskoczony grubas zachłysnął się przygotowanymi już słowami i popatrzył na brygadiera. Pozostali też natychmiast ucichli oczekując na ciąg dalszy: on prawie nigdy nie brał udziału w ich rozmowach, nawet na bezpośrednie pytania odpowiadając lapidarnie albo wcale.
Dalej siedział plecami do nich nie spuszczając oczu z wylotu tunelu.
– Na Komsomolskiej sklepienia są za wysokie, filary cienkie i cały peron widać jak na dłoni, można ostrzelać z torów, przejścia też trudno pokryć. A na Nowosłobodskiej wszystkie ściany popękane, choćby nie wiem ile zalepiali. Wystarczy jeden granat, żeby pogrzebać całą stację. Witraży też tam już dawno nie ma. Potłukły się. Krucha rzecz.
Nikt nie odważył się zaoponować. Po chwili milczenia brygadier rzucił:
– Idę na stację. Biorę ze sobą Homera. Za godzinę będzie zmiana. Artur dowodzi. Snajper z jakiegoś powodu skoczył na równe nogi i kiwnął głową, choć brygadier nie mógł tego widzieć. Stary też wstał i zaczął gorączkowo zbierać swoje manatki, wkładać je do plecaka, nie kończąc nawet swoich ziemniaków. Komandos podszedł do ogniska już w pełnym ekwipunku marszowym, niezmiennie w hełmie i z solidnych rozmiarów plecakiem.
– Powodzenia. Spoglądając na dwie oddalające się oświetlonym tunelem postaci: potężnego brygadiera i chudzinę Homera snajper potarł ręce i skulił się z zimna.
– Coś chłodno się zrobiło. Może dołóżcie do ognia?
Pobierz fragment Pobierz fragment- 2012-05-18 16:57:52
- 2012-05-18 08:35:45
- 2012-05-18 07:12:28
