18 / 01 / 2018
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
Dzielnica obiecana  - Paweł Majka

Fragmenty

Dzielnica obiecana- fragment 4

Fragment czwarty: Lot

 

 

Bloki nie sięgały wprawdzie chmur, ale i tak wydawały się Marcinowi wręcz niedorzecznie wysokie. Biegnąc ku nim starał się liczyć piętra. Ile ich było? Oczodoły okien przesłonięte były pnączami, wspinającymi się prawie na same szczyty budynków. Osiem? Dziesięć? Może jeszcze więcej, tyle że uległy zniszczeniu?

Ujadanie psów rozlegało się coraz bliżej i Marcin obejrzał się za siebie. A więc są! Teraz je zobaczył. Trzy wielkie psy o łbach składających się chyba wyłącznie z oczu i paszcz pełnych kłów gnały ku nim z wywieszonymi jęzorami. Wielkimi susami pokonywały przeszkody – czy były nimi skłębione plątaniny pnączy, wielkie liście, czy pokruszone resztki murów. Za nimi biegli ludzie. Marcin zdążył naliczyć pięciu, nim potknął się o jakiś wystający kamień i omal nie upadł. Więcej się za siebie nie oglądał.

Poczuł ból w kostce. Oby nie okazało się, że ją skręcił! Wtedy już zupełnie nie mógłby biec.

Wydawało mu się, że psy były tuż za nim, tak blisko było je słychać. I nie tylko szczekanie, ale też uderzenia ciężkich łap o nawierzchnię. Nie obejrzał się jednak, tylko przyśpieszył.

Byli już naprawdę blisko drzwi bloku, ledwie kilka metrów od nich, gdy nagle coś ciężkiego zwaliło się chłopcu na plecy i obaliło go na ziemię. Pies!

Marcin poczuł, że traci grunt pod nogami i leci do przodu. Odruchowo wystawił przed siebie ręce, by zamortyzować upadek, ale te ugięły się pod jego ciężarem, powiększonym znacząco przez siedzącego mu na plecach psa. Zwierzę szarpało wściekle za kaptur, chcąc zerwać go z głowy chłopaka. Marcin uderzył twarzą o chodnik. Akurat tutaj, jak na złość, szperacze nie wyrwali z ziemi płyt. Zabolało, gdy gogle wbiły się mu w skórę. Poczuł smak krwi w ustach. Nie wiedział, czy tylko przeciął wargę, czy stało się coś poważniejszego. Przypomniał sobie, co mówił duch. Sięgnął po bagnet, choć nie miał pojęcia jak go użyć przeciw psu siedzącemu mu na plecach.

Krzyku Ewy prawie nie słyszał. Być może zagłuszył go sam, bo wrzeszczał jak opętany. Próbował zrzucić psa przewracając się na plecy, ale przeklęte bydlę było nie tylko ciężkie, ale też zawzięte i waleczne. I raczej wygrywało.

Nagle ciężar zniknął.

–  Wstawaj! – krzyknął na Marcina duch nakładając na cięciwę kolejną strzałę. – Wstawaj, nim dopadną cię następne!

Chłopak poderwał się na nogi i nieco się zataczając, ruszył ku blokowi, w którego ciemnej klatce schodowej ukrywała się już Ewa. Wołała coś do niego, ale nie rozumiał.

Duch strzelił po raz drugi i przez chwilę Marcinowi zdawało się, że celuje właśnie w niego. Strzała minęła go jednak o włos i trafiła psa, który w tej samej chwili skoczył na chłopca. Zwierzę uderzyło głucho o popękany chodnik. Ostatni napastnik warczał, ale już nie zaatakował. Przypadł do ziemi, by stanowić jak najmniejszy cel.

Duch nie zmarnował na niego strzały. Cofał się, celując, aż Marcin wbiegł wreszcie do budynku. Wtedy podążył za nim.

W samą porę. Już nadbiegali właściciele psów. Ci z nich, którzy byli uzbrojeni w proce wypuścili pociski. Kamienie zagrzechotały o ściany wokół drzwi, kilka wpadło do środka, ale nie zrobiło nikomu krzywdy. Uciekinierzy wbiegali już wtedy na półpiętro.

–  Drań ma łuk – warknął jeden z bandytów pochylając się nad konającym psem.

Marcin przez wąskie okno na półpiętrze zdążył jeszcze zobaczyć, jak bandyta dobija zwierzę, potem napastnicy zniknęli mu z oczu.

–  Szybciej! – poganiał ich duch. Teraz on biegł ostatni. – Wyżej! Musimy uciec na dach!

–  Ten dom nie ma dachu! – zaprotestował Marcin.

–  Nie pyskuj, mały. Nie trać sił! Biegnij!

Odwrócił się, wychylił przez balustradę i prawie nie celując posłał strzałę w dół. Ktoś krzyknął z bólu.

–  Dorwiemy was, dranie! – zawołał ktoś inny.

Te głosy dodały Marcinowi i sił, i motywacji. Biegł, jak mógł najszybciej. Przesadzał pod dwa – trzy stopnie na raz, trzymając się powyginanej metalowej balustrady, by nie upaść. Nie zważał na ból w kostce.

Biegł, ale zastanawiał się przy tym, co zrobią samej górze, gdzie przecież nie było dachu. Będą musieli walczyć. Czy da sobie radę? Wielokrotnie toczył pojedynki z Piotrem, Panem Onufrym, a nawet z Wandą i Ewą, ale na scenie… Owszem, z Piotrem ćwiczyli sceniczną szermierkę, by była jak najbardziej widowiskowa. Ale czy tamte ćwiczenia z drewnianymi szablami przydadzą mu się teraz, kiedy przyjdzie mu walczyć bagnetem?

W okolicach piątego pietra oddychał tak ciężko, że zaczynał wątpić, czy pokona choćby jeszcze jeden stopień. Ale biegła też Ewa, biegł duch i – co najważniejsze – biegli dysząc tak ciężko, że było to słychać, bandyci. Biegł więc i on.

W końcu dopadli ruin ostatniego, siódmego piętra, i nie było już dokąd uciekać. Nad nimi wznosiła się jeszcze pogruchotana resztka ściany, świadcząca, że blok był kiedyś wyższy.

–  Nigdy jeszcze nie byłam tak wysoko – szepnęła Ewa. – Boże, jak pięknie! Marcin nie tracił czasu na podziwianie widoków.

–  Co teraz? – zapytał z wyraźnym wysiłkiem.

–  Liny! – wydyszał duch. Nawet on był zmęczony.

Wskazał chłopcu ciężką, splecioną z dziesiątków metalowych drutów linę, zamocowaną do tejże właśnie samotnej, wznoszącej się ponad siódme piętro ściany. Opadała w dół ku niższemu piętru sąsiedniego bloku i znikała w wybitym oknie jednego z jego mieszkań.

–  Haki! Haki na ziemi, mały!

Rzeczywiście, na podłodze, pod metalową klapą leżało pięć dziwnych haków z uprzężami. Duch podniósł jeden z nich.

–  Robicie to tak – zarzucił hak na linę, potem założył uprząż na ramiona. – Odbijacie się i lecicie w dół. Nogi wysuńcie do przodu. Ja pierwszy, potem Ewa i  na końcu ty, mały. Szybko, nie wahać się, bo nas dorwą!

Nie czekał na ich potwierdzenia, ani tym bardziej pytania. Podczepiony do liny, podbiegł do krawędzi, odbił się z całych sił i już po chwili zjeżdżałł w uprzęży w stronę sąsiedniego bloku.

–  Ja nie mogę… – Ewa cofnęła się o krok. – To za wysoko. Nie mogę. Idź, Marcin, ja…

Nie słuchał jej. Zarzucił hak na linę, tak jak zrobił to duch, siłą nałożył Ewie uprząż, zaciągnął dziewczynę nad krawędź i zepchnął z niej, mając nadzieję, że jej nie zabija.

Słyszał już kroki i ciężkie oddechy tamtych. Byli tuż za nim!

Zarzucił trzeci hak, wskoczył w uprząż. Kątem oka zobaczył, że bandyci biegną ku niemu wyciągając ręce. Cholera, nie miał czasu na porządne założenie uprzęży!

Podbiegł do krawędzi myśląc, że Ewa miała rację, że jest tu tak przerażająco wysoko, że człowiek nie powinien się tu nigdy znaleźć, że to chore…

A potem skoczył. Nie zdążył.

Czyjeś ręce chwyciły go za plecak i zaczęły ciągnąć z powrotem ku krawędzi bloku. Krzyknął. Szarpnął się, nie zważając na to, że kołysze hakiem i może spaść.

Świsnęła strzała, zupełnie jak wtedy, na dole, tuż obok niego, i napięcie zelżało, a Marcin poleciał do przodu. Za jego plecami mężczyzna spadał z krzykiem w dół.

Niestety, chłopak stracił już impet, a nie mógł wrócić na dach, żeby jeszcze raz się od niego odbić. Zjeżdżał wprawdzie wciąż ku oknu, z którego wychylał się duch, ale wolno, zbyt wolno.

A sądząc po okrzykach za nim, bandyci także znaleźli już dwa pozostałe haki. Trzeba je było zabrać! – uświadomił sobie. – I zrzucić w dół!

W dół! Ledwie o tym pomyślał, a już spoglądał pod siebie.

Krzyknął. Nie wiedział, na jakiej się znajduje wysokości, ale powierzchnia ziemi była tak daleko! Wraki samochodów, ciemnozielone krzewy, ścieżki szarych, pokrytych pyłem ulic między oceanem bluszczu – wszystko było takie małe! Myśl o tym, jak wysoko wisi nad ziemią, dokąd zawędrował z bezpiecznych podziemnych schronów sprawiła, że zadrżał. Kilka dni temu nie potrafiłby sobie nawet wyobrazić czegoś takiego, jak zjazd na linie wiele pięter nad miastem.

Powinien się bać, powinien go paraliżować strach. Zamiast tego czuł zachwyt. Jakby narodził się właśnie dla tej chwili, dla tego lotu. Być może reszta ludzkości została stworzona, by czołgać się pod ziemią, ale on, Marcin, narodził się, by latać!

Gdyby mógł, rozpostarłby ręce jak skrzydła, ale instynkt zwyciężył i zamiast tego trzymał się kurczowo nie do końca założonej uprzęży. Przezywał swego rodzaju ekstazę, ale wisiał zawieszony tylko jednym ramieniem  w uprzęży, kilkadziesiąt metrów nad ziemią.

Wydawało mu się, że na dachu jednego z mniejszych domów dostrzegł znajomą ciemnoszarą sylwetkę. Jeśli to nie przywidzenie, szary uparcie zmierzał ich tropem.

Duch krzyczał coś do niego. Niestety, nie mógł dosłyszeć jego słów. O co mogło chodzić? Zrozumiał, gdy poczuł uderzenie od tyłu.

Pobierz fragment Pobierz fragment
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.