Fragmenty
Metro 2034. Fragment ósmy. Brygadier vel Hunter.
Brygadier vel Hunter
Brygadier wszedł do gabinetu naczelnika bez pukania, sucho salutując rozstępującym się przed nim wartownikom. Na jego widok zza stołu podnieśli się ze zdziwieniem Istomin z pułkownikiem: rozczochrani, zmęczeni, zakłopotani. Homer zamarł nieśmiało przy wejściu przestępując z nogi na nogę.
Zdjąwszy hełm brygadier postawił go wprost na papierach Istomina, po czym przejechał dłonią po wygolonej na łyso czaszce. W świetle lampy można było zobaczyć, jak strasznie oszpeconą miał twarz: lewy policzek był przeorany i ściągnięty przez ogromną bliznę, jakby od poparzenia, oko zmieniło się w wąską szczelinę, od ucha do kącika ust szła gruba fioletowa szrama. Chociaż Homer myślał, że już przyzwyczaił się do tej twarzy, teraz, tak jak za pierwszym razem kiedy ją zobaczył, poczuł w środku obrzydliwy chłód.
– Sam pójdę do Linii Okrężnej – bez przywitania wypalił brygadier. W pokoju zaległa ciężka cisza. Homer słyszał już wcześniej, że brygadier, jako niezastąpiony komandos, miał specjalne stosunki z władzami stacji. Ale dopiero teraz zaczął rozumieć, że w odróżnieniu od wszystkich innych sewastopolczyków, brygadier posterunku zdawał się kompletnie nie podlegać dowództwu.
Teraz też nie prosił tych dwóch starszych, znużonych mężczyzn o zgodę, lecz jakby wydawał im rozkaz, który byli zobowiązani wykonać. I Homer – który to już raz? – zadał sobie pytanie: kim jest ten człowiek?
Dowódca wymienił spojrzenia z naczelnikiem, zmarszczył brwi chcąc się sprzeciwić, ale machnął tylko ręką z rezygnacją.
– Decyduj sam, Hunter… Tak czy siak, nikt cię nie przekona.
Skulony przy drzwiach stary stał się czujny: nie miał jeszcze okazji słyszeć tego imienia na Sewastopolskiej. Nawet nie imienia, a przezwiska – tak jak z niego samego nie był żaden Homer, tylko najpospolitszy Nikołaj Iwanowicz, a imieniem greckiego autora mitów obdarzono go dopiero tutaj, na stacji, przez jego niespożyte zamiłowanie do wszelkich opowieści i plotek.
– To wasz nowy brygadier – powiedział pułkownik strażnikom, którzy z posępną ciekawością przyglądali się barczystemu przybyszowi w kevlarze i ciężkim hełmie. Ten, lekceważąc etykietę, odwrócił się obojętnie plecami do nich: zdawało się, że tunel i umocnienia interesowały go znacznie bardziej niż przydzieleni mu ludzie. Kiedy jego nowi podwładni podchodzili, żeby się przywitać, ściskał ich wyciągnięte dłonie, ale sam się nie przedstawiał. Kiwał głową w milczeniu zapamiętując kolejne imiona i dmuchał im w twarz dymem papierosowym, wyznaczając dystans. W cieniu uchylonej przyłbicy martwo, mętnie pobłyskiwała obwiedziona bliznami, przypominająca otwór strzelniczy szczelina oka. Nikt ze strażników nie śmiał nalegać, ani wtedy, ani później, i minęły już dwa miesiące odkąd nazywali go po prostu „brygadierem”.
Stwierdzili, że stacja wykosztowała się na jednego z tych drogich najemników, którzy nie mają przeszłości ani imienia.
Hunter.
Homer bezdźwięcznie miął w ustach to dziwne słowo. Bardziej niż do człowieka pasuje do owczarka środkowoazjatyckiego. Ledwo dostrzegalnie uśmiechnął się do siebie: a więc pamięta jeszcze, że były kiedyś takie psy. Skąd to się wszystko bierze w jego głowie? Rasa psów do walki, ze skróconym ogonem i uciętymi przy samej czaszce uszami. Wszystko, czego potrzeba.
A to imię, kiedy powtórzył je sobie wiele razy, zaczęło mu się zdawać nieuchwytnie znajome. Gdzie on mógł je słyszeć? Niesione przez niekończącą
się rzekę plotek i bajdurzeń, o coś się kiedyś zaczepiło i osiadło na samym dnie pamięci. I pokryło się już grubą warstwą mułu: nazwami, faktami, pogłoskami, liczbami – wszystkimi niepotrzebnymi informacjami o życiu innych ludzi, których Homer z taką ciekawością słuchał i które tak usilnie starał się zapamiętać.
Hun-ter… Może to recydywista, za którego głowę Hanza wyznaczyła nagrodę? Stary rzucił na próbę kamień w głębiny swojej niepamięci i nasłuchiwał. Nie, to nie to. Stalker? Raczej nie. Dowódca polowy? Bliżej. I to chyba nawet legendarny…
Homer jeszcze raz zerknął ukradkiem w beznamiętną, jakby sparaliżowaną twarz brygadiera. To jego psie przezwisko dziwnie mu jednak pasowało.
– Potrzebuję dwóch ludzi. Wezmę Homera, zna okoliczne tunele – nie odwracając się w stronę staruszka i nie pytając go o zgodę ciągnął brygadier. – Jeszcze jednego możecie dać, według waszego uznania. Gońca, kuriera.
Wychodzę już dzisiaj.
Istomin kiwnął lękliwie głową na znak zgody, potem opamiętał się i podniósł pytający wzrok na pułkownika. Ten, zasępiony, też burknął, że nie ma nic przeciwko, choć przez te wszystkie dni tak zaciekle kłócił się z naczelnikiem stacji o każdego wolnego żołnierza. Nikt nie miał zamiaru dyskutować o tym z Homerem, ale ten ani myślał protestować: pomimo wieku stary nigdy jeszcze nie odmówił wykonania podobnego zadania. Miał zresztą ku temu powody.
Pobierz fragment Pobierz fragment
- 2012-05-18 16:57:52
- 2012-05-18 08:35:45
- 2012-05-18 07:12:28
