21 / 01 / 2018
Wydawnictwo Insignis
Otwórz player w nowym oknie
Dziedzictwo przodków - Suren Cormudian

Fragmenty

Dziedzictwo Przodków- fragment 4

FRAGMENT CZWARTY

 

Garaż z pojazdami znajdował się, naturalnie, na powierzchni. Na jego potrzeby przysposobiono trzy ogromne blaszane hangary, w których kiedyś były magazyny. Sam kompleks, w którym znajdowało się centrum łączności satelitarnej z flotą oceaniczną i jego podziemna część, dublująca jego funkcje na wypadek dużego konfliktu, a także magazyny sprzętu i materiałów, nie zostały zaatakowane. Jednostka wojskowa była w stadium rozformowywania i ogłoszono już przetarg terenów z przeznaczeniem na cele komercyjne. Wśród zabiegających o łakomy kąsek z obszernymi podziemiami były też firmy zagraniczne. I wróg o tym wiedział. Spadła tu tylko rakieta z głowicą kasetową, która miała za zadanie wybić mieszkańców koszar dla oficerów, co też się stało. Użycie pocisku termojądrowego na garstkę oficerskich żon i dzieci, jak i samych oficerów, którzy stali się zbędni w reformowanej armii i gotujących się, by przejść do cywila, było z ekonomicznego punktu widzenia niedopuszczalną rozrzutnością. Dlatego też posłali na nich deszcz stalowych igieł rozsypanych przez wybuch głowicy kasetowej. Mało kto z miejscowych ocalał. Właśnie dlatego rdzeń podziemnej kolonii stanowili mieszkańcy najbliższej osady i żołnierze piechoty morskiej, którzy feralnego dnia byli na poligonie Chmieliowka w leśnym obozie namiotowym.

Podziurawione odłamkami bomby kasetowej hangary położone były pięćdziesiąt metrów od głównego wejścia do bunkra. Wiele lat wcześniej ludzie wykonali tytaniczną pracę, tworząc wzdłuż ścieżki prowadzącej do hangarów tunel ze skrzynek po amunicji wypełnionych piaskiem. Po bokach wyrosły ściany. Na górze położyli deski. Na to nasypali tłuczeń i pokryli ziemią. Przykryli darnią. Teraz obecność tunelu zdradzał tylko ziemny wał zarośnięty odpornymi na nieprzyjazną atmosferę nowego świata chwastami. Podziurawione jak sito metalowe dachy hangarów pokryto papą asfaltową i linoleum, chroniąc ukryty w środku sprzęt pochodzący z leśnego obozu przed kwaśnymi i radioaktywnymi deszczami. Cała ta operacja była niełatwa, biorąc pod uwagę, że w tych pierwszych latach w dozymetrach brakowało skali. Że z nieba bez końca padała czarna od nuklearnego popiołu woda. Ale ludzie tego dokonali. Dla przyszłości. Dla ocalenia. Dla siebie i tych, którzy znaleźli się blisko.

Stawianie posterunków na powierzchni było zbędne. Mieszkańcy Kolonii Krasnotorowskiej nic nie wiedzieli o innych ocalałych na świecie oprócz społeczności Piątego Fortu pod Kaliningradem i wspólnoty w Pionierskim, które to miejsca nigdy nie należały do obiektów najbardziej nieprzyjaznych z punktu widzenia skażenia chemicznego i promieniotwórczego. Uwzględniając fakt, że fort praktycznie nie posiadał nadających się do dalekodystansowych wypadów pojazdów (a długim dystansem stało się w tych czasach kilkadziesiąt kilometrów), już od wielu lat nie trzeba było obawiać się o bezpieczeństwo sprzętu w hangarach. Pionierskij też nie miał środków transportu, poza wielkim statkiem, który przycumował na wieki w dawnym porcie. Zresztą jego mieszkańcy mieli dość własnych kłopotów i nie potrzebowali ściągać na siebie kolejnych. Ale teraz wszystko się zmieniło. Wiadomość o czyichś śladach na plaży odległej o kilkadziesiąt kilometrów od podziemnego schronu była w pierwszej kolejności niepokojąca, a dopiero potem budziła nadzieję i optymistyczne myśli o możliwym kontakcie z innymi ocalałymi.

Stieczkin wpatrywał się z niepokojem w zamglony horyzont, za którym tonęła linia brzegowa ciągnąca się aż do Bałtyjska. Co oznaczało to wydarzenie w ich dziwnym, rozciągniętym w nieskończoność życiu po wszechogarniającej śmierci? Czy te ślady na piasku nie były zapowiedzią końca epoki, w której przez dwadzieścia lat garstka pozostałych przy życiu ludzi z irracjonalnym uporem przeczyła temu, co się wydarzyło? I czy te ślady naprawdę tam były?

Czołgowy silnik PTS-a ryczał miarowo. Pojazd ugniatał gąsienicami swoje własne ślady pozostawione na piasku rano na tej samej trasie. Niebo szczelnie pokrywały kłębiaste chmury. Można się było nie obawiać niebezpiecznego promieniowania słonecznego. Co do ostrego światła dnia, tak nieznośnego dla mieszkańców Piątego Fortu, to ludzie z Kolonii Krasnotorowskiej byli na nie bardziej odporni, gdyż oświetlenie w bunkrze zapewniały głównie białe lampy rtęciowe. Piąty Fort musiał się natomiast zadowolić słabymi żarówkami, a nawet pochodniami.

Minęli wbite w piasek, przekrzywione zardzewiałe słupy z resztkami drucianego ogrodzenia. Granica oddzielająca brzeg morza od tej jego części, która należała do terytorium poligonu. Okolica była trudna do poznania. Zaraz za plażą zaczynały się gęste zarośla żywotnej dzikiej róży i zwyrodniałe drzewa. Pomimo trujących opadów i promieniowania, rośliny nowej generacji rozpleniły się, zastępując te, które zniszczył kataklizm. Tylko rzadkie suche szkielety starych drzew pamiętających jeszcze ptaki i ludzi zbierających w tych okolicach jagody przypominały czasy, kiedy Stieczkin znał każdy zakątek, każdy krzak i kamień na terenie poligonu, którego kiedyś był naczelnikiem.

W oddali, we mgle, pojawiła się ciemna sylwetka ODR-u. Ośrodek Dowodzenia Rejonem. Trzypiętrowy budynek na brzegu morza z dwoma tarasami obserwacyjnymi – na poziomie drugiego piętra i nad trzecim. Właśnie tam zbierało się wyższe dowództwo, by obserwować przebieg ćwiczeń, które niegdyś regularnie się tu odbywały.

Transporter stanął.

– Jesteśmy na miejscu, dowódco. To one – zadudnił przez maskę siedzący obok Borys Kolesnikow.

Stieczkin zamierzał już wydać oddziałowi rozkaz wyjścia z wozu, gdy nagle znieruchomiał, wpatrując się w wyłaniające się z mgły brunatne fale przyboju. W wodzie ukazała się „wysepka”. Czterometrowy grzbiet zwieńczony „grzebieniem” narośli i pokryty polipami. Teraz na brzeg wyszedł i jego właściciel.

– Niech to szlag! – wypuścił powietrze Kolesnikow i szarpnął zamkiem automatu.

– Uwaga! Krab! – zawołał Stieczkin. – Wszyscy siedzieć w wozie! Nie otwierać ognia!

Z luku w suficie kabiny wysunął się Skworcow i zwrócił się do dowódcy, znajdującego się w przestrzeni ładunkowej:

– Dlaczego, Wasilicz? Dziewięć gnatów. Szybko go…

– Nie bądź głupi, Ptaku – Paweł klepnął go po ramieniu trójpalczastą rękawicą. – Jeśli ci, który zostawili ślady, jeszcze nie wiedzą o naszym istnieniu, to, słysząc strzały, na pewno się dowiedzą. Nie wiemy, czy wrócili na brzeg i widzieli poranne ślady wozu. No i nie wiemy, czy daleko odeszli. Mogli nie usłyszeć silnika, ale walenie z, jak to mówisz, dziewięciu gnatów, będzie słychać i w Bałtyjsku. Szczególnie w czasie mgły. Rozumiesz?

Ogromny stwór miał zielonkawo-brunatne zabarwienie, rodzaj kamuflażu. Jego łapy pokrywała niezliczona ilość sztywnych czarnych włosków. Spod „daszka” pancerza wyglądały rozeźlone czerwone oczu, pod którymi nieustannie poruszały się masywne szczęki. Lewa para szczypiec konkurowała rozmiarami z całym tułowiem kraba.

Po wyjściu na brzeg, potwór przez jakiś czas stał nieruchomo. Z twardych jak kamień fałdów na opancerzonym grzbiecie ściekały strumienie brudnej morskiej wody.

– Dowódco, a może rozjadę go gąsienicami? – zapytał Skworcow.

– Zaczekaj. Lepiej wyłącz silnik.

Skworcow usłuchał. Pojazd ucichł i krab gwałtownie poruszył tułowiem, wlepiając surowe spojrzenie czerwonych oczu w PTS-a. Potem, szybko przebierając strasznymi włochatymi łapami, zbliżył się do wozu. Znów znieruchomiał, mierząc nieznany przedmiot wzrokiem i cholera wie czym jeszcze.

– Przecież one wychodzą tylko w nocy – odezwał się cicho Kolesnikow. – Po jakie licho wylazł dzisiaj?

– Może coś go zaniepokoiło? – przypuścił Stieczkin. – Albo ktoś.

– O czym mówisz, dowódco?

– O tych, których wyśledziłeś na plaży.

– Jak to, myślisz, że przyszli po dnie morza?

– Oczywiście, że nie – prychnął Paweł, co w masce zabrzmiało jak szum. – Ale za to ich transport… Może to okręt podwodny?

„A nie był to przypadkiem wypad mieszkańców Pionierskiego? Wątpliwe. Gnać tutaj, na płytkie wody, ogromny krążownik atomowy… W jakim celu? Zbierać skażone jagody?”

Krab spróbował dziabnąć szczypcami gąsienicę amfibii. Na próżno. Zaczął przesuwać się wzdłuż prawego boku pojazdu, szturchając bojowymi kleszczami stalowe koła, takie same jak w czołgu T-64. One też okazały się być niejadalne. Stwór milczał w oburzeniu, obchodząc nieprzystępny wóz. Potem wrócił do zagadkowych ludzkich śladów. Postał obok nich przez chwilę. I nagle podreptał szybko w stronę lasu.

– Taka twoja mać, tylko nie to! – krzyknął Stieczkin. – Wracaj do morza, ścierwo!

Jednak krab miał wyraźnie własne plany i w tym momencie absolutnie nie były one związane ze skażonym Bałtykiem.

Cały oddział odprowadzał wzrokiem ogromnego gościa z morskich głębin, patrząc, jak ten, niczym czołg, wdziera się w suchy zagajnik i nieubłaganie posuwa się dalej śladem nieznanych ludzi.

– Cholera! I co mamy teraz robić? – Borys z żalem machnął ręką. – Jeśli pójdziemy badać ślady, napotkamy to bydlę. Do tego nie wiadomo, czy jego braciszkowie zaraz nie wylezą za nim. – Spojrzał na Stieczkina, ale ten wciąż patrzył tam, gdzie dopiero co skrył się krab.

– Dowódco, co teraz robić? – zapytał Borys głośniej, uznawszy widać, że oficer go dotąd nie słyszał.

– Na początek zamknąć się i dać mi pomyśleć – odparł spokojnie Stieczkin.

W luku znów pojawiła się głowa Skworcowa. Przeciskał się na zewnątrz z pośpiechem, przez co wychodziło mu to niezgrabnie i tworzyło niepotrzebne zamieszanie.

– Wasiliczu! Dowódco! – dochodził spod maski jego stłumiony krzyk.

– Co znowu?

– Dowódco! Patrz! Musisz to zobaczyć! Popatrz na ODR! – Skworcow podał majorowi lornetkę.

Paweł wziął ją i spojrzał w kierunku widniejącego ponad kilometr od nich budynku. Mgłę zwiewało w stronę Bałtyjska i ODR zaczął być coraz wyraźniej widoczny. Oto w szkłach ukazały się żłobkowane zielone ściany, popękane od upływu czasu. Pozbawione w niektórych miejscach szyb zachodnie okna, wstawione na krótko przed kataklizmem z okazji oczekiwanej podczas manewrów wizyty prezydenta kraju. Oto zewnętrzne schody między piętrami. Połowa stopni dawno zgniła, ale dało się jeszcze po nich wejść. Wielki taras obserwacyjny na drugim poziomie. Tu zwykle zbierała się prasa. Po naciągniętej na niego kiedyś siatce maskującej zostały tylko rzadkie strzępy kołyszące się na wietrze. Górna platforma, przeznaczona dla wyższych dowódców, wychodziła za obręb ścian nad trzecią kondygnacją i nadawała budynkowi kształt młotka. W ośrodku dowodzenia też dawno już brakowało większości szyb. Oto stojący na tym tarasie maszt flagowy. I…

– Co za… – wyrwało się z gardła Stieczkinowi.

Nad ODR-em powiewała flaga. Ciemnoczerwona, niemal bordowa płachta z wielkim białym kołem i czarną swastyką pośrodku.



 

Pobierz fragment Pobierz fragment
do góry Insignis
ZAMKNIJ
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Jeśli nie zgadzasz się na ich zapisywanie na Twoim urządzeniu, zmień ustawienia przeglądarki. Kontynuując przeglądanie tej strony zgadzasz się na używanie plików cookies.