Fragmenty
Metro 2034. Fragment piąty. Na posterunku.
Na posterunku
– Jest, jeszcze jeden! Na górze, trzecia rura!
Reflektor, zerwany z zamocowania pod sufitem, kołysał się konwulsyjnie na jednym kablu niczym wisielec, oblewając ostrym białym światłem przestrzeń przed posterunkiem i to wychwytywał czające się w ciemności przykurczone postacie skradających się mutantów, to znów krył je w mroku i kierował oślepiające światło w oczy wartowników. Wokół wędrowały cienie, niknąc i nagle znów rosnąc, dziwacznie powykrzywiane zakłamywały rzeczywistość: ludzkie wyglądały jak zwierzęce, te należące do potworów – jak ludzkie.
Posterunek był bardzo korzystnie położony. W tym miejscu schodziły się tunele: niedługo przed ostatnią wojną Metrobudowa rozpoczęła prace ulepszające, których jednak nie doprowadzono do końca. Na tym skrzyżowaniu sewastopolczycy stworzyli prawdziwą miniaturową fortecę: dwa stanowiska cekaemów, osłony z worków z piaskiem o grubości półtora metra, na szynach kolczatki i szlabany, na podjeździe do posterunku elektryczne pułapki i starannie obmyślony system sygnalizacji. Ale kiedy mutanty szły taką falą, jak tego dnia, wydawało się, że jeszcze chwila i obrona padnie.
Mężczyzna obsługujący cekaem mruczał coś monotonnie puszczając nosem krwawe bańki i przyglądając się ze zdziwieniem swym mokrym szkarłatnym dłoniom. Powietrze wokół zablokowanego Pieczeniega drgało od gorąca. Strzelec zachrapał, ufnie wtulił twarz w ramię swojego sąsiada, potężnie zbudowanego komandosa w zamkniętym tytanowym hełmie, i ucichł. Sekundę później z przodu rozległ się rozdzierający wizg: atak upiora.
Komandos w hełmie odsunął leżącego na nim zakrwawionego strzelca, wychylił się zza przedpiersia, poderwał automat i puścił długą serię. Wstrętna żylasta bestia pokryta matowoszarą skórą rzuciła się już do przodu rozpościerając węzłowate przednie łapy i szybując lotem koszącym na rozciągniętych fałdach skórnych. Upiory poruszały się z niewyobrażalną wprost szybkością, nie dając czasu na najmniejsze zawahanie, dlatego tego posterunku bronili tylko najzręczniejsi i najlepsi.
Grad ołowiu uciszył potwora, ale siłą inercji martwy już upiór leciał dalej: stukilogramowe cielsko głucho uderzyło w osłonę, wzbijając z worków
z piaskiem chmurę pyłu.
– To chyba tyle…
Pozornie niekończący się strumień potworów, który jeszcze parę minut temu chlustał z podwieszonych pod sklepieniem ogromnych uciętych rur, rzeczywiście przestał płynąć. Wartownicy zaczęli ostrożnie wychodzić zza umocnień.
– Dajcie nosze! Medyk! Natychmiast zanieść go na stację!
Zwalisty żołnierz, który zabił ostatniego upiora, przymocował bagnet do lufy karabinu i niespiesznie ruszył na poszukiwanie zabitych i rannych stworów, porozrzucanych po strefie ostrzału, przyciskał każdą najeżoną paszczę butem do ziemi i krótkim pewnym ruchem wbijał im w oko bagnet. Potem, zmęczony, oparł się plecami o worki z piaskiem, obrócił twarz w kierunku tuneli, wreszcie podniósł przyłbicę hełmu i przyssał się do manierki.
Posiłki ze stacji przybyły, gdy wszystko już było rozstrzygnięte. Pojawił się też, ciężko dysząc i przeklinając swoje dolegliwości, sam dowódca
w wyciągniętej żołnierskiej bosmance.
– No, i skąd ja mu tutaj wezmę trzech ludzi? Z piersi mam sobie wyrwać?
– O co chodzi, Denisie Michajłowiczu? – niemal zaglądając dowódcy do gardła, spytał jeden z wartowników.
– Istomin pilnie potrzebuje wysłać trzech zwiadowców na Sierpuchowską. Boi się o karawanę. Ale skąd ja mu ich niby wezmę? I to jeszcze właśnie teraz…
– O karawanie nadal nic nie wiadomo? – nie odwracając się spytał ten, który przed chwilą zaspokajał pragnienie.
– Nic – potwierdził starzec. – Ale przecież nie minęło jeszcze tak dużo czasu. W końcu co jest groźniejsze? Jak ogołocimy dziś z ludzi odcinek południowy, to za tydzień nie będzie miał kto tej karawany witać!
Komandos kiwnął głową i umilkł. Nie odezwał się też, kiedy dowódca po kilku kolejnych minutach zrzędzenia spytał pozostałych na posterunku żołnierzy, czy któryś z nich nie chciałby być jednym z tych trzech ochotników, których trzeba jednak będzie wysłać w kierunku Sierpuchowskiej, bo inaczej naczelnik stacji wyrwie staremu ostatnie włosy z głowy.
Ze znalezieniem chętnych nie było żadnych problemów: wielu wartowników zasiedziało się na miejscu, a niełatwo im było wyobrazić sobie coś jeszcze niebezpieczniejszego niż obrona południowych tuneli.
Z szóstki, która zgłosiła się na wyprawę, pułkownik wybrał tych, których według jego mniemania, Sewastopolska potrzebowała teraz najmniej. Myśl okazała się słuszna, bo z wyprawionej na Sierpuchowską trójki na stację nie wrócił nikt.
Pobierz fragment Pobierz fragment- 2012-05-18 16:57:52
- 2012-05-18 08:35:45
- 2012-05-18 07:12:28
