18 / 05 / 2034

Metro2033

Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie

Fragmenty

Metro 2034. Fragment jedenasty. Przed planem metra.

Na jednym z prowadzących do Sierpuchowskiej podjazdów na zawsze zatrzymał się pociąg, któremu nie udało się dojechać do sąsiedniej Tulskiej. Zamieszkałe przez sekciarzy i dlatego oznaczone na planie Istomina prostym katolickim krzyżykiem wagony zamieniły się w zagubiony wśród czarnego pustkowia chutor. Gdyby nie misjonarze, którzy grasowali po okolicznych stacjach polując na zabłąkane dusze, Istomin nie miałby przeciwko sekciarzom zupełnie nic. Zresztą, do Sewastopolskiej te Boże owczarki nie docierały, a mijającym ich podróżnym nie czynili specjalnych przeszkód – czasem tylko zabierali im trochę czasu swoimi opowieściami o zbawieniu duszy. Poza tym drugi tunel prowadzący z Tulskiej do Sierpuchowskiej był czysty i pusty, i to właśnie z niego korzystały tutejsze karawany.

Istomin znów prześlizgnął się wzrokiem wzdłuż linii. Tulska? Stopniowo dziczejąca osada, której dostają się ochłapy od przemaszerowujących przez nią sewastopolskich konwojów i sprytnych sierpuchowskich kramarzy. Żyją z tego, co Bóg da: jedni reperują różne mechaniczne rupiecie, inni chodzą na zarobek pod granicę Hanzy i siedzą całymi dniami w kucki w oczekiwaniu kolejnego kierownika robót o nawykach poganiacza niewolników. „Też żyją biednie, ale jednak nie mają w oczach tego śliskiego sierpuchowskiego złodziejstwa – pomyślał Istomin – i porządek tam mają jakby większy. Pewnie jednoczy ich niebezpieczeństwo”.

Następna stacja na jego planie, Nagatińska, była oznaczona krótką kreseczką: pusto. Nie była to do końca prawda. Nikt nie zatrzymywał się tu na dłużej, ale bywało, że kłębiła się na niej najrozmaitsza hałastra wiodąca ciemną, na wpół zwierzęcą egzystencję. W nieprzeniknionych ciemnościach łączyły się w miłosnym uścisku pary uciekające przed cudzym wzrokiem. Innym razem między filarami płonęło wątłe ognisko, wokół którego zbierały się na tajne zebranie cienie morderców z tuneli.

Ale na noc zostawali tu tylko ignoranci i najbardziej zdesperowani: nie wszyscy odwiedzający stację byli bowiem ludźmi. W pełnym szeptów, gęstym jak galareta mroku wypełniającym Nagatińską migały czasem, jeśli dobrze się przyjrzeć, naprawdę koszmarne sylwetki. I co jakiś czas, rozpraszając chwilowo na różne strony wystraszonych bezdomnych, duszne powietrze przeszywał ostry krzyk biedaka, którego tamci zaciągali do legowiska, by go pospiesznie pożreć.

Włóczędzy nie ważyli się zapuszczać za Nagatińską i do samej obronnej granicy Sewastopolskiej ciągnęła się „ziemia niczyja”. Nazwa była umowna; tereny te miały oczywiście panów strzegących swych granic i nawet sewastopolskie grupy zwiadowcze wolały ich unikać.

Ale teraz w tunelach pojawiło się coś nowego, nieznanego. Coś, co połykało wszystkich próbujących pójść dawno, zdawałoby się, zbadaną trasą. I skąd miał wiedzieć, czy jego stacji, nawet gdyby powołał pod broń wszystkich zdolnych do walki mieszkańców, uda się wystawić wystarczające siły, by to pokonać… Istomin ciężko podniósł się z krzesła, pokuśtykał w kierunku planu i oznaczył ołówkiem kopiowym odcinek od punktu z napisem „Sierpuchowska” do punktu oznaczonego „Nachimowski Prospekt”. Obok postawił gruby znak zapytania. Chciał go napisać przy Prospekcie, a wyszło równo naprzeciw Sewastopolskiej.

 

Na pierwszy rzut oka Sewastopolska zdawała się niezamieszkana. Na peronie nie było widać nawet śladu typowych wojskowych namiotów, w których zwykle mieszkano na innych stacjach. Tutaj ciemniały tylko ledwo rozświetlone nielicznymi wątłymi lampami, podobne do mrowisk, a składające się z worków z piaskiem umocnienia. Jednak stanowiska strzeleckie były puste, zaś ascetyczne kwadratowe filary pokrywała gruba warstwa kurzu. Wszystko urządzono tak, że gdyby trafił tu ktoś postronny, z pewnością stwierdziłby, iż stacja jest od dawna opuszczona.

Jednak gdyby nieproszonemu gościowi postała w głowie myśl, by zatrzymać się tu choć na chwilę, ryzykowałby, że zostanie na zawsze. Dyżurująca bez przerwy na przyległej Kachowskiej obsługa cekaemów i snajperzy zajmowali swoje miejsca w mgnieniu oka. Pod sklepieniem, zamiast słabych żaróweczek, rozbłyskiwały bezlitosne lampy rtęciowe, wypalając siatkówkę ludziom i potworom przywykłym do ciemności tuneli.

Peron był ostatnią i najsprytniej obmyśloną linią obrony sewastopolczyków. Natomiast ich mieszkania znajdowały się we wnętrzu tej stacji-pułapki, w umieszczonych pod peronem zbiornikach. Pod granitowymi płytami posadzki, ukryta przed obcymi, znajdowała się jeszcze jedna kondygnacja, nie ustępująca powierzchnią głównemu holowi, lecz podzielona na mnóstwo komórek. Dobrze oświetlone, suche i ciepłe pokoje, miarowo brzęczące urządzenia do oczyszczania powietrza i wody, hydroponiczne szklarnie… Mieszkańcy stacji czuli się bezpiecznie i przytulnie dopiero, gdy chowali się jeszcze głębiej pod ziemią.

 

Pobierz fragment
do góry Insignis